Wreszcie nowy Bond, tylko bardziej z jajem

02 Kwiecień
2015

Wreszcie nowy Bond, tylko bardziej z jajem

Idąc do kina na spontanie nie sądziłem, że trafię na prawdziwą perełkę. Perełkę, bo jak inaczej nazwać film, w którym cały czas coś się dzieje, ma gwiazdorską obsadę, widzom uśmiech z buzi nie schodzi i dodatkowo zaczyna się od muzyki Dire Straits – Money for nothing.

Naprawdę – ubawiłem się dobrze. Dwie godziny rozrywki i to jeszcze za 14 zł – dawno tak tanio w kinie nie byłem (normalnie przerzucę się na środy). Pisałem już wcześniej, że mało kiedy chodzę do kina, bo teraz o dobry film dość trudno, a i ceny są nieadekwatne do ich jakości.

Teraz nie planowałem wyjść – wyszło tak jakoś niespodziewanie. Brat mnie wyciągnął. Nie wiedzieliśmy na co się wybrać, więc zobaczyliśmy szybko zwiastun filmu, do którego czasowo było najbliżej i niewiele myśląc podjęliśmy decyzję, głównie sugerując się obsadą.

A było kim się sugerować: Colin Firth (uwielbiam tego gościa, jego akcent, grę aktorską, wszystko), Samuel L. Jackson (dawno go w żadnej ciekawej produkcji nie widziałem) oraz Michale Caine.

Tak więc zdecydowaliśmy się na Kingsman: Tajne służby.

Powiem krótko – pastisz pierwsza klasa. Jeśli ktoś lubi tego typu gatunek, to nie będzie się nudził. Wyobraźcie sobie połączenie Bonda, Aniołków Charliego, Astina Powersa, Kill Billa w jednym. Do tego nutka typowego angielskiego humoru, świetna muzyka oraz duża dawka przecudnego brytyjskiego akcentu. Po prostu koktajl pierwsza klasa. Albo prościej – wyobraźcie sobie Bonda w reżyserii Quentina Tarantino…

Tak właśnie! Teraz już wiecie o czym piszę. Dawno tak zadowolony z sali kinowej nie wyszedłem. ;)

Colin Firth oczywiście w swoim najlepszym image – dżentelmena z najwyższych sfer. Samuel L. Jackson zagrał po prostu, szukam słowa – zajebiście. Sama fabuła i scenariusz miała więcej Bonda w sobie, niż jakikolwiek z nowych Bondów – aż mi się łezka w oku zakręciła, kiedy przypomniały mi się ekranizacje z lat `80 czy `90. Do tego ten specyficzny humor spowodował, że film w mojej ocenie naprawdę się udał.

Nie przypominam sobie innej, podobnej jakościowo produkcji w tym stylu, która ukazałaby się w ostatnich latach w kinie. Najlepszym chyba na to świadectwem była atmosfera na sali, gdzie albo cały czas ktoś albo się śmiał, albo reagował w stylu „WTF?”, w całkowicie pozytywnym ujęciu tego zwrotu okazującym zarazem niedowierzanie, wątpliwość, zachwyt i zdziwienie wobec tego na co wpadł reżyser i jak to przedstawił w swoim filmie.

Naprawdę polecam ten film. Odmóżdżacz pierwsza klasa i z takim nastawieniem trzeba go oglądać oraz oceniać. Jak przerysowaną komedię kryminalną z jeszcze bardziej przerysowanym filmem akcji. W mojej dziesięciostopniowej skali dostaje mocne 8, albo i 9 – bo splusował na wielu płaszczyznach, a w głównej mierze w zapewnieniu dobrej rozrywki.

I jeszcze standardowo zwiastun, po którym zdecydowaliśmy się wybrać do kina (bez dodatkowego czytania opisu, recenzji, czy czegokolwiek innego).

 

 

P.s. Po tym wszystkim muszę sobie zamówić dwurzędowy garnitur.

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#emigranci#Phitsanulok#marketing#Sukhothai#outsourcing#sprzedaż#muzyka##Syria#Zanzibar#coaching#colin firth#pracoholizm#siam bayshore#zarządzanie#literatura#coach#piotr kamiński#bieszczady#zarządzanie czasem