Wizyta w marokańskim Hammamie

16 Marzec
2018

Wizyta w marokańskim Hammamie

Z początku opis wizyty w agadirskim Hammamie miał być jedynie elementem relacji z siódmego dnia wycieczki do Maroko, ale że była to naprawdę genialna chwila, postanowiłem przeznaczyć na nią oddzielny post, aby przekonać Was do odwiedzenia takiego miejsca. Zakładam, że głównymi czytelnikami tego wpisu będą Panie, ale być może niektórych Panów też on zainteresuje.

Jak to się zaczęło?

Jak w większości tego typu sytuacji, ta również wydarzyła się przypadkowo. W luźnej rozmowie z pilotką, Niną, dowiedzieliśmy się o tego typu miejscu w Agadirze i możliwości skorzystania z jego oferty przed powrotem do Polski. Koszt na poziomie 350 dirhamów (około 32 euro) za dwugodzinną sesję oczyszczającą i relaksującą ciało wydawał się bardzo przyzwoitą propozycją. Poprosiliśmy zatem o rezerwację w naszym imieniu dwóch miejsc, tak byśmy wspólnie, jako małżeństwo, mogliśmy udać się na taki zabieg.

Udało się dokonać rezerwacji na godzinę 18.00 – w ostatniej możliwej godzinie przyjmowania klientów, ponieważ obiekt zamykany jest o godzinie 20.00. W podanej cenie zapewniony był transport z dowolnego hotelu w Agadirze przed zabiegiem i odwiezienie klientów z powrotem po jego zakończeniu. To dodatkowo wzmacniało wartość całej tej oferty. Poza nami były jeszcze wolne dwa miejsca, z których skorzystali nasi nowopoznani znajomi z wycieczki Cesarskie Miasta – Paulina i Marcin, dzięki czemu nie wybraliśmy się tam samotnie.

Kierowca przyjechał zgodnie z ustaloną wcześniej godziną, tj. o 17.40. Samochód pozostawał wiele do życzenia. Stary, kilkunastoletni, zdezelowany minivan nie sprzyjał zbudowaniu dobrego wrażenia. Jednakże to tylko transport do celu – ważne by jeździł. Po drodze mieliśmy odebrać jeszcze jedną osobę z hotelu RIU, a poza tym miejsce okazało się dość odległe, stąd zapas 20 minut był odpowiednio wymierzony.

Pierwsze spotkanie z Argan Phyto House

Salon „Argan Phyto House” z zewnątrz w ogóle nie wydawał się zachęcający. Z tymże tutaj mało miejsc wydaje się „przyjaznych” na pierwszy rzut oka. Marokańczycy nie przykładają wagi do tego, jak coś wygląda na zewnątrz – liczy się usługa. Jakiś tam segment w szeregowcu ze zwykłym szyldem informujący, że w środku jest jakiś tam salon. Gdyby nie zdjęcia na pobocznych plakatach, nawet nie wiedzielibyśmy czym jest wspomniany Argan Phyto House, bo sama nazwa też niewiele mówi.

Jako, że trafiliśmy tu z polecenia naszej pilotki, nie mieliśmy oporów aby wejść i przekonać się, czemu to miejsce jest tak zachwalane. Dodatkowo w przekonaniu umocniła nas Francuzka, która dosiadła się w hotelu RIU. Widać, że znała się już z kierowcą i jedzie tutaj nie po raz pierwszy. Każdy taki drobny element buduje wartość „marki”. Po wejściu do środka, pierwsze wrażenie z zewnątrz od razu zostało zweryfikowane. Trafiliśmy na pewno w odpowiednie miejsce. Czyste pomieszczenie, drewniane meble, kosmetyki na półkach, zestawy startowe dla gości w postaci koszyków zawierających ręcznik, szlafrok i klapki wskazywały na to, że zajmują się tym profesjonaliści.

W momencie jak wchodziliśmy do salonu, poprzedni goście go opuszczali. Były to Polki, więc mogliśmy zamienić z nimi kilka słów. Były zachwycone. Wizytę podsumowały stwierdzeniem, że „dla samego masażu w tym miejscu warto było lecieć do Agadiru”. Super. Kolejne potwierdzenie jakości.

Pozostawiliśmy wierzchnie rzeczy oraz biżuterię w zamykanych szafkach przy recepcji i skierowaliśmy się za obsługą na pierwsze piętro. Trafiliśmy do strefy masaży. Jedno pomieszczenie z kameralnym, przyciemnionym światłem, podzielone kotarami i mobilnymi ściankami na cztery niezależne strefy. Każda z nich zawierała po dwa łóżka do masażu, dzięki czemu zabiegi można realizować wspólnie z partnerem, żoną, kochanką, kolegą czy koleżanką. Po ustaleniu jak ma u nas wyglądać konfiguracja par (jako małżeństwa, czy pary tej samej płci) rozdzielono nas na dwie różne strefy, w których mieliśmy się przebrać. Normalnie sugerują pozostanie w strojach kąpielowych, ale jak ktoś ich nie ma (bo nie wiedział lub po prostu nie zabrał) to bielizna czy strój typu toples jest jak najbardziej OK. Trzeba mieć tylko na uwadze, że po wszystkim będzie mokry.

Pierwsze zabiegi i oczyszczenie

Podczas rezerwacji powstało małe nieporozumienie. Zrozumieli, że wszyscy mamy być pilingowani w jednym Hammamie. Wszystko fajnie, ale aż tak dobrze to my się jeszcze nie poznaliśmy z naszymi nowymi znajomymi, aby dziewczyny latały przy nas toples. Po szybkim wyjaśnieniu rozdzielili nas na dwie grupy. Jedna miała zacząć 15 minut później, kiedy zwolni się miejsce. Jako pierwszych puściliśmy Marcina i Paulinę, a my postanowiliśmy zaczekać. Aby nam się jednak nie nudziło, położyli nas na łóżkach do masażu i zrobili maseczkę z glinki ghassoul.

Jakiś kwadrans później (tak mniej więcej, bo szczęśliwi czasu nie liczą) koordynatorka tego miejsca przyszła ponownie. Poprosiła o wstanie z łóżek i poprowadziła nas kolejne dwa piętra wyżej. Tym razem trafiliśmy do części głównej hammamu, czyli strefy, w której będziemy myci i pilingowani. Niewielkie pomieszczenie całkowicie wyłożone glazurą z trzema, równie wykafelkowanymi ladami, gdzie na jednej leżały wielkie plastikowe balie z gorącą wodą, a pozostałe dwie czekały na nas jako „łóżka”. Od razu zdjęto z nas szlafroki i zaproszono do zajęcia odpowiednich miejsc.

To był moment, kiedy wszystko się zaczęło. Najpierw oblano nas ciepłą wodą, a następnie namydlono jakimś specyfikiem po całym ciele. Po tym wszystkim pozostawiono na kilka minut w samotności, a jedynym dźwiękiem, którym nam towarzyszył było napełnianie się plastikowych bali nową porcją gorącej wody, co powodowało, że pomieszczenie zamieniało się w łaźnię. Po około 10 minutach wróciły panie, które się nami zajmowały. Tym razem nałożyły na dłonie rękawice do pilingu i zaczęły szorować namydloną i rozmiękczoną w tej parze skórę. Widok zwałkowanej w setki małych czy większych ruloników skóry nie należy do najfajniejszych, ale daje obraz tego, ile pierwszej warstwy skóry może się człowiek pozbyć w tak krótkim czasie.

Całość trwała może z 10 minut, po czym ponownie zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Za ścianą słyszeliśmy Paulinę i Marcina, którzy przechodzili kolejny etap tego zabiegu. Przedostatnim elementem tej całej zabawy w łaźni, było nasmarowanie nas ponownie jakimś specyfikiem o konsystencji mydła w płynie i pozostawienie na kolejne kilka minut. Zapienione ciała czekały już na ostatnią fazę – płukanie. Zrobiono je dwuetapowo. Najpierw małymi ilościami wody po konkretnych częściach ciała, a na koniec wszystkim co zostało w balii… na głowę. Bardziej czyści być nie mogliśmy.

Tradycyjna miętowa herbata

Bez wycierania ciała ręcznikiem, od razu okryto nas ciepłymi szlafrokami, a na głowę położono małe ręczniki. Następnie zaprowadzono nas do pomieszczenia obok – przytarasowego pokoju, w którym podano tradycyjną miętową herbatę. Chwilę później dołączyli do nas Paulina i Marcin. Podczas delektowania się zaserwowanym naparem, wymienialiśmy opinie odnośnie minionych doznań.

Po paru chwilach przyszła koordynatorka, zapraszając ponownie na pierwsze piętro, do znanej nam już strefy masażu. Na miejscu czekały masażystki, które poprosiły o zdjęcie szlafroków, położenie się na odpowiednich łóżkach i relaks. Tak też uczyniliśmy. O takie rzeczy dwa razy prosić nie trzeba. Spokojna lokalna muzyka w tle i przygaszone światła sprzyjały wykonaniu polecenia.

Coś co kocham, czyli masaż

Masaż, który miał miejsce przez kolejne 45 minut był czymś wspaniałym. Wszystkie spacery z ostatnich 6 dni, niezliczone godziny przesiedziane najpierw w samolocie, a potem w autokarze, w jednym momencie poszły w zapomnienie. Był to całościowy masaż relaksacyjny: stopy, nogi, dłonie, ręce, plecy, brzuch, klatka piersiowa, twarz i głowa. Wszystko! Wszystko zostało tak dobrze wygniecione i wymasowane, że jedyne o czym marzyłem, to aby koniec nie nastąpił za szybko. Ale niestety nastąpił. Na szczęście po zakończeniu masażu, pozostawiono nas jeszcze na kilka minut, abyśmy mogli dojść do siebie i pogodzić się na spokojnie z tym faktem – a nie, że tak od razu koniec.

Szczęśliwi, czyści, zrelaksowani, wypoczęci i wysmarowani olejkiem, najprawdopodobniej arganowym, opuściliśmy lokal Argan Phyto House dziesięć minut po dwudziestej, wcześniej rozliczając się za wykonaną usługę. Niestety na recepcję nie zeszły nasze masażystki, a z chęcią dalibyśmy im napiwek za super wykonaną pracę. W salonach masażu tajskiego jest to standard, że masażyści żegnają swoich klientów. Tutaj tak nie było. Nie wiem czy wynika to z zakazu, czy innych zasad.

W między czasie okazało się, że nasz kierowca, jest również właścicielem tego miejsca. Zapytał więc na koniec jak było, czy wszystko ok itp. Kłamać nie musieliśmy. Zgodnie z prawdą i doznaniami powiedzieliśmy, że wszystko było super i z przyjemnością polecimy jego salon znajomym. M.in. dlatego też piszę ten post. Dobre rzeczy trzeba polecać. Jeśli będąc w Agadirze znajdziecie kilka godzin wolnego, to wybierzcie się do lokalnego Hammamu. Relaks gwarantowany.

Dziękuję Nina za pomysł i wskazanie tego miejsca.

Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#manipulacja#pierwsza praca#restauracja#konkwista#marzenia#Wyspy Kanaryjskie#muzeum#lot#kurs walut#samozatrudnienie#Itaka#obsługa klienta##james bond#meksyk#sprzedaż#Rainbow Tours#emigranci#snajper#zwiedzanie