Wielka Konkwista z Rainbow Tours – recenzja wycieczki

15 Maj
2015

Wielka Konkwista z Rainbow Tours – recenzja wycieczki

Po zakończeniu cyklu opisującego moją wycieczkę po Meksyku, przyszedł czas na jej recenzję i wystawienie adekwatnej oceny. Minęły dwa miesiące od mojego powrotu, więc teraz, bez emocji będę mógł dać w miarę obiektywny feedback. Tak jeszcze tytułem wstępu dodam, że chciałem zrobić niezależny wątek o samych hotelach, bo w końcu zostało zaliczonych ich kilka, jednakże postanowiłem, że informacje te będą bardziej istotne w samej recenzji niż jako niezależny wpis.

Wycieczka, na którą się wybrałem zorganizowana została przez Rainbow Tours. Boję się używać słowa „podróż” w tego typu tekstach, bo zdaję sobie sprawę, że obraziło by to prawdziwych podróżników. To był zwykły wyjazd z nastawieniem na zwiedzanie, nie zaś podróżowanie w pełnym znaczeniu tego słowa. O nie. Choć bardzo mnie to fascynuje i z podziwem patrzę na ludzi wyruszających w podróż na dziko z plecakiem, to jeszcze w chwili obecnej nie mogę sobie na to pozwolić. Ale do czasu... Wszystko przede mną.

Tak więc to była wycieczka.

Odpowiednio zaplanowany i zorganizowany wyjazd, podczas którego mieliśmy zwiedzić konkretne miejsca, zobaczyć konkretne rzeczy i dowiedzieć się konkretnych informacji. Nie była to jednak wyprawa dla „francuskich pudli”, czy „panów”, co to są przyzwyczajeni do pięciogwiazdkowych hoteli all inclusive i kiedy wokoło każdy za nimi gania. Piszę o tym, bo i tacy się tu zdarzają.

Wycieczka, którą promują jako 16-sto dniową trwa tak naprawdę 14 dni, bo resztę zabiera lot. Szczegółowy jej opis (dotyczący już samego kraju, nie zaś kwestii organizacyjnych) znajdziecie w mojej relacji, którą z uwagi na obszerność programu podzieliłem na cztery części:

W tym tekście skupię się zatem na samej ocenie programu i oferty, opisując przy okazji kluczowe jej kwestie. Uzupełniając dodam jeszcze, że byłem w okresie 7-22 marca – być może dla kogoś będzie to istotna informacja (chociażby z uwagi na warunki pogodowe - gdzie poza jakimiś małymi anomaliami w postaci dwóch dni z deszczem i temperaturą na poziomie 15-20 stopni panował klimat około 30 stopni w pełnym słońcu).

Dzień pierwszy

Nic nadzwyczajnego – jak to z wylotem bywa. Najpierw oczekiwanie na odprawę, potem na wejście na pokład, a następnie na start – w naszym przypadku zaplanowany na godzinę 9.00. Oczywiście organizatorzy sugerują przyjść na trzy godziny przed wylotem, ale prawda jest taka, że jak każdy się tak zjawi, to ostatni i tak zostaną odprawieni jakieś półtorej godziny później. Zatem bez stresu, godzinę dłużej można pospać. Jest jednak jeden minus - ostatnie osoby nie mają wpływu na dobór miejsc w samolocie i może się zdarzyć, że będą porozrzucani w różnych jego częściach. A był to Dreamliner, więc nachodzić się można.

Na szczęście Dreamliner miał dobrze uzupełnioną bazę video, więc można było nadrobić zaległości filmowe.

Sam lot trwał około 12 godzin, więc w Cancun wylądowaliśmy w granicach godziny 16 czasu lokalnego (zegarki cofamy o 7 godzin, więc w Polsce była 23). Następnie jeszcze odpowiednio długie odstanie w kolejce do podbicia wizy (rozdają w samolocie, aby nie tracić później czasu na ich wypisywanie) i podróż do hotelu, który był w odległości około 40 minut od lotniska. Po zakwaterowaniu czas wolny, więc można poświęcić go na zwiedzanie okolicy.

Od razu zaznaczę, że gwiazdki hotelowe przyznają tam na zasadzie – ile sobie przypiszę, tyle będzie, więc nie jest to wcale wyznacznik jakiegokolwiek standardu czy jakości. I tak np. hotel pierwszego dnia to Plaza Caribe, który rzekomo posiadał 4 gwiazdki, zaś w mojej ocenie ledwo ledwo powinien zasłużyć na trzy. Pokoje niestety pozostawiają wiele do życzenia (mało estetyczne, bez wyciszenia, a więc i mało komfortowe), łóżka raczej średnie i średnio wygodne, a basen niewielki (ale był!). Tak czy inaczej, mało to ważne (jak i w większości hoteli podczas tego typu pobytu), bo czas jaki tam spędzamy to klika godzin i to głównie przeznaczonych na sen. Znacznie bardziej istotne jest jedzenie, bo baterie zasilać trzeba dość mocno przy takim wyjeździe. Tak więc tutaj jedzenie było poprawne, dość smaczne i podawane w formie bufetu. Do śniadania dodatkowo kawa/herbata/sok w cenie. Niewątpliwym plusem hotelu, to jego lokalizacja – w środku miasta więc było blisko na rynek, gdzie akurat w momencie naszego przyjazdu bardzo dużo się działo (weekendy u Meksykanów to czas zabawy i to widać).

Hotel Plaza Caribe

Hotel Plaza Caribe

Dzień drugi

pobudka o 6.00, wyjazd o 7.00

Cel: Chichen Itza, Merida oraz Izamal.

Dystans do przebycia: 360 km

Co istotne, tego dnia pilot (przynajmniej nasz) ustalał miejsca w autokarze i robił to wg dość ciekawego klucza: ten kto pierwszy wykupił wycieczkę, ten pierwszy wybiera miejsce w autokarze. Taki przywilej. Oczywiście byli tacy, których rozpierała duma, że są tymi pierwszymi – jak to niewiele ludziom do szczęścia potrzeba. A! Tutaj dość ważna informacja – autokary. Podróżowaliśmy naprawdę nowoczesnym sprzętem – nówki sztuki, ale przez to miały jedną wadę – klimatyzację. Autokar w drugiej jego części (dosłownie od połowy) chłodził jak w lodówce. Wydaje się to fajne w kraju, gdzie temperatura wynosi średnio 30 stopni, ale uwierzcie mi – nie jest. Połowa uczestników siedziała w bluzach, kurtkach, czapkach czy polarach – a i tak się rozchorowali. Tak więc miejcie to na uwadze wybierając swoje miejsca.

Ciekawa i mało męcząca trasa, jednakże w mojej ocenie za mało wolnego czasu w Chicen Itza na oglądanie i ew. zakup pamiątek (a jest tu ich ogromny wybór i w bardzo dobrych cenach). Ogólnie czas na zwiedzanie i czas wolny jaki mieliśmy to ok. 2-2,5 godziny. Na miejscu, już po wyjściu ze strefy archeologicznej, dodatkowo możliwa była wycieczka fakultatywna (20 USD) do studni krasowej (ok 10 minut drogi autokarem od Chichen Itza). Ogólnie OK, jeśli ktoś pływa, bo inaczej to pozostaje tylko popatrzyć. Czas na miejscu to około 1-1,5 godziny wraz z czasem na jedzenie. Na miejscu przebieralnie i szafki na dokumenty, więc nie ma stresu z pozostawieniem rzeczy.

Jeden z kilkudziesięciu straganów z pamiątkami - trzeba się postarać, aby nie znaleźć czegoś ciekawego.

Posiłek w miejscu wycieczki fakultatywnej – ok 160 peso za osobę plus dodatkowo napoje (bardzo dobre jedzenie, spory wybór w postaci bufetu). Co ważne - jak ktoś nie jedzie na wycieczkę fakultatywną (u nas wszyscy pojechali), to radzi sobie sam z jedzeniem i po tym czasie (1-1,5h) jest odbierany przez pozostałą część wycieczki z Chichen Itza. Następnie przejazd do Izamal – typowo meksykańska mieścina, fajne uliczki, klimatycznie. Trochę zwiedzania i podróż do Meridy, gdzie czekał nocleg (dojazd do hotelu około 19).

Co ważne tego dnia, to zakup pamiątek jakimi są indiańskie maski. Zdarzają się też w późniejszych etapach wyprawy, ale w Chichen Itza jest ich największy wybór, dobrej jakości i w dobrych cenach.

Drugi nocleg to hotel w stylu kolonialnym - Embajador. Nie wiem ile gwiazdek, ale to nieważne. Dużo lepszy od pierwszego, przytulny, ładny, klimatyczny, czysty i z bardzo wygodnymi łóżkami. Na starcie zaserwowano drink powitalny – tequilkę, więc miły akcent na rozpoczęcie wypoczynku. Odnośnie samego jedzenia, to kolacja zasiadana i dania serwowane. Smaczne, choć niewielkie porcje. Jeden napój do kolacji gratis – reszta płatne. A, i tutaj przygrywali jeszcze Mariachi, więc klimatycznie. Śniadanie już w formie bufetu, tak więc i napoje bez limitu w cenie.

Patio (i zarazem jadalnia) w hotelu Embajador

Pokój w hotelu Embajador

Dzień trzeci

pobudka o 6.00, wyjazd o 7.00

Cel: Rezerwat Przyrody Celestun, Uxmal oraz Campeche.

Dystans do przebycia: 390 km

Jeszcze wyjaśnienie, czemu podaję dystans w danym dniu. Bo oczywiście, jak wszędzie z resztą, pojawiają się maruderzy i narzekacze, którzy nie wykażą minimum zainteresowania w zapoznaniu się z treścią wycieczki, tylko od razu hejtują i piszą jakieś bzdurne komentarze, że wycieczka beznadziejna, bo połowę przesiedzieli w autokarze. No jak ktoś jest ignorantem i nie ma zielonego pojęcia o kraju, do którego jedzie, to co mu innego pozostaje. Tylko narzekanie i żalenie się na publicznym forum. Szkoda tylko, że nie na własną głupotę, a na wszystko wokół. Pamiętajmy, że obszar Meksyku to blisko połowa obszaru całej Unii Europejskiej, więc siłą rzeczy, jak chce się go zwiedzić w 14 dni autokarem, to te kilkadziesiąt godzin trzeba w nim spędzić. Przecież nikt nam piramid czy dżungli pod hotel nie przeniesie… No ale niestety tacy ludzie się zdarzają i zaśmiecają tylko internet.

Trasa tego dnia mało męcząca. Ciekawe obiekty do zobaczenia. Urok rezerwatu przyrody Celestun w głównej mierze zależy od pogody. Jak będzie ciepło i słonecznie to i szanse na zobaczenie większej liczby krokodyli się zwiększają – u nas były pojedyncze sztuki. Uxmal to z kolei strefa archeologiczna z piramidami i innymi budowlami, na które w większości można wchodzić. Tam też mieliśmy lunch – cena 150 peso za osobę (napoje płatne oddzielnie), podawany w formie bufetu, dość duży wybór i smacznie. Czasu wolnego na atrakcje w sam raz – około 2 godziny w Celestun i 2-2,5 godziny w Uxmal (włącznie z czasem wolnym i czasem na lunch).

Restauracja w Uxmal

Kolejny i ostatni punkt zwiedzania w tym dniu to stare miasto w Campeche (bonus, ale bardzo przyjemny, którego nie było w programie) i jest to mniej więcej w czasie zachodu słońca. Czas na zwiedzanie to około 1-1,5 godziny plus do tego jeszcze 40 minut czasu wolnego – w sam raz, idealnie. Następnie już podroż do hotelu położonego kilkanaście minut drugi od starówki.

Trzeci nocleg był w cztero gwiazdkowym hotelu Ocean View. Dobra, ten zasłużył na cztery gwiazdki – przynajmniej jeśli chodzi o standard pokoi oraz wygodę łóżek. Pierwsza klasa, jak na tego typu wycieczkę. Lokalizacyjnie super, bo naprzeciwko Zatoki Meksykańskiej – dosłownie naprzeciwko (po drugiej stronie ulicy), więc raniutko można zobaczyć piękny wschód słońca. Tutaj również przywitano nas napojem powitalnym – tym razem bezalkoholowym. Kolacja serwowana, w miarę smaczna, ale porcje nie za duże. Każdy napój do kolacji płatny. Śniadanie w formie bufetu, dość duży wybór, smaczne i z napojami w cenie. Może ogólnie zaznaczę, że w każdym hotelu napoje do śniadania były w cenie, więc uprości to sprawę.

Hotel Ocean View

Wyjście z hotelu Ocean View bezpośrednio na Zatokę Meksykańską

Pokój w hotelu Ocean View

Dzień czwarty

pobudka o 6.00 (może nieco wcześniej, bo zdążyliśmy po śniadaniu zobaczyć wspominany wschód słońca) i wyjazd o 7.00

Cel: Palenque (dżungla)

Dystans do przebycia: 390 km

Tu będzie krótko, bo i miejsc mało. Trasa dość długa, sporo się jechało, ale ciekawa. W mojej ocenie najfajniejsze miejsce, ale to dlatego, że lubię takie klimaty. Niewielu turystów, ładne pamiątki (tutaj można kupić różnego typu kalendarze majów robione na dobrze wyprawionych skórach) i odpowiednia ilość wolnego czasu. Czas zwiedzania wraz z czasem wolnym to około 3 godziny. Tego dnia nie był zorganizowany żaden konkretny lunch, więc należało radzić sobie samemu podczas krótkich postojów na trasie (sklepy, bufeciki itp.) – nie był to jakiś większy problem.

Mapy w Palenque

Dzień zakończyliśmy w Palenque w hotelu Tulija Express oznaczonym czterema gwiazdkami. Bez większych zastrzeżeń, ale o jedną nutkę za dużo. Spory basen (dojechaliśmy dość wcześnie w porównaniu z poprzednimi dniami, więc chętnie z niego korzystano), hamaki i dobra kuchnia (kolacja zasiadana z dodatkowo płatnymi napojami, a śniadanie w formie bufetu). Minus to pokoje, które nie powalały estetyką i bardzo była w nich odczuwalna wilgoć. Ważne, że materace wygodne, więc można było zregenerować siły.

Hotel Tulija Express - niestety nie mam fotek z wewnątrz..

Dzień piąty

pobudka o 6.00, wyjazd o 7.00

Cel: Wodospady Aqua Azul i miasteczko San Cristobal

Dystans do przebycia: 270 km

W porównaniu do innych dni, dystans wydaje się krótki, ale to zmyłka. Trasa bardzo męcząca. Kręta i po górach i dodatkowo wjazd na poziom ponad 2000 metrów, więc ciśnienie daje o sobie znać. Tak jak wcześniej była jazda głównie po autostradach, to tutaj się skończyła. Jeśli masz jakiekolwiek, choć minimalne oznaki choroby morskiej lub lokomocyjnej, to bez zastanowienia chwytaj z rana po odpowiednie piguły. Takich dni będzie jeszcze kilka, więc lepiej wziąć ze sobą powiększone opakowanie. W Aqua Azul zdecydowanie za mało czasu. Na wszystko. W mojej ocenie duży za to minus. Miejsce piękne i malownicze, ale czas na przejście i zobaczenie wszystkiego na spokojnie, zrobienie zdjęć czy wykąpanie się w jednym z przeznaczonych do tego miejsc całkowicie nieproporcjonalny. W ofercie zaznaczone jest, że przy dobrej pogodzie możliwość kąpania. Pogoda była średnia, ale nawet gdyby była przecudowna, to trzeba by uwinąć się w jakieś 10 minut ze wszystkim, co mija się z celem. Nie pamiętam, czy poza mną ktoś się zdecydował na kąpiel, i to nie z uwagi na brak słońca (bo i tak było ciepło), tylko właśnie na brak czasu.

Koniec dnia to miasteczko San Cristobal. Ładne i ciekawe, ale chłodne i wietrzne. Dojechaliśmy do niego dość wcześnie (a był to ostatni punkt podróży tego dnia), więc spokojnie można było zostać dłużej nad wodospadami. Tego dnia również nie było zorganizowanego jakiegoś konkretnego lunchu, ale zatrzymaliśmy się na trasie przy knajpce, gdzie podawali bardzo dobre quasadillas – 3 sztuki za 70 peso. Niestety mało czasu na jedzenie (pół godziny na zamówienie i zjedzenie przy grupie 50 osób to niewiele), więc trzeba było się dość sprawnie uwijać. W San Cristobal zwiedzanie zajęło około 1-1,5 godziny, a później już czas wolny.

Hotel tego dnia to D’Monica. Kolonialny, bardzo ładny jeśli chodzi o klimat z super patio. Tutaj również napój powitalny. Lokalizacja dobra, w centrum miasta. Kolacja podawana – tortille z różnego typu mięsami oraz deser. Śniadanie w formie bufetu, ale chyba najgorsze na trasie – bardzo mały wybór. Herbata do kolacji gratis – inne napoje już oddzielnie płatne. Bardzo duży minus tego hotelu to zimne pokoje. Bardzo zimne – pewnie około 15 stopni, szczególnie te na parterze. Szefostwo zdaje sobie z tego sprawę, bo w każdym pokoju są grzejniki, ale to i tak mało komfortowa sytuacja.

Hotel D'Monica

Pokoje w hotelu D'Monica

Dzień szósty

pobudka o 6.30, wyjazd o 8.00

Cel: Wioska Indian San Juan Chamula i Kanion Sumidero

Dystans do przebycia: 400 km

Wyjazd w kierunku wioski indiańskiej San Juan Chamula (jest to wycieczka fakultatywna za 15 USD). Opisałem to dokładniej w relacji 14 dni w Meksyku cz.1, więc zachęcam do przeczytania, bo warto. W tym miejscu spędziliśmy 2 godziny czasu włącznie z czasem wolnym (zdecydowanie za dużo – połowa ludzi już po godzinie stała przy autobusach i się nudziła). Następnie pojechaliśmy do Kanionu Sumidero, gdzie czekał nas 30km rejs. Tutaj spędziliśmy niespełna 3 godziny czasu wraz z posiłkiem, który zamawiany był wcześniej (do wyboru różne zupki, ryby czy quasadillas w cenach między 70 a 130 peso; wszystko smaczne). W kanionie bardzo wietrznie, więc jak ktoś się wybiera to koniecznie spakujcie wiatrówki, czapki i chusty.

Tym razem zatrzymaliśmy się w hotelu Calli, na obrzeżach miasta Tehuantepec. Dojechaliśmy na wieczór, około godziny 20.00. Hotel duży, ale zadbany i cichy. Bardzo fajny ogród, niewielki basen i hamaki. W tym hotelu oferują tylko kolację, bo z uwagi na wczesny wyjazd następnego dnia zamiast śniadania przekazują suchy prowiant (bardzo skromny). Ale za to kolacja smaczna – zasiadana, z jednym napojem w cenie.

Pokój w hotelu Calli

Dzień siódmy

pobudka o 4.45, wyjazd o 5.50

Cel: Mitli, Fabryka Mezcalu, Oaxaca

Dystans do przebycia: 400 km

Trasa długa, średnio męcząca, ale za to bardzo widokowa. Mitli to duża otwarta przestrzeń gdzie słońce daje o sobie znać, więc nie zapomnieć nakryć głowy i wody… W tym miejscu spędziliśmy około 1,5 godziny plus dodatkowo około godziny czasu wolnego. Myślę, że w sam raz. Miejsce ładne i ciekawe. Możliwość zaopatrzenia się w różne pamiątki. Następny punkt to fabryka mezcalu, w której spędziliśmy około 1 godziny, czas ten głównie poświęcając na testowanie różnych trunków i zakupy. Później już lunch - zorganizowany, ale niestety w dość szybkim tempie (około 40 minut, w miejscu gdzie zjeżdża się spora liczba autokarów). Na szczęście bardzo smaczny i w dobrej cenie (150 peso i no limit w jedzeniu). Koniec dnia to zwiedzanie Oaxaca i głównego bazaru (łącznie około 2,5 godziny).

Jeden z najlepszych posiłków e czasie całego wyjazdu był własnie w tym miejscu

I to jest ten kolejny element wycieczki, który zgarnia minusy. Za mało czasu wolnego w Mitli, za mało czasu na fabrykę mezcalu, za mało czasu na lunch i zdecydowanie za dużo czasu na Oaxaca – o godzinę za dużo.

Do hotelu – Mission Oaxaca zajechaliśmy około 19.00. Obiekt wielki, nie licząc Acapulco największy na naszej trasie. Z dużym, ale zimnym basenem. Napój powitalny, kolacja dobra, ale porcje niewielkie. Napoje do kolacji płatne. Pokoje bardzo dobre, łóżka wygodne, obiekt cichy. Internet niby jest, ale nie w całym obiekcie – w naszej części nie było. Ogólnie jeśli przy opisach hoteli nie wspominam o internecie, to znaczy że był (bo był w każdym hotelu) i działał w miarę przyzwoicie. Śniadanie w formie bufetu – smaczne.

Basen w hotelu Mission Oaxaca - nie widziałem, by ktokolwiek się w nim kąpał.

Dzień ósmy

pobudka o 6.30, wyjazd o 7.50

Cel: Monte Alban i Puebla

Dystans do przebycia: 350 km

Dojazd do Monte Alban spod hotelu to tylko 40 minut, więc prawie nieodczuwalna podróż. Na miejscu spędziliśmy około 2 godzin, w tym czas wolny około godziny, więc idealnie – czasu starczyło na wszystko. Następnie trasa autostradą trwająca około 5 godzin do Puebli (na szczęście piękna i widokowa) z jednym 10-15 minutowym postojem gdzieś mniej więcej w połowie, na rozprostowanie kości i przegryzienie czegoś na trasie (w budkach przy drodze). Tuż przed dojazdem do Puebli kolejny postój, tutaj już dłuższy – około 40 minut na zjedzenie jakichś kanapek lub zupy. W Puebli czas na zwiedzanie w granicach 2-2,5 godziny, w tym mniej więcej połowa to czas wolny.

Puebla uważana jest za jedno z najlepszych miast Meksyku (jeśli nie najlepsze), a jednak hotel w jakim się tu zatrzymaliśmy był najgorszy na całej trasie – czterogwiazdowy Hotel Plaza Poblana. Masakra. Stoi tuż przy stacji benzynowej i w okolicach dworca głównego, więc okna z pokoi wychodzą na tankujące auta i poboczne ulice, które nigdy nie śpią. Pokoje bardzo głośne, internet też najgorszy na całej trasie, a jedzenie również pozostawiało wiele do życzenia (śniadanie i kolacja w formie bufetu). Uraczyli nas za to drinkiem powitalnym, a przy kolacji czas nieco umilił bardzo fajnie grający zespół Mariachi.

Pokój w hotelu Plaza Poblana

Widok z okien hotelu Plaza Poblana

I to również widok z okien hotelu Plaza Poblana

Dzień dziewiąty

pobudka o 6.30, wyjazd o 8.00

Cel: Cholula, oglądanie wulkanów, Cuernevaca, Acapulco

Dystans do przebycia: 450 km

Podobnie jak poprzedniego dnia, już po 30 minutach dojechaliśmy w pierwsze miejsce, a więc dystans w ogóle nieodczuwalny. Tutaj czas zwiedzania wynosił 40 minut, zaś czas wolny około 50 minut – moim zdaniem trochę za długo, bo nie było wcale miejsc do samodzielnego zwiedzania. Te oglądanie wulkanów, o którym wspominają w ofercie to po prostu efekt poboczny zwiedzania klasztoru w Cholula. Znajduje się on na szczycie góry, z której można próbować wypatrywać dwa wulkany (jak pogoda pozwoli). Następnie czekała nas 3 godzinna jazda, bez żadnej przerwy, do Cuernavaca, gdzie spędzilismy 2 godziny wraz z czasem wolnym (pół na pół) podczas którego każdy sam sobie radził z posiłkiem. Tutaj wszystko w sam raz jeśli chodzi o przeznaczony czas. Później ponownie wybralismy się w 3 godzinną podróż do Acapulco, z tymże tutaj z jednym, krótkim już postojem. Trasa chwilami bardzo malownicza.

Do Acapulco dojechaliśmy około godziny 19.00, gdzie zaraz po zakwaterowaniu (trwa najdłużej ze wszystkich hoteli na trasie, ale to z uwagi na wielkość obiektu) można było korzystać z uroków All Inclusive, które nie charakteryzowały się niczym nadzwyczajnym. Po prostu jedzenie o prawie każdej porze i korzystanie tylko z jednego baru przy basenie (na dodatek do godz. 23.00) – wszystkie inne były już dodatkowo płatne. Napoje alkoholowe w naszej opcji all inclusive też są ograniczone jedynie do kilku podstawowych rodzajów, więc to nie takie znów all. Mi osobiście w ogóle to nie przeszkadzało, bo raczyłem się ich narodowym trunkiem, którego mają aż nadto, ale wolę uprzedzić smakoszy. Nie korzystałem tutaj z żadnych wycieczek fakultatywnych, więc też żadnej ocenić nie mogę. Z zasłyszanych opinii mogę jedynie przekazać, że były OK i wydanej gotówki nie żałowano.

Hotel w Acapulco to Copacabana. Ogromny, 17 piętrowy moloch gdzie uczestnicy wycieczki porozrzucani są wszerz i wzdłuż – dosłownie nie ma reguły, więc i odnaleźć kompanów podróży jest trudno. W całym tym obiekcie są tylko 3 windy, więc lepiej nie zapomnieć niczego jadąc na plażę czy basen, bo można trochę się naczekać zanim zrobi się kolejną rundkę. Pokoje bardzo poprawne, z każdego pokoju widok na ocean (lepszy lub gorszy, ale jest), łazienki OK, łóżka wygodne. Ogólnie hotel poprawny. Jeśli chodzi o jedzenie, to głodny nikt nie chodził – smacznie, dużo i przede wszystkim cały czas dostępne. Niby prywatna plaża, ale każdy może z niej korzystać. Od groma zatem wszelkich handlarzy, więc rzeczy samych sobie lepiej nie zostawiać. Leżaki i parasole hotelowe bezpłatne, ale jak to w takich miejscach bywa… kto pierwszy ten lepszy, a że hotel ma 17 pięter, to wiadomo jakie jest zainteresowanie.

Hotel Copacabana w pełnej okazałaości

Widok z pokoju w hotelu Copacabana - piętro 13.

Plaża hotelowa wąska, ale bardzo przyjemna i czysta

Basen hotelu Copacabana całkiem spory.

Taras bezpośrednio przy oceanie.

Dzień dziesiąty

Całodniowy pobyt w Acapulco, więc wszystko co trzeba opisałem powyżej.

Dzień jedenasty

pobudka o 6.30, wyjazd o 8.00

Cel: Tasco, Mexico City

Dystans do przebycia: 420 km

Z uwagi na cały dzień relaksu, tutaj od razu czekała nas 3 godzinna trasa do Tasco, z krótką 10 minutową przerwą. W samym Tasco spędziliśmy około trzech godzin, z czego blisko połowa to czas wolny, w ramach którego musieliśmy sobie zorganizować lunch. Miasteczko bardzo ładne – dobrze, że jest na planie tej wycieczki. Więcej na ten temat opisałem w relacji (14 dni w Meksyku - cz. 3). Później pojechaliśmy już bezpośrednio i bez żadnej przerwy do Mexico City, gdzie do hotelu zajechaliśmy na godzinę 19.00. Dla chętnych tego wieczoru czekała wycieczka fakultatywna za 40 USD w postaci wieczoru folklorystycznego na Placu Garibaldi. Ja się nie wybrałem, ogólnie mało osób się wybrało, a zdania co do imprezy były podzielone.

Nocleg mieliśmy w hotelu Fontan, chyba czterogwiazdkowym. Na pewno najlepsze wifi podczas wyjazdu, co umożliwiło zrobienie wszelkich backupów zdjęć. Lokalizacja hotelu bardzo dobra, bo w centrum miasta. Kolacja zasiadana, skromna (można rzec dość uboga), ale smaczna. Napój powitalny plus kawa i herbata w cenie. Pokoje OK, łóżka wygodne. Hotel ogólnie dobry. Porażką w nim jest śniadanie – podawane w formie bufetu, ale tak kiepsko zorganizowane, że czas oczekiwania na dostanie się do jakiejkolwiek potrawy wynosił kilkanaście minut.

Hotel Fontan

Pokój w hotelu Fontan

 

Dzień dwunasty

pobudka o 6.30, wyjście w miasto o 8.00

Cel: Zwiedzanie miasta

Dystans do przebycia: tyle co na miejscu plus trochę po obrzeżach

Tutaj nasz program nieco różnił się od tego w katalogu, bo zamieniono kolejnością dni - Rainbow Tours uprzedza o tym w katalogu. Żadnej różnicy, bo i tak zwiedziliśmy co chcieliśmy i co było obiecane. Nie wiem tylko w czym tkwiła przyczyna, bo nikt o niczym nie informował – być może w kwestii lotu powrotnego do Cancun. W 20 minut od hotelu dotarliśmy do Placu Trzech Kultur, gdzie spędziliśmy około 30 minut. Później wybraliśmy się do Teotihuacan (40 minut drogi autokarem), gdzie znajdowały się piramidy Słońca i Księżyca oraz warsztat obsydianu (oczywiście możliwość zakupu pamiątek). Czas, który tam spędziliśmy to łącznie 3-3,5 godziny z czasem wolnym, co w zupełności było wystarczające.

Tego dnia, w mojej i znacznej części uczestników ocenie, mieliśmy najlepszy lunch. Koszt 160 peso od osoby, ale za pełny szwedzki bufet – no limit jedzenia i bardzo duży wybór potraw. Napoje dodatkowo płatne. Można było też wybierać posiłki z karty, ale nie wiem czy to by było lepsze rozwiązanie. Dodatkowo atrakcje w postaci Mariachi oraz tańców indiańskich, więc ogólnie przyjemnie. Czas na posiłek około godziny -wystarczająco, po czym wybraliśmy się do Sanktuarium Matki Boskiej z Gwadelupy (czas dojazdu około 40 minut). Na miejscu na zwiedzanie całości + czas wolny przeznaczono w granicach 2,5-3 godziny, co trwało zdecydowanie za długo. W pielgrzymce nie uczestniczyliśmy, więc spokojnie można było uciąć z tego 30-40 minut, a i tak by w zupełności wystarczyło czasu na wszystko. Tego dnia to ostatni punkt wycieczki, więc powrót do hotelu w granicach godziny 18.30 – później już czas wolny. Hotel ten sam.

 

Dzień trzynasty

pobudka o 6.30, wyjście w miasto o 8.00

Cel: Zwiedzanie miasta + transport do Cancun

Dystans do przebycia: tyle co na miejscu

Tutaj już stosunkowo niewiele zwiedzania, choć czas uciekał bardzo szybko. Po ok 10 minutach jazdy autokarem wysiadka i zwiedzanie centrum historycznego, galerii sztuk pięknych, pałacu poczty, placu Zocalo, najstarszej kamienicy w mieście oraz Ruin Wielkiej Świątyni Azteków. Później zwiedzanie Pałacu Narodowego gdzie znajdują się murale Diego Rivery (tutaj wiedza i pasja naszego przewodnika osiągnęła punkt kulminacyjny) oraz Katedry. Całkowity czas przeznaczony na ww. punkty to 3-3,5 godziny wraz z czasem wolnym, który wynosił około 40 minut.

Jedna uwaga odnośnie tego dnia – do Pałacu Narodowego nie można wnosić wody (pełna kontrola przy wejściu), więc przy tak upalnym dniu jaki my mieliśmy, trzeba pamiętać o dobrym nawodnieniu się przed tą częścią wycieczki.

Następny punkt wycieczki to muzeum antropologiczne. Czas przejazdu do muzeum około 40 minut, przez sam środek Mexico City. W muzeum (bardzo ładny i ciekawy obiekt) spędziliśmy łącznie niespełna 3 godziny, z czego około 1,5-2 z pilotem, a pozostały czas samodzielnie (wtedy też trzeba zadbać o posiłek we własnym zakresie). Po muzeum już bezpośredni transport na lotnisko (około 40 minut) i oczekiwanie na lot powrotny do Cancun. My byliśmy na lotnisku o 16.30, odprawa trwała około 40 minut, ale oczekiwanie na sam lot już blisko 3 godziny (mieliśmy ponad godzinne opóźnienie i jest to u nich normalne, więc lepiej się od razu na ten fakt nastawić). Na szczęście jest co zjeść (ceny przyzwoite) i jest gdzie naładować komórki i inne urządzenia elektroniczne (sporo stoisk z gniazdkami).

Lot do Cancun trwał około 2 godzin, więc na miejsce dotarliśmy w granicach 24.00 czasu lokalnego (jest jedna godzina różnicy między Jukatanem, a resztą Meksyku). Następnie jeszcze około 30-40 minut w autokarze i zawitaliśmy w ostatnim hotelu na trasie – Holiday Inn. Nastawcie się, że w hotelu tym na powitanie dostaniecie zimny prowiant, w którego skład wchodzi owoc, frytki i kanapka. Na nic ciepłego liczyć nie można, bo o tej godzinie nie chodzi już kuchnia.

Ale. Żeby nie było że to jakaś wada wycieczki, to organizator oraz hotel ładnie się zachowują i dniu wyjazdu, pomimo, że wykwaterowanie jest o 12.00 zapewniają pełny lunch po czasie wykwaterowania, aby na lotnisko nie jechać głodnym. Za to plus.

Odnoście samego hotelu. No Holiday Inn, więc co tu dużo pisać. Sieciówka, więc trzyma standard. Pokoje bardzo duże – około 35-40m2, ładne, przestronne, z wygodnymi łóżkami i widokiem na plaże (a raczej basen, a następnie plażę). Te dwa ostatnie dni (no dobra, jeden i trochę drugiego) są w opcji all inclusive, więc na jedzenie narzekać nie można, na picie narzekać nie można - ogólnie narzekać nie można. Odpocząć za to można należycie. Basen w hotelu dość duży, plaża własna i czyściutka – cały czas zamiatana i grabiona, więc widać, że dbają o komfort gości. Leżaki i parasole w cenie, zaś w morzu trampolina i hamaki – fajny klimat i można wypocząć po ponad tygodniowej, intensywnej podróży.

Pokój w Holiday Inn w Cancun

Widok z balkonów w hotelu Holiday Inn

Dzień czternasty

Całodniowy pobyt w Cancun.

Na plusy zasługuje wieczór. Jedzenie pod gołym niebem, w bardzo fajnym klimacie z atrakcjami w postaci występów lokalnej grupy akrobatycznej. Integracja podróżnych dość dobra, zważywszy na fakt, że poza nami było tam sporo grup z innych krajów.

 

Dzień piętnasty

Wymeldowanie z hotelu o 12.00, więc do tego czasu można było korzystać z uroków all inclusive. Później już niestety nie, włącznie z wyłączeniem dostępu do internetu. Pełny lunch około 13-14 i później już podróż powrotna. Wyjazd z hotelu około 14.30, dojazd na lotnisko w niespełna godzinę i znany już wszystkim proces odprawy. Wylecieliśmy bez większych opóźnień o 18.00, Dreamlinerem. Lot powrotny jest krótszy o ponad godzinę i odbywa się w nocy, więc wydaje się mijać znacznie lepiej niż też pierwszy. W Polsce lądujemy dnia szesnastego około godziny 11.00.

 

Czas na podsumowanie i ocenę.

Pilot.

Katarzyna Rotter – w mojej ocenie jeden z najlepszych pilotów na moich dotychczasowych wyjazdach. W internecie można poczytać jakieś niechlubne opinie na jej temat, ale szczerze powiem, że nie mam pojęcia na jakiej podstawie powstały, szczególnie, że podważają one wiedzę i kompetencje, których akurat tutaj w żadnym razie nie brakowało. Opowiadanie z ogromną pasją, wiedza szeroka i to na wielu płaszczyznach, odpowiadanie na wszelkie pytania oraz pełne wsparcie w organizacji na miejscu. Byłem pod wrażeniem, choć wiem że części grupy nie pasowała, bo… nie chciała się zbytnio spoufalać.

Cena.

Odnośnie ceny, to można zawsze sporo powiedzieć - kwestia indywidualnego podejścia. Z tego co wiem, wycieczka ta była (i jest) dostępna w zakresie 7-13 tys. zł za osobę, w zależności czy jest to opcja De Lux i kiedy się ją wykupuje. Powiem tak: w mojej ocenie De Lux jest jedynie wyrzucaniem pieniędzy, bo od tej „normalnej” różni się jedynie hotelami i tym, że zwiedza się mniejszą grupą. Ja byłem w ramach tej zwykłej opcji.

Ale. Ale. Program jest ten sam, na trasie często zwiedzamy razem, jeździmy takimi samymi autokarami (tylko w de lux jest powiedzmy 20 osób, zaś w normalnej 40), a w hotelach jedynie śpimy. Za tę różnicę (2-5 tys. zł za osobę), znacznie lepiej pojechać na drugą wycieczkę. Tak więc w mojej ocenie do 9 000 zł za tą wycieczkę warto zapłacić – pamiętajcie, że na miejscu czekają Was jeszcze wydatki na poziomie 1000-2000 zł w zależności od tego jakie wybierzecie wycieczki fakultatywne oraz jak dużo chcecie kupić pamiątek. Powyżej 9 000 już bym się zastanawiał, czy warto, zaś od 10 000 zdecydowanie odradzał, bo na rynku znajdują się inne, podobne, w przyzwoitej cenie.

Należy pamiętać, że jest to 14 dni, w wielu różnych hotelach – więc przy 9000 zł za taki wyjazd, średnia cena za dzień wynosi 640 zł. To dobra kwota wycieczki, w ramach której mamy 3 przeloty, autokar, kierowcę, przewodnika, śniadania, kolacje, 2 dni all inclusive i noclegi.

Hotele.

Jak pisałem – były OK. Lepsze, gorsze, ale jak na objazdówkę, to poza dwoma, no może trzema nie ma się do czego przyczepiać.

Oceniamy:

Pilot: 10/10

Hotele: 7/10

Jedzenie w hotelach (organizowane na trasie): 7/10 (8/10)

Organizacja: 9/10

Program (miejsca, plan podróży, atrakcje turystyczne): 8/10

Cena do jakości: 8/10 (gdybym załapał się w kwocie 7000 zł, to byłoby 10/10)

Wycieczki fakultatywne (z tych, o których mogę się wypowiedzieć): 7/10

Całość: 7/10. Dałbym 8, ale dość mocno zapamiętałem ten niepotrzebny czas wolny w San Cristobal czy Oaxaca, kosztem możliwości spędzenia go w innych, ciekawszych miejscach.

 

Jeszcze bonusowo informacje dla wybierających się ogólnie do Meksyku:

  • Pamiętajcie o przejściówkach do prądu. Tam dość trudno znaleźć, a bez tego niczego nie naładujecie.
  • Zabierzcie kurkę przeciwdeszczową/wiatrówkę, czapkę i chustę. Dlaczego? A bo różnice temperatur między poszczególnymi stanami i miejscami w Meksyku sięgają ponad 20-25 stopni. Dodatkowo w takim Kanionie Sumidero czy San Cristobal tak wieje, że ciężko byłoby usiedzieć jedynie w letnich ciuchach.
  • Filtry na słońce – o mniejszych niż 30 to nawet nie myślcie, a już szczególnie na Jukatanie czy w Acapulco.
  • Maski, płetwy i rurki do nurkowania nie są w ogóle potrzebne (szczególnie przy wycieczce objazdowej). Po pierwsze nie ma gdzie ich wykorzystać, po drugie niepotrzebnie obciążają bagaż i zajmują miejsce, a po trzecie… Tam w wodzie nie ma nic nadzwyczajnego – żadnych raf, żadnych muszli nic… Być może na jakiejś dodatkowej fakultatywnej wycieczce coś się znajdzie, ale wtedy lepiej wypożyczyć coś lokalnie, na te jedną czy dwie godziny.
  • Za nadbagaż dopłaca się podobno 10 USD za 1 kg. Nie wiem. Tak mówili w kilku miejscach, ale nie miałem okazji się przekonać. Wolę jednak uprzedzić.
  • Nie bierzcie statywów. Niepotrzebnie ważą, są niewygodne, a w Meksyku i tak jest ZAKAZ robienia zdjęć ze statywu w strefach archeologicznych – czyli wszędzie tam, gdzie są piramidy i inne poindiańskie budowle.
  • Podobno nie można też robić zdjęć lepszymi aparatami (oceniają po obiektywie, więc białe L’ki Canona mają większe ryzyko wyłapania), ale tutaj wiem tylko z zasłyszenia.
  • Nie zgubcie drugiej części wizy, którą otrzymacie po wylądowaniu w Meksyku. Nie stanowi to większego problemu organizacyjnego (i tak odlecicie z powrotem), ale szkoda z takiego powodu stracić 50 USD - bo tyle kosztuje cała operacja.
Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#coach#kurs walut#mentalność#all inclusive#Syria#Clint Eastwood#umowy śmieciowe#azja#plus gsm#rząd#manipulacja#Stone Town#recenzja#coaching#porady#yoga#Chiang Rai#uzależnienie#kolacja na plaży#wybory