To jak to jest z tą Barceloną?

05 Październik
2015

To jak to jest z tą Barceloną?

Ociągałem się trochę z tą relacją z wizyty w Barcelonie, ale może to i dobrze. Emocje po takim czasie zawsze opadają, więc człowiek staje się bardziej obiektywny. Gdybym maił coś napisać zaraz po powrocie, to pewnie byłoby mniej „przyjemne” niż teraz, bo stolica Katalonii nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia, jakiego oczekiwałem.

Barcelona to przereklamowane miasto.

Nie wiem gdzie tak naprawdę tkwi przyczyna takiego stanu rzeczy. Czy to kwestia wszędobylskiego wychwalania Barcelony ponad wszystko inne, tego jak ją pokazują w filmach, czy może po prostu moich oczekiwań w stosunku do tego, co już w życiu zwiedziłem i zobaczyłem. Niezależnie od przyczyny spodziewałem się czegoś więcej.

Nie należy tego rozumieć, że się zawiodłem, czy coś w tym stylu. O nie! Cieszę się, że tam pojechałem. Cieszę się, że zwiedziłem to miasto. I cieszę się, że zobaczyłem to wszystko na własne oczy, dzięki czemu mogłem sobie wyrobić własne zdanie i mieć w głowie odpowiednie obrazy i wiedzę na wypadek podjęcia z kimś rozmowy na ten temat.

Palau Nacional

Nie zmienia to jednak faktu, że w mojej ocenie Barcelona jest przereklamowanym miastem. Znacznie ciekawszy (i ładniejszy) jest Budapeszt czy Londyn. Dlaczego tak uważam? Jest wiele przyczyn. Po pierwsze miasto jest piekielnie drogie, a jakość usług czy obsługa klienta w stosunku do tych, pozwolę sobie tak napisać, złodziejskich cen to przepaść. Po drugie z tą jej „ładnością” i atrakcyjnością, to też trzeba podchodzić z dystansem. Jeśli oceniamy tylko te najbardziej popularne miejsca, tj. dzielnicę gotycką Barri Gotic, dzielnicę portową, wzgórze Montjuic, Park Guella czy opcjonalnie jeszcze okolice Tibidado, to tak – z całą pewnością jest to zaskakujące i piękne miasto! Ale to wszystko. Jeśli wyjdzie się poza utarte i popularne z telewizji czy przewodników miejsca można się już porządnie zawieźć. Miasto robi się przeciętne, nudne, brudne i mało ciekawe.

Architektura na Wzgórzu Montjuic

Park Guella

Jeszcze raz Park Guella

Pod koniec pobytu w Barcelonie zastanawiałem się, skąd taka różnica w mojej ocenie tego miasta w stosunku do oceny innych osób, które tam były, i wywnioskowałem trzy możliwe opcje. Pierwsza jest oczywista i naturalna – po prostu kwestia gustu, oczekiwań i doświadczeń, a więc punktu odniesienia w stosunku do tego, co widziało się w innych miejscach. Druga to taka, że zwiedzali oni miasto albo zorganizowaną wycieczką z przewodnikiem albo poruszali się jedynie metrem, a więc wychodzili tylko w konkretnych miejscach, nie widząc całości otoczenia. A trzecia… po prostu głupio jest się publicznie przyznać, że Barcelona wcale nie do końca jest taka WOW, skoro wszyscy wokół ją tak wychwalają. Tak więc powtarzają to co reszta. W obecnych czasach niefajnie jest mieć odmienne zdanie i wyrazić je głośno szczególnie, kiedy stoi ono w opozycji do tego co jest modne i na topie.

Stadion FC Barcelona - Camp Nou. Tu też ładna tylko ta część, którą widzicie, bo tak to szału nie ma.

O taki przykład – La Rambla. Ulica znana z tego, że jest znana. No bo tak naprawdę nic sobą nie reprezentuje. Tłumnie odwiedzana, bo są tam tłumy, więc podświadomie ludzie myślą, że jest to coś atrakcyjnego i… robią tłum – więc koło zamknięte. A tak naprawdę poza sklepami (nie żadnymi lokalnymi) wzdłuż ulicy i straganami z „tanimi” pamiątkami lub innym kiczem nic tam nie ma. Znacznie lepsze i atrakcyjniejsze miejsca kryją się tuż obok – np. Mercat de la Boqueria, czyli najpopularniejsze miejskie targowisko gdzie można kupić dosłownie wszystko jeśli chodzi o jedzenie; Pałac Guella czy Placa de Reial.

Oto własnie słynna La Rambla...

Jeden ze straganów na słynnym bazarze. Merchandising poziom ekspert.

Na końcu La Rambla, tuż przy porcie znajduje się Muzeum Morskie. Tam zdecydowanie warto zajrzeć.

Co mnie urzekło w Barcelonie.

Nie będę oryginalny jak napiszę, że architektura. Jadąc do Barcelony nastawiony wręcz byłem na to, aby zobaczyć te wszystkie kluczowe obiekty na własne oczy. Przewodniki, przewodnikami; filmy filmami, ale jednak własne doświadczenia zawsze będą ponad to. Część gotycka miasta jest naprawdę urokliwa. Słowo „piękna” jest zbyt dużym wytrychem, bo ludzie różnie mogą interpretować to słowo, ale urokliwy, czy klimatyczny jest w tym przypadku jak najbardziej na miejscu. Park Guella, Kościół Temple Expiatori del Sagrat Cor na Tibidado, Wzgórze Montjuic wraz z stojącym na nim zamkiem czy oczywiście Sagrada Familia robią ogromne wrażenie i grzechem byłoby nie zobaczenie tych miejsc, nawet przy krótkim wypadzie. Przy dobrym doborze trasy, odpowiednio wcześniejszych interenetowych zakupach biletów, kluczowe obiekty można zwiedzić dosłownie w dwa dni – komunikacja miejska, a dokładnie metro, jest wyśmienita i bez problemu można dostać się w ważniejsze miejsca w odpowiednio krótkim czasie.

Kościół Temple de Sagrat Cor na Tibidado

Panorama miasta widoczna z przedstawionego wcześniej kościoła

Tu z kolei widok na port ze wzgórza Montjiuc

Ja spędziłem w Barcelonie tydzień - bez kilku godzin, pełne siedem dni. I jest to aż nadto, jeśli chodzi tylko o zwiedzanie. W takim czasie jesteście w stanie poznać dokładnie całe miasto, wchodząc do wszystkich kluczowych obiektów, spacerując przy okazji po różnych zakątkach, placach czy uliczkach, zupełnie się przy tym nie spiesząc. Pomimo, że piszę „aż nadto”, to nie udało mi się zobaczyć dwóch miejsc – Poble Espanyol (Wioski Hiszpańskiej) oraz Parc de la Ciutadella, ale to bardziej z przyczyn meteorologicznych, gdzie po prostu pogoda całkowicie popsuła plany i uniemożliwiła dalsze zwiedzanie.

A tak wygląda ich dworzec kolejowy... Jakby się człowiek cofnął w czasie.

Koniecznie też polecam wybranie się na ichnią plażę, którą usypali stosunkowo niedawno. Podobno jedna z najładniejszych plaż Europy - no nie wiem, skąd to stwierdzenie i kto się na nie odważył, ale gdzies tak czytałem. Jest duża, szeroka, dobrze zorganizowana i podzielona na kilka mniejszych obszarów. Bez parawanów i odgradzających się zakompleksionych turystów znanych z naszego regionu – wszystko w zgodzie i harmonii. Jedyny minus, to wszędobylscy przyjezdni handlarze sprzedający wszystko co się da – od napojów, bułek, słodyczy i lodów, poprzez tatuaże z henny, chusty i inne ubrania, a na zegarkach kończąc. Nie ma chwili spokoju – non stop chodzą, krzyczą i nie dają od siebie odpocząć. Oczywiście policja się kręci i próbuje ich wyłapywać – ale to bardziej pokazówka niż skuteczne działania.

Oczywiście dzielnica portowa.

Co jeszcze warto pochwalić? Metro! Organizacyjnie jest to na chwilę obecną najlepsze metro, z jakiego korzystałem. Łącznie mają 13 linii i do tego jeszcze kolejki podmiejskie, gdzie ze wszystkiego korzysta się na jednym bilecie (włącznie z dojazdem na lotnisko). Idealnie oznaczone kierunki trasy i perony. Klimatyzowane, punktualne i jeżdżące w krótkich odstępach czasu składy. Dzięki temu wszystkiemu, w tak licznym mieście w metrze nie ma tłumu. Jeśli więc stoicie przed wyborem jakiegoś środka transportu, to metro zdecydowanie będzie najlepszym i stosunkowo najtańszym. Choć z ta taniością to też pojęcie względne.

Kolejka linowa prowadząca na Wzgórze Montjuic

Czego nie lubię w Barcelonie.

Ludzi… To tak ogólnie. W porównaniu z hiszpańskimi wyspiarzami np. z Lanzarote, którzy na każdym kroku byli mili, uśmiechnięci, pozytywnie nastawieni, uczynni – no wszystko co najlepsze u człowieka, to mieszkańcy Barcelony turystów po prostu nie lubią i da się to odczuć – głównie w sklepach i restauracjach. Traktują nas jako towar, który to przyjechał wydać kolejne euro i za kilka dni stąd wyjedzie – podobnie jak Włosi w Rzymie. Pomijając już fakt, że ciężko było mi wypatrzyć prawdziwego Hiszpana czy Hiszpankę (po wizycie w Barcelonie mam problem z określeniem jak właściwie wygląda rodowity Hiszpan), bo wszędzie widziałem tylko Hindusów, Arabów czy imigrantów z Afryki. Trochę było to przerażające, bo właściwie nie wiadomo co poza historycznymi budynkami było lokalną kulturą, a co nie.

Nocny nielegalny handel na pełnym legalu w dzielnicy portowej. Nikt z tym nic nie robi, bo to plaga, która wraca.

Jedzenia. Drogie i niesmaczne. W porównaniu do naszych polskich cen to tak mniej więcej 3-4 razy więcej za to samo, z tymże u nas „to samo” jest smaczniejsze lub lepsze jakościowo. I tutaj argument, że oni zarabiają 3-4 razy więcej się nie sprawdza, bo tak akurat nie jest. Różnice w zarobkach w stosunku do kosztów są mniejsze. Ale nawet gdyby tak było, to i tak jakość i smak jedzenia jest przerażająca.

U nas za takiego hot-doga to właściciel mógłby mieć nieprzyjemności. A tam to standard... za prawie 20 zł. Bez warzyw, taka buła z parówką.

Architektury miejskiej (oczywiście poza dzielnicą gotycką czy portową). Wszystko jest takie samo. Każda ulica, każda kamienica – wszystko wygląda identycznie, przez co zlewa się w jedną całość i niczym się nie wyróżnia. Jakby człowieka za każdym razem wysadzać na innym skrzyżowaniu, to by się nie odnalazł, bo miałby wrażenie że zmieniają się tylko nazwy ulic, zaś otoczenie pozostaje identyczne.

Wszędobylskiego brudu i wandalizmu. Mówi się, że u nas jest brudno. O nie. U nas jest sterylnie i pięknie. Tam graffiti (ale nie to artystyczne, tylko jakieś bohomazy) to normalna sprawa – jest wszędzie. Na szybach, blokach, śmietnikach. No wszędzie – nawet na nowych, ładnych apartamentach. Spacerując wieczorem zauważyłem jedną rzecz – wszystkie sklepy, wystawy, restauracje (ogólnie wszystko co jest parterowe) na noc ma zaciągane metalowe rolety ochronne, które oczywiście są wysprejowane. Dość interesujące i zaskakujące, bo pokazuje jak dużym problemem jest u nich wandalizm, skoro służby porządkowe nie są w stanie sobie z nim poradzić i lokalni przedsiębiorcy sami muszą zabezpieczać w ten sposób swój dobytek. Jakoś sobie nie wyobrażam, aby idąc Marszałkowską, Puławską czy Alejami Jerozolimskimi wszystkie budynki były na noc zabezpieczane jak bunkry.

To niestety standardowy uliczny widok...

Poza graffiti mają jeszcze jedną tendencję – śmiecenie. Choć nie jest tak źle jak w Rzymie (najbrudniejsze miasto w jakim byłem), to jednak śmieci są wszędzie. W bramach, na ulicach czy chodnikach. U nich, podobnie jak we wspomnianym Rzymie jest tak, że kontenery na śmieci (te duże na kółkach) stoją sobie po prostu na ulicy. Nie mają śmietników, w których są one chowane, tylko po prostu stawiają je luzem; między samochodami, co również niekoniecznie dobrze wpływa na estetykę miasta.

A tak wygląda ulica przy samym Pałacu Guella.

Krótkie podsumowanie.

Podsumowując - Barcelona jest po prostu modna. Nie wypada jej nie lubić i „musi” się podobać. Napędza więc to turystykę i mamy obieg zamknięty. Dla osób, których zwiedzanie nowych miejsc w znaczeniu poznawania kultury, architektury czy historii itp. nie interesuje, to stolicę Katalonii i tak trzeba odwiedzić - po prostu trzeba tam być, bo tak wypada. Można wtedy zabłysnąć w towarzystwie, że widziało się Barcelonę i automatycznie uzyskuje się adorację otoczenia.

Kościół św. Eulalii

I jeszcze Sagrada Familia dla porównania stylów i splendoru

Dla osób, które zaś lubią zwiedzać, podziwiać i poznawać nowe miejsca oraz ludzi – Barcelona to takie samo miasto jak każde inne z nieco większą historią. Ma swoje plusy i minusy oraz miejsca mniej lub bardziej ciekawe, ale zdecydowanie musi się ona znaleźć na liście miast wartych zobaczenia.

Łuk Triumfalny

Dla wybierających się do Barcelony.

No to jeszcze kilka informacji dla wybierających się do Barcelony. To czy z nich skorzystacie, zależy już tylko od Was. Na początku miejsca do zobaczenia – nie trzymajcie się tylko utartych przewodnikowych miejscówek, lecz postarajcie się pójść gdzieś w głąb miasta, aby zobaczyć jak ono naprawdę wygląda. Ja głównie spacerowałem – do metra przesiadałem się tylko z skrajnych przypadkach, kiedy liczył się czas lub miejsca na trasie zwiedziłem już wcześniej. Nie pozna się miasta podróżując pod ziemią.

Szpital św. Pawła

A jeśli już chodzi o metro, to najlepiej kupić bilet na 10 przejazdów. Najbardziej opłacalna opcja, bo kosztuje 10 EUR (jednorazowy kosztuje 2EUR) i dodatkowo obowiązuje 1,5 godziny od momentu skasowania pod warunkiem, że nie wyjdzie się poza bramki. Oznacza to, że w tym czasie można przesiadać się w metrze dowolną liczbę razy, a więc na jednym skasowaniu dojedziecie się dosłownie wszędzie – w tym na lotnisko.

W Barcelonie jeżdżą busy turystyczne „Barcelona Bus Turistic”. Takie dwupiętrowe, które spotyka się chyba we wszystkich modnych stolicach. Mogą wydawać się ciekawą alternatywą, ale wbrew pozorom nie są opłacalne – no chyba, że ktoś ma tryb zwiedzania na zasadzie robię zdjęcie z busa i jadę dalej. Charakteryzują się tym, że w ciągu dnia można z nich cały czas korzystać, a poruszają się w odstępach co ok. 10 minut na konkretnych trasach z kluczowymi atrakcjami. Za dzień takiej przyjemności trzeba zapłacić ok. 27 EUR, a więc tyle co 20 przejazdów metrem + jeszcze sporo zostanie. Mi 20 przejazdów metrem starczyło na cały tydzień i jeszcze bilet z kilkoma przejazdami oddałem jakimś napotkanym turystom na lotnisku, bo szkoda było wyrzucać. Jak już pisałem, organizacja metra jest tak dobra, że dostaniecie się nim wszędzie, a nie stoi w korkach jak pojazdy uliczne.

Wszystkie możliwe bilety do atrakcji turystycznych zakupcie przez internet – czasem jest taniej, ale przede wszystkim nie stracicie czasu w kolejkach do kas, gdzie oczekiwanie trwa często ponad godzinę.

No i jeszcze kwestia taksówek. Niech Was nie zmylą ceny na taksometrze. Jak już pisałem – to dość cwany naród, traktujący turystę jako skarbonkę. To co widzicie na wyświetlaczu, to jedynie kwota, jaką macie zapłacić kierowcy, ale jak już dojedzie do celu, to dolicza on jeszcze do tego podatek i nagle kwota ta dość znacząco rośnie… A poza tym, znów się powtórzę… Metro! ;)

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#masaż#spa#książki#Navy SEALs#manipulacja#biała świątynia#reklamacja#archiwizacja#relaks#Corralejo#frank#brian tracy#kizimkazi#barcelona#uchodźcy#prezydent#bieg rzeźnika#Kuba#Birma#lemingi