Tajemnice Zanzibaru, czyli Stone Town, farma przypraw oraz Prison Island

31 Grudzień
2018

Tajemnice Zanzibaru, czyli Stone Town, farma przypraw oraz Prison Island

Pierwszy raz od kilku dni porządnie się wyspałem. Pobudka niby o 7 rano, ale jednak pełne osiem godzin snu, to dla organizmu prawdziwy dar. Spakowani na czekającą na nas całodniową wycieczkę, pół godziny później wybraliśmy się na śniadanie.

Dzisiaj dali nowego kucharza. Nie znał naszych preferencji, to i o wszystko pytał, zaś same omlety pod względem wizualnym też mu do końca nie wychodziły. Na szczęście w smaku tak samo dobre, jak te przyrządzane przez Isacka. Po uzupełnieniu płynów w postaci herbaty i soku pomarańczowego, wróciliśmy do pokoi aby zabrać rzeczy i ruszyć w trasę. Pod drodze zrobiłem wreszcie zdjęcie tablicy z rozpiską hotelowych restauracji, aby mieć rzeczowy materiał na potrzeby recenzji, którą opublikowałem w poście Dream of Zanzibar – recenzja hotelu na rajskiej wyspie.

O 8.10 spotkaliśmy się całą czwórką z Pawłem w hotelowej recepcji, który czekał na nas przy znanym nam już wcześniej aucie. Kierowcy z resztą też. To ten sam zestaw, który zadbał o nasz transport podczas ślubu, który braliśmy trzy dni temu. Jak tylko wyjechaliśmy poza bramy hotelu, Paweł przedstawił nam plan dnia oraz zaczął wprowadzać w historię i kulturę Zanzibaru.

Farma przypraw i eksplozja doznań wizualno-smakowo-zapachowych

Już o dziewiątej zajechaliśmy na farmę przypraw. Po wyjściu z samochodu zostaliśmy przedstawieni lokalnemu przewodnikowi, jednak i tak osobą oprowadzającą oraz opowiadającą dalej był Paweł. Alibaba, bo tak nazywał się przewodnik (swoją drogą poznaliśmy go również w czasie ślubu), był uzupełnieniem merytorycznym i… hmm.. wykonawczym? kiedy trzeba było zerwać jakiś owoc, wejść na drzewo, coś naciąć, czy coś przyciąć.

Wjeżdżamy na farmę przypraw

Gdzie nie spojrzeć, takie widoki

Ilość doznań oraz informacji, z którą mieliśmy do czynienia podczas spaceru po farmie przypraw była tak duża, że nie byłem w stanie spisywać wszystkiego na bieżąco i tak dokładnie, jak w przypadku relacji z poprzednich dni. Farma ogromna, a różnorodna i wszechobecna roślinność powodowała, że były momenty, kiedy nie wiedzieliśmy na co patrzyć, co dotknąć oraz co jeść.

W przeciwieństwie do dużych, zorganizowanych wycieczek, podczas tych kameralnych można robić wszystko. I czas też jest na wszystko. Pawłowi nigdzie się nie spieszy – powiedział, że z każdego miejsca będziemy jechać dalej wtedy, kiedy my tak stwierdzimy. On ma dla nas cały dzień (dosłownie, do nocy), więc korzystajmy z wszystkiego, tak jak chcemy. Na farmie spędziliśmy niespełna cztery godziny. Poznaliśmy m.in. naturalną jodynę, trawę cytrynową, pieprz, mimozę, gałkę muszkatołową, kawę, hibiskus oraz oczywiście wszystkie inne jadalne owoce, które uprawiane są na Zanzibarze. Każdy z nich został też nam zaserwowany do spróbowania w takich ilościach, że nie byliśmy w stanie niczego więcej zjeść przez kolejne dwie godziny.

Alibaba prezentuje lokalne produkty

Poletko trawy cytrynowej

Karambola - cytryna, to przy tym pikuś

Pieprz na każdym kroku

Nazwy tego cuda nie pamiętam. Ale w smaku bardzo dobre.

A gałka muszkatołowa prezentuje się następująco

Mniej więcej w połowie spaceru trafiliśmy do chaty właściciela tejże farmy. Chata to dobre słowo, bo idealnie opisuje stan nieruchomości jaką zastaliśmy. Tutaj nie ma żadnego rozjazdu między tym co pokazują w telewizji oraz wyobrażeniami, a tym, co faktycznie człowiek zastanie na miejscu i zobaczy na własne oczy. Kilka izb, wszystkie z gliny i przykryte liśćmi palmowymi lub blachą. Wokół biegające luzem psy, kury i jeszcze jakieś inne zwierzaki, a między nimi dzieci. Polskie babcie podostawałyby tutaj zawału, jakby zobaczyły jak ubrane i brudne są tutaj te maluchy. A najlepsze jest to, że te wszystkie dzieci wydają się być takie szczęśliwe. Widać to w oczach i zachowaniu. Jedna dziewczynka skradła serce mojej Bernatki, która spędziła z nią kilka minut, zadziwiona otwartością tak małego dziecka.

Lokalne dzieciaki mieszkające na farmie

Życie trwa tutaj w normalny sposób

Dzieciaki zazdrosne o Bernatkę, która bawi się z ich siostrą

Kolejne z moich ulubionych zdjęć

Próbujemy stworzyć świat

Podczas całego spaceru po farmie przypraw, pomagierzy Pawła i Alibaby cały czas przygotowywali dla nas jakieś gadżety z tutejszej roślinności. Czapki i torebki z liści palmowych, okulary, wachlarze, krawaty, bransoletki i pierścionki z hibiskusa – do naszych rąk wciąż wędrowało coś, co prezentowało możliwości wykorzystania do maksimum dostępnych tutaj, naturalnych zasobów. Trzeba przyznać, że ten naród ma wyjątkowo rozwinięte zdolności manualne.

Przygotowywanie koszyczka na nasze rzeczy

Takie tam z palmy i hibiskusa

Król Julian się kłania

Trochę tego dali na spróbowanie...

Oczywiście pokaz wchodzenia na palmę i zrywanie nam świeżutkich orzechów kokosowych też był – ale czemu tu się dziwić, jak u nich palmy na każdym kroku. Postanowiłem też spróbować ich techniki, jednakże z uszkodzonym kolanem poddałem się po jakichś dwóch, może trzech metrach wspinaczki. Nie wydaje się to być trudne, szczególnie, że technika zupełnie inna niż w Maroko, Egipcie czy Tunezji.

Czas wejścia... kilkanaście sekund

Pierwsze spotkanie ze Stone Town

No dobra – tak naprawdę drugie. Pierwsze było w dniu naszego ślubu, ale ograniczyło się do wizyty w jednej z restauracji oraz wypłynięciu w rejs na jedną z pobliskich wysepek typu Sandbank – pisałem o tym w poście Ślub na Zanzibarze.

Zatem do Stone Town dojechaliśmy około trzynastej. Nie pamiętam ile czasu zajęła nam podróż z farmy przypraw – jakieś pół godziny, bo przejazd zleciał dość szybko. Wbrew pozorom miasto o tej porze żyje całkiem aktywnie. Spory ruch, dużo ludzi i zupełnie inny klimat niż w innych częściach wyspy. W końcu stolica. Zaraz po opuszczeniu auta dołączył do nas młody chłopak, który w tej części wycieczki zaczął pełnić rolę lokalnego przewodnika – niestety nie pamiętam jego imienia.

Plan za zwiedzanie Stone Town na ten dzień, podzielony został na dwa etapy. Pierwszy za dnia, a drugi nocą. Paweł powiedział, że tylko w takim przypadku można poznać to miasto w pełni, bo zupełnie inaczej prezentuje się o tych dwóch porach dnia – i to nawet w tych samych miejscach. I powiem, że miał w tym 100% racji.

Jednak zarówno pierwszy, jak i drugi etap zwiedzania pozostał nam na później, po tym jak wrócimy z Prison Island – dzięki temu w naturalny sposób zobaczymy, jak w Stone Town przychodzi noc i jak z minuty na minutę zmienia się to miasto.

Także tuż po przyjeździe do stolicy zapoznaliśmy się jedynie z częścią portową miasta, gdzie stoi Dom Cudów, czyli pałac drugiego sułtana Zanzibaru - pierwszy w tym regionie budynek, do którego dostarczono prąd i który wyposażono w windę. Obiekt robi wrażenie, ale z uwagi na jego stan, chwilowo (niestety) niedostępny jest już dla zwiedzających. Ogólnie ta część miasta jest bardzo ciekawa. Duża przestrzeń, armaty skierowane w stronę oceanu, restauracje z widokiem na wodę oraz plac, na którym spotykają się mieszkańcy i kwitnie handel, powodują, że zastany obraz całkowicie różni się dotychczasowych, które miałem okazję poznać na tej wyspie.

Dom Cudów, czyli Pałac Sułtana

Okolice placu przy porcie w Stone Town

A tam mniej więcej jest Prison Island

Prison Island, czyli słynna wyspa Zanzibaru i sanktuarium żółwi

W kierunku Prison Island, zwanej również jako Changuu wypłynęliśmy ze znanego nam już wcześniej miejsca, tj. portu, z którego wypływaliśmy na nasz ślub. Tym razem zabrała nas lokalna zadaszona łódeczka po całości przykryta (całe szczęście) daszkiem. Całe szczęście z daszkiem, bo wypłynęliśmy około 13.30, więc jak się pewnie domyślacie, słońce dawało o sobie mocno znać.

Wypływamy na Prison Island

A mogliśmy płynąć taką...

Pomimo, że każdy z nas zabrał ze sobą wodę, Paweł zadbał, aby niczego nam nie zabrakło. Zarówno w samochodzie, jak i łodzi czekała lodówka z różnego typu napojami, w tym Fanta o lokalnych, dostępnych w tym regionie smakach. Przyznam, że smak ciekawy – obawiałem się, że będzie to taki ulepek, jak hotelowa cola, to jednak pozytywnie się zaskoczyłem. Rejs trwał około pół godziny.

O takie mamy tutejsze smaki

Dopływając do Prison Island zaskoczyła nas tutejsza woda. Odległości między wyspami niewielkie, a jednak różnica w kolorze wody oraz dna ogromna. Idealne przezrocze, piękne ryby, kałamarnice, muszle i muszelki. Super. Wokół wyspy i przy pomoście sporo podobnych do naszej łodzi, jednakże nie jakieś zatrzęsienie. Przewodnik powiedział, że teraz już jest taka pora, kiedy nie ma już masowych wycieczek i pozostali tylko tacy jak my, indywidualni zwiedzający. To dobry znak, bo unikniemy tłumów.

Widoki robią wrażenie...

Mniej więcej tak prezentują się tutejsze tłumy turystów

Tę fotkę również darzą dużą sympatią

Miejsce genialne!

Zanim poszliśmy oglądać żółwie i zwiedzać dalszą część wyspy, postanowiliśmy coś przegryźć. Paweł przyniósł nam jakiś lokalny wyrób – coś a’la pierożki z mięsem, z tymże w bardziej kruchym cieście. Wszystkim posmakowało, co zakończyło się szybkim opróżnieniem zapasów, których mało nie było.

Tak, żebyście wiedzieli, czego się tu spodziewać

Najedzeni i napojeni ruszamy do jednych z największych i najstarszych żółwi na świecie, które znajdują się na terenie zalesionego i ogrodzonego parku. Jest ich tu całkiem sporo, w wieku od kilku do ponad stu kilkudziesięciu lat (podobno – o tym zaraz). Część z nich aktywna, część śpiąca, część spacerująca, a część kopulująca… Na tej wyspie, gdzie nie pojedziemy, coś musi się parzyć. Najpierw małpy nad głowami w Jozani Park, teraz żółwie… Normalnie wyspa miłości.

Sanktuarium Żółwi

A, właśnie. Ciekawostka. Żółwie Olbrzymie nie należą do rodowitego gatunku Zanzibaru. Przywieźli je tutaj w 1919 roku z Seszeli Brytyjczycy. Przywieźli tylko cztery sztuki…. Teraz, z tego co wiem, jest ich ponad dwieście, więc jak widać zwierzaki niby powolne, to jednak działają aktywnie. No i teraz ta moja wątpliwość. Bo mówi się, że sporo tutejszych żółwi jest ponad stuletnich, a z drugiej strony przywieźli je (te 4 sztuki) w 1919 roku… Hmm. To jak? Dowieźli potem starsze, czy jednak wszystkie (poza pierwszymi czterema, zakładając, że żyją) ma mniej niż 100… Tego się nie dowiedziałem i doczytać nigdzie nie mogę.

Nie wiem, czy kiedyś Wam wspomniałem, ale bardzo lubię żółwie. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale te zwierzaki mają coś w sobie. Może to przez to, że przez kilkanaście lat miałem jednego w domu. Nie wiem. Natomiast oglądanie takich wielkich, ponad stukilowych okazów robi wrażenie. Sposób ich poruszania, normalnie powolne, a jak trzeba to zmieniające lokalizację w kilku, jak na te gabaryty, szybkich ruchach, zaskakuje pozytywnie. Do tego wyraz wiecznie uśmiechniętej mordki i ciągłe wpatrujące się oczy, niezależnie od skierowania głowy. W tych moich podziwianiach nie jestem sam. Okazało się, że Ola ma podobnie i również zachwyca się tymi wielkimi gadami.

Żółwie w tym parku chodzą wszędzie. Po swoim terenie, ale i podestach dla ludzi. Skoro tak, to wprowadzono tu sprawiedliwy podział i uczestnicy również mogą chodzić wszędzie. Wiadomo, z umiarem, ale zakazów nie ma – byleby nie przeszkadzać tym zwierzakom w normalnym funkcjonowaniu. Przy tak małej liczbie odwiedzających jak w naszym przypadku (w całym parku może z 30 osób) jest to genialne rozwiązanie.

Żółwie można karmić. Wręcz dają przy wejściu odpowiednie jedzenie, aby nie wpaść na pomysł karmienia ich jakimiś chipsami. Odnośnie jeszcze innych pomysłów, na które można wpaść, to zaraz po wejściu spotkacie się ze znakiem „zakaz siadania na żółwie”. Serio? Naprawdę ktoś wpadł na taki pomysł i było to na tyle popularne, że musieli wymyślić taki znak? Jednak to prawda, że zawsze znajdzie się coś w życiu, co może na nowo zaskoczyć.

Tutaj macie zobrazowanie skali

Same przychodzą...

Po wyjściu z sanktuarium żółwi przeszliśmy dalej, gdzie napotkaliśmy obiekt, od którego Changuu wzięło swą słynną nazwę „Prison Island”. Więzienie zbudowane w XIX wieku przez Brytyjczyków, które właściwie nigdy nie pełniło roli więzienia. Od razu po zbudowaniu przejęło rolę obiektu, w którym przeprowadzano kwarantannę przybyszów kierujących się na Zanzibar lub do innych kolonii Brytyjskich w Afryce. Obiekt ciekawy, ale znacznie ciekawsze są widoki, które prezentują się od strony oceanu – tej, do której przybywały statki.

Na terenie więzienia/hotelu na Prison Island

Miejsce cumowania łodzi za czasów działania

I znowu te widoki...

Błogi relaks w krystalicznych wodach Prison Island

Zanim opuściliśmy wyspę postanowiliśmy chwilę się zrelaksować. Początkowo miało to być kilkanaście minut, ale zmieniło się w blisko godzinę. Totalny brak ludzi spowodował, że cała plaża i te wspaniałe gorące lazurowe wody, które otaczają Prison Island, były jedynie dla nas.

Jeśli planujecie płynąć na tę wyspę (może inaczej – będąc na Zanzibarze, koniecznie musicie się tu wybrać!), to na pewno wybierzcie wycieczkę indywidualną (lub sam transport) i weźcie ze sobą rzeczy do pływania. Dodatkowo dobierzcie godzinę tak, aby było jak najmniej ludzi, a wizytę w raju będziecie mieli zagwarantowaną. Cisza, spokój, brak ludzi, piękne widoki, cudowna woda, zero glonów, elementy rafy, ładne ryby, rozgwiazdy i wspomniane wcześniej kałamarnice, to jest coś wspaniałego.

Jak widać tłumów brak...

Powrót do Stone Town z widokami

Spacer po Stone Town i dom Frediego Mercury

Do Stone Town zawitaliśmy z powrotem około 15.30. Poznawanie stolicy Zanzibaru rozpoczęliśmy od spaceru starymi uliczkami miasta, gdzie stanęliśmy m.in. przed jednym z rzekomych domów, w którym mieszkał Freddy Mercury (Mercury House). Nie wiadomo, czy jest to do końca prawda, czy nie, bo prawa do tego typu lokalizacji rości sobie wiele osób na Zanzibarze – a jak to teraz sprawdzić, nie wiadomo. Słynna osoba, turystów dużo, więc każdy by chciał zarobić na fanach lidera grupy Queen.

Rozpoczynamy spacer

Freddie Mercury House (podobno)

To co przykuło moją uwagę podczas wędrówki po starówce, to obecność różnego typu domów wyznań. Meczety i kościoły stoją w bliskim sąsiedztwie i nikt nie ma z tym problemu. Każda wiara ma swoich wyznawców, którzy żyją między sobą w pełnej zgodzie. Można? Można.

Spaceru ciąg dalszy

Co istotne i warto o tym wiedzieć, to mieszkańcy Stone Town nie lubią, jak robi im się zdjęcia. Twierdzą, że skrada im to część duszy. A poza tym, to nie ma co się im dziwić – my też byśmy nie chcieli, gdyby ktoś nam robił zdjęcia na ulicy, podczas naszych zwykłych, codziennych czynności. Dlatego też nie lubię takich robić i skupiam się bardziej na architekturze i krajobrazach. Tak czy inaczej, jeśli już będziecie mieli potrzebę sfotografowania tutaj jakiejś osoby, to lepiej po prostu ją o to zapytać. Nic na tym nie stracimy, a unikniemy niepotrzebnych nieporozumień i konfliktu. A o taki  nie trudno, bo mieszkańcy wydają się tutaj być mniej przyjaźni niż na wschodniej, czy południowej części wyspy, tj. w Jambiani lub  Kizimkazi.

Targ niewolników w Stone Town

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do jednego z ważniejszych miejsc w Stone Town – targu niewolników, z którego w XVIII i XIX wieku słynął Zanzibar. Przetrzymywano tu niewolników zanim opuścili czarny ląd i zostali przetransportowani do m.in. Arabii czy Azji. Piwnice, a raczej lochy, w których niewolnicy byli przetrzymywani, robią ogromne wrażenie. Naprawdę ciężko jest sobie wyobrazić, jakie panowały tu warunki podczas tego procederu.

Lochy dla niewolników

Spora dawka historii, którą opowiedział nam młody przewodnik wraz z Pawłem ponownie zaspokoiła moją potrzebę zdobywania nowej wiedzy. Obecnie na terenie starego targu postawiono Katedrę Anglikańską, której budowa ruszyła w pierwszej połowie XIX wieku, zaś na jej tyłach znajduje się słynny pomnik upamiętniający nieszczęsne czasy niewolnictwa na Zanzibarze – zdjęcie, które znajdziecie w każdym przewodniku po Zanzibarze.

Zanim rozpoczęliśmy dalszą część realizacji dzisiejszego planu wycieczki, Paweł zaprosił nas do pewnej kawiarni, którą zawsze odwiedza będąc w Stone Town. Zagwarantował przy tym doskonałą kawę i inne pozycje z menu. Powiem jedno – miał rację i podpisuję się pod tym poleceniem. Jak będziecie na Zanzibarze odwiedźcie kawiarnię Zanzibar Coffee House. Jakby co, są tu też pokoje, gdybyście chcieli przenocować. Menu, jak menu, ale klimat miejsca naprawdę super. To co najbardziej lubię w zwiedzaniu, to właśnie odnajdywanie i poznawanie tego typu miejsc, gdzieś w bocznych uliczkach.

Klimatycznie, klimatycznie...

Zapraszam na kawę i inne przysmaki

Menu dla zainteresowanych - stan na rok 2017

Z wizytą na lokalnym targu

Nie obyło się też bez odwiedzin lokalnego targu mięsno-rybnego. Warzywa i owoce też były, ale nie udało nam się na nie zwrócić jakiejś większej uwagi. Znacznie bardziej uwagę przykuły różnego typu ryby oraz wielkie kawałki surowego mięsa leżące i wiszące w różnych miejscach hali. I do tego ten wszędobylski smród.

O tak. Smród niesamowity. Wytrzymaliśmy może z 2 minuty i musieliśmy szybko się ulatniać, bo każda kolejna sekunda groziła omdleniem lub całkowitym zniszczeniem sensorów zapachowych w nosie. Do tego tysiące much, które na tym mięsie robiły sobie piknik i najprawdopodobniej zakładały kolejne kolonie. Obraz dla niektórych z pewnością nie do ogarnięcia na dłuższą metę, szczególnie przy mocno zakorzenionych, europejskich standardach. Pomimo, że rozumiem kwestie różnicy kultur, klimatu czy flory bakteryjnej, to jednak smród, który zastaliśmy na tym targu, nie był dla mnie do wytrzymania. Obraz, jak obraz – kwestia zrozumienia.

Targ mięsno-rybny. Nie tego się spodziewaliście, prawda?

Stone Town nocą, nocny targ i drinki na dachu

Zmierzch zaczął zapadać około 18.30. Z minuty na minutę robiło się coraz ciemniej, wprowadzając nas tym samym w ciekawy i przyjemny dla oka nastrój. Faktycznie wygląd miasta zaczął się zmieniać. Klimatyczne oświetlenie uliczek, otwierające się lokalne kramiki, znacznie większa liczba ludzi, zarówno tubylców jak i turystów całkowicie odmieniła to, co widzieliśmy zaledwie kilka godzin wcześniej. Pozwoliliśmy by wchłonęło nas miasto.

Kontynuujemy spacer po Stone Town

Paweł poprowadził nas wcześniej znanymi uliczkami, ale pokazał też nowe miejsca, których za dnia po prostu nie było. Bernatka zauroczona tutejszą sztuką zaczęła odwiedzać poszczególne manufaktury oglądając zarówno obrazy, jak i różnego typu wyroby w postaci figurek, chust czy torebek. Bartek z Olą skorzystali z okazji i w jednym z warsztatów, gdzie malowano obrazy, ponowili temat prezentu ślubnego – tym razem jednak nie ze mną, a bezpośrednio z Bernatką. Jako, że wybór był przeogromny, moja żonka podjęła decyzję i wybrała obraz, który będzie stanowić zarówno prezent ślubny od naszych świadków, jak również pamiątkę z tej wspaniałej podróży.

Pociemniało w oka mgnieniu

Tak, wszystkie te lokalne arcydzieła robią na miejscu...

Obrazów tysiące, w różnym klimacie i formatach

Spacerowaliśmy tak jeszcze kilkadziesiąt minut, chłonąc emocje, jakich dostarcza nam Stone Town. Paweł cały czas o czymś opowiadał, przeplatając informacje na temat historii, kultury, polityki, turystyki, kulinariów czy przemysłu. Około 20 zaprowadził nas do hotelu Mary Maru Hotel – chyba najwyższego hotelu w mieście, w którym na dachu zrobiono restaurację z panoramicznym widokiem. Miejsce bardzo ciekawe i widać też, że popularne zarówno wśród turystów, jak i lokalesów. Pomimo ruchu, udało nam się znaleźć miejsca wraz ze stolikiem w okolicach krawędzi dachu, dzięki czemu mieliśmy zapewnione dodatkowo ciekawe widoki na ocean.

Zamówiliśmy sobie napoje oraz coś do jedzenia i ponownie wdaliśmy się w dyskusje z Pawłem, który kontynuował nam przekazywanie swojej wiedzy na temat Zanzibaru, ale też Tanzanii, a także swojej historii i tego, jak to się stało, że mieszkają i pracują na Zanzibarze.

Po 22 postanowiliśmy wracać do hotelu. Po dniu pełnym doznań, 14 godzinach na nogach, gdzie przyjęliśmy niezliczoną ilość nowych emocji i informacji, chęć powrotu do hotelu zaczęła nabierać na sile, szczególnie, że trasa ze Stone Town do Dream of Zanzibar zabiera blisko godzinę. Paweł zdziwiony, bo nastawiał się na zajmowanie się nami gdzieś tak do północy (what???), przyjął informację do wiadomości i zaproponował, że pokaże nam jeszcze jedno miejsce – nocny targ. Złożyło się tak, że targ ten rozstawiono na tym dużym placu przy Domu Cudów, gdzie również znajdował się nasz samochód, dzięki czemu trafiliśmy na niego po drodze.

Bardzo fajne miejsce składające się z kramów i garkuchni, gdzie można zarówno zrobić zakupy, jak również zjeść coś gotowego. Pokręciliśmy się tak kilkanaście minut robiąc zdjęcia i przyglądając się różnym wyrobom, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu.

W trakcie jazdy, nawiązując do nocnego targu, Paweł wspomniał o miarach, oczywiście tych nieoficjalnych, występujących na Zanzibarze. Nie każdy ma tu wagę, zatem przyjęli miary m.in. na sztuki, małe garście czy duże garście. Korzystając z okazji, że przejeżdżaliśmy obok miejsca handlowego, poprosił kierowcę o postój, aby pokazać nam, jak to wygląda w praktyce. I faktycznie – przed poszczególnymi kupcami zostały rozłożone produkty na różne wielkości kupek i w takiej formie były one sprzedawane.

Dwie kupki poproszę...

Z Pawłem i kierowcą rozstaliśmy się blisko północy. Dostaliśmy jeszcze na pożegnanie lokalne chipsy oraz barwiące owoce hibiskusa, po czym skierowaliśmy się już do naszych pokoi.

****

W jednym z wcześniejszych artykułów obiecałem, że będę wskazywał firmy oraz osoby, których usługi z pełną świadomością rekomenduję z uwagi na ich jakość i podejście do obsługi klienta. W przypadku Zanzibaru są to Ewa i Paweł, o których wspomniałem w tym i kliku wcześniejszych postach. Ewa z Pawłem prowadzą firmę Super Safari, a trafiłem na nich zupełnym przypadkiem będąc już na wyspie. Okazało się, że byli oni odpowiedzialni za organizację naszego ślubu na Zanzibarze, jako podwykonawca Warszawskiej firmy, do której się w tej sprawie zgłosiliśmy. Pisałem o tym szerzej m.in. w poście Odpływ i wyprawa w głąb oceanu, pierwsze drinki i chill out oraz Ślub na Zanzibarze.

Ewa i Paweł to pełen profesjonalizm i chciałbym takich ludzi spotykać na każdym moim wyjeździe. Pełne zaangażowanie w sprawę, pozytywne usposobienie, szukanie rozwiązań i realizowanie programu tak, aby jak najbardziej zadowolić klienta to są cechy, które powinien posiadać każdy przewodnik czy organizator wycieczek. Ewa i Paweł takie mają i jeśli planujecie wyjazd na Zanzibar czy do Tanzanii to z czystym sumieniem mogę polecić Wam ich usługi – zarówno wycieczki, jak i organizację ślubu.

Wspomniałem o Tanzanii – tam również organizują wycieczki, w tym oczywiście safari i wejście na Kilimandżaro. Obiecałem sobie, i żonie, że jak tylko ogarniemy się czasowo, to w sprawie zdobycia tego największego szczytu Afryki, odezwiemy się właśnie w pierwszej kolejności do Ewy i Pawła. Po tym co otrzymaliśmy na Zanzibarze, nie ma sensu szukać kogoś innego.

 

Pozostałe dni z przygód na Zanzibarze znajdziecie tutaj:

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#zazdrość#Reachel McAdams#pracownik#komedia#Kuba#reklamacja#5àsec#laptop#netbook#Sanktuarium żółwi#nadgodziny#azja#Comarch#siam bayshore#Syria#Lady Boys#motywacja#samozatrudnienie#branża#obsługa klienta