Smażone skorpiony i Ping-Pong Show - pożegnanie z Tajlandią

06 Styczeń
2018

Smażone skorpiony i Ping-Pong Show - pożegnanie z Tajlandią

Ostatnie dni w Tajlandii, więc trzeba to odpowiednio zaplanować. Zaczęliśmy od błogiego lenistwa! A jakże by inaczej. Żadnych konkretnych planów, to najlepszy plan. Tylko leżenie bykiem nad basenem i kąpiele. I tak calutki dzień z jedną małą przerwą, a mianowicie wyjściem na obiad – do restauracji w Dream Hotel, w której jedliśmy pierwszego dnia po przyjeździe. Tym razem grany był kurczak po tajsku z orzechami nerkowca – pychota. No miód malina! Po powrocie do Polski nieraz staraliśmy się przypomnieć ten smak, chociażby wybierając się do restauracji Dziki Ryż na Puławskiej w Warszawie, ale niestety to już nie to – pomimo, że w Dzikim Ryżu robią naprawdę zacne jedzenie.

Dzień był nudny z punktu widzenia pisania relacji, ale super jeśli chodzi o relaks i wszystko co z nim związane. Sytuacja zmieniła się nieco później, wieczorem, kiedy ponownie postanowiliśmy wyjść na miasto aby poobserwować jak tętni życiem. Ten wieczór był nieco inny z kilku powodów. Po pierwsze była to sobota i odczuwało się to na każdym kroku. Więcej turystów, więcej policji, więcej wszystkiego. Tylko Chińczyków bez zmian – dalej masa, ale przybyło też wielu Rosjan, Turków i innych turystów (oczywiście głównie mężczyzn) o podobnych rysach.

Ponownie na Walking Street

Dajcie mi smażonego skorpiona!

Dzisiejszej nocy, bo wieczór minął dość szybko, obraliśmy sobie dwa cele. Jeden, to skosztować przysmaków, którymi podobno żywią się Tajowie z północy (dziwne, że próbujemy to tutaj – w środkowej i chyba najbardziej rozwiniętej części kraju, ale na północy nie mogliśmy za bardzo znaleźć sensownych „stoisk”), a mianowicie różnego typu owady i inne stworzenia. Jako, że w Meksyku popróbowałem już koników polnych w różnych smakach, to tutaj chciałem spróbować czegoś zupełnie innego, bardziej orientalnego i nieco mniej spotykanego w naszych warunkach – skorpiona!

Udało się! Nie wybaczyłbym sobie, gdyby nie wyszło. Dalej żałuję tych niespróbowanych szczurów z 4 dnia podróży (Azja Express mini - czyli Pływający Targ, Most na Rzece Kwai, świątynie w Ayutthaya i smażone szczury), ale jak wrócę do zdjęć i relacji z tamtego dnia, to z powrotem utwierdzam się, że jednak podjąłem dobrą decyzję. Wracając jednak do skorpionów, to dzisiejszego wieczoru znaleźliśmy istny skarbiec – człowieka, który miał u siebie wszystko: jakieś larwy, różnego typu robactwo, szarańczę oraz właśnie skorpiony – duże i małe.

Smażone skorpiony i inne przysmaki

Ceny? Mały za 80 batów, duży za 100, szarańcza też za 80 batów – ale tutaj nieco więcej sztuk. Innych nie pamiętam – były poza kręgiem moich zainteresowań, kiedy już sfokusowałem się na skorpionie, wskazując palcem mojego wybrańca. Bartek z Marcinem wzięli szarańczę, zatem poszliśmy konsumować nasze przysmaki gdzieś na uboczu.

Wybieramy nasze okazy

Ten wydaje się w sam raz

A! Odnośnie jeszcze samego przyrządzenia. Nasz kuchmistrz wziąć garść szarańczy i wrzucił do jakiegoś gotującego się naparu – zakładam, że olej (i chcę w to wierzyć), więc nie zagłębiałem się bardziej. Po kilku sekundach wyjął, obsypał miksem przypraw i przekazał w woreczku zainteresowanym. Ze skorpionem było podobnie, z tymże zanim podał do zjedzenia, to urwał mu z odwłoka kolec jadowy.

Jak smakuje smażony skorpion? Jak mocno przypieczony, chrupiący chips z tymże z jakimś nadzieniem o konsystencji pasztetu z nieco gorzkawym posmakiem na końcu. Nic więcej. Jak smakowała szarańcza (bo oczywiście również skosztowałem)? Jak dobrze przypieczony i przyprawiony chips. Również chrupiący i również słonawy (podobnie, choć nieco lepiej od smażonych koników polnych z Meksyku). Na tyle była dobra (serio serio), że rozważaliśmy wzięcie kolejnej porcji owadów, z tymże nasze piękniejsze połówki wybiły nam to chyba z głowy. No cóż. Jeszcze będzie okazja.

Taką bym jeszcze raz przekąsił

Ping-Pong Show i inne atrakcje

Poszliśmy dalej w teren, aby podziwiać obecną nocną „kulturę”, metody podrywu przez turystów, prezentację prostytutek oraz transwestytów na Beach Road oraz zdesperowanych emerytów z zachodu, którzy próbowali z ich usług skorzystać. Tego nie da się opisać – to trzeba zobaczyć na własne oczy.

Wracając już w kierunku hotelu, stwierdziliśmy jednogłośnie w grupie, że zrealizujemy drugi cel, a mianowicie zobaczymy czym jest ten słynny Ping-Pong Show. No to zobaczyliśmy. Ujmę to tak – nie wiedziałem, że kobiece ciało tyle potrafi i drugi raz raczej nikt mnie do tego już nie namówi. Ale skoro jest podaż, to musi być i popyt – ktoś to przecież wymyślił. I znowu, znaczna część osób siedzących w tej mordowni (bo klubem tego nazwać nie można) to Chińczycy – w sumie kogo innego można się było spodziewać? Więcej komentarza w tym temacie nie trzeba, bo to akurat staram się wyprzeć z pamięci…

Być może niektórych jednak zainteresuje, gdzie w Pattaya jest takie miejsce i jak je znaleźć. Bez obaw… Ono samo Was znajdzie. Jest wszędzie. Pattaya, a dokładnie Walking Street to jedno wielkie miejsce rozpusty. Chcesz coś znaleźć dla siebie – znajdziesz na pewno. Wystarczy wejść na tę ulicę i dać się wchłonąć. Od razu jak muchy oblecą Ciebie nagabywacze, którzy będą zapraszać w różne miejsca, na różne pokazy i widowiska. Dadzą Ci „special price”, a jak się zgodzisz, to zaprowadzą pod same drzwi, gdzieś w zakątkach ciemnych, bocznych uliczek. Tak właśnie tam jest, i to jest… SUPER!

Jak się pewnie domyślacie, tuż po opuszczeniu tego „przytulnego” miejsca rozpoczęła się w naszych wspólnym gronie dyskusja pt. „Jak to w ogóle jest możliwe?”. Jedyni Marcin i Jola podchodzili do tego z większym dystansem, ale też sprawiając wrażenie najbardziej zafascynowanych całym tym zjawiskiem, mówiąc – zaskakujące, choć możliwe. No tak… Mogliśmy się tego spodziewać. W końcu obydwoje są lekarzami, a ja to tylko tak z nazwiska.

Powrót do hotelu zabrał nam dobrą godzinę, choć dzielił nas do niego dystans w granicach 500 metrów. Tak to już właśnie jest w Pattaya – nie da rady przejść tak po prostu. Zawsze gdzieś zajdziesz, skręcisz, zatrzymasz się by popatrzyć, posłuchać…

Ostatni dzień przed wylotem

Taki dzień zawsze trzeba odpowiednio wykorzystać, aby nie żałować ostatnich godzin urlopu w tym rajskim klimacie. Zaczęliśmy więc od wspaniałego śniadania (a jakże!) i celebrowaliśmy je przez pełną godzinę. Naleśniki, smoothies, świeże owoce, ciastka, bułeczki. Śniadania w tym hotelu to majstersztyk!

Złota zasada jest taka, że ostatniego dnia trzeba się pożegnać ze wszystkim, co sprawiało nam frajdę w czasie pobytu. Kojarzycie te wszystkie „ostatnie spojrzenie na morze”, „ostatnia kąpiel w basenie”, „ostatni spacer po górach”. No właśnie! Tak po prostu trzeba. To „ostatnie coś”, co zapisze w pamięci dane miejsce tuż przed nieuchronnym powrotem do naszej codzienności.

Zatem my, tuż po śniadaniu „ostatni raz” wylądowaliśmy w hotelowym basenie. Tego dnia (ach te nasze odkrycia dni ostatnich) odkryliśmy też dopiero, gdzie znajduje się drugi z basenów hotelowych. Nie uwierzycie – po drugiej stronie Walking Street i jest z widokiem na morze. Miejsce ciekawe, ale niestety nie jest on tak fajny jak ten wewnątrz ośrodka (głośniej i niestety nie jest zacieniony).

Znaleźliśmy drugi basen hotelowy

Po pożegnalnych kąpielach wybraliśmy się na obiad – ponownie „ostatni raz” do restauracji w hotelu Dream Hotel – nie chcieliśmy tracić czasu na poszukiwanie czegoś nowego, szczególnie że tutaj mają naprawdę dobre jedzenie, i to w rozsądnych jak na Pattaya cenach. Po obiedzie „ostatni” kurs na miasto, a następnie krótki spacer za dnia po Walking Street i zdjęcia, po czym powrót do hotelu, aby nieco odpocząć od wszechobecnego upału.

Najlepszy środek transportu w Pattaya

Walking Street za dnia nie wygląda już tak ciekawie

Przygotowania do nocy...

masaż, masaż, kebab, masaż, kantor, masaż...

Wieczorem „ostatnie” nocne wyjście na miasto, aby pozbyć się reszty gotówki (w Pattaya nie można zamieć gotówki z batów na jakąkolwiek inną walutę – w tym mieście uciech, wymieniać można tylko obce na baty, ale nigdy odwrotnie), kupić jakieś pamiątki i porobić ostatnie nocne zdjęcia.

Pattaya nocą i ostatni spacer

Ach, jeszcze raz się przejadę.

Może zegarek, bransoletkę, broszkę? Tylko 15 PLN.

Najlepszy masaż stóp pod słońcem

Uwielbiam masaże stóp. Są tam chyba zakończenia wszystkich kluczowych nerwów, a przynajmniej można tak sądzić po dobrym masażu, kiedy człowiek czuje się jak nowo narodzony. Wstyd się przyznać, ale do ostatniego dnia pobytu w Tajlandii, nie byłem na takim masażu ani razu, pomimo, że wspominałem o nich od samego początku wycieczki. Zawsze jakieś inne plany i ciągle nie wychodziło. Ostatniego dnia już się nie poddałem. Nie mogłem. Żałowałbym tego za każdym razem, kiedy przypominałbym sobie tę wycieczkę, oglądałbym zdjęcia, czy czuł zmęczone nogi, po dłuższych spacerach.

A tego dnia, takie właśnie miałem. Po intensywnych dwóch tygodniach, pomimo odpoczywania nad basenem, nogi dawały znać, że kilometry spacerków przydałoby się im jakoś wynagrodzić. Nikt nie chciał mi towarzyszyć, więc odprowadziłem wszystkich do hotelu, a następnie wybrałem się grzecznie na miasto, aby w pełni oddać się Tajkom i ich słynnym magicznym masażom. Idąc do hotelu zapamiętałem lokalizacje interesujących mnie salonów (a są ich tutaj setki – więcej niż u nas kiosków ruchu czy placówek bankowych), więc obecny spacer trwał już bardzo krótko. Po niespełna 10 minutach siedziałem już na wielkim, wygodnym skórzanym fotelu, a wszystko w około przestało mnie interesować.

Godzina trwała jak kilka minut. Już na samym początku żałowałem, że nie poszedłem na taki masaż pierwszego dnia po przyjeździe do Pattaya. Żałuję do dziś wiedząc, że w Polsce nie uzyskam takiej samej usługi jak tam. Nie ma szans. To tak samo, jak z tym kurczakiem z orzechami nerkowca czy zupą Tom-Yum. Choćby nie wiem jak się starali, na miejscu zawsze smakuje lepiej. Nie mówiąc już o cenach. Godzina takiego masażu stóp w Pattaya (a to drogie miasto, jak na ich warunki), to przedział 150-200 batów (czyli jakieś 20-25 zł). W salonie, w którym ja byłem, koszt wynosił 200 batów, ale doznania warte znacznie więcej. Zostawiłem więc 250 batów i przeszczęśliwy wróciłem do hotelu, zaczepiany po drodze przez grupkę tajskich dziewczyn… chyba…

Z tego wpisu zapamiętajcie jedno – jeśli lubicie masaże i będziecie w Pattaya, to nie czekajcie z tym do ostatniego dnia. Idźcie od razu. Całkowicie odmieni to Wasze samopoczucie.

Czas wracać do Polski

Nastał ten dzień, kiedy trzeba wracać do domu. Nastał dość wcześnie, bo już o 4.30 rano, aby zdążyć ze spakowaniem walizek i ogarnięciem się przed podróżą. Śniadanie o 5.30 było ostatnim akcentem związanym z naszym hotelem Siam Bayshore, po czym pojechaliśmy na lotnisko do Bangkoku.

Na koniec hala odlotów w Bangkoku.

Na tym kończy się moja relacja z wycieczki „Baśniowa Tajlandia” organizowanej przez Rainbow Tours.

Dzięki, że byliście ze mną i czytaliście!

Pozostałe dni z podróży po Tajlandii w ramach wycieczki "Baśniowa Tajlandia" organizowanej przez Rainbow Tours:

Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#wschód słońca#weekend#rejs#Wyspy Kanaryjskie#społeczeństwo#wolność finansowa#frank#Sukhothai#czas wolny#prezydent#finansowanie#Russel Crowe#Janusz Filipiak#biznes#bond#transport publiczny#archiwizacja danych#urlop#lotnisko#demokracja