Ślub na Zanzibarze

06 Sierpień
2018

Ślub na Zanzibarze

Tak, to dzisiaj. Dzień naszego ślubu.

Budzik odezwał się punktualnie o 9.00. Włączam klimatyzację oraz muzykę w mobilnym głośniku. Leci właśnie David Garett i jego interpretacja „Smooth Criminal” Michaela Jacksona. Super wersja. Pewnie już Wam wspominałem kiedyś, przy innej okazji, że uwielbiam skrzypce. Nie? Zatem uwielbiam. Moim zdaniem instrument górujący nad wszystkimi innymi. Zdecydowanie!

Dzisiaj ważny dzień, a moja Narzeczona czuje się podejrzanie doskonale. Szykujemy się na śniadanie, na którym lądujemy nieco ponad pół godziny później. Ja ponownie po wypasie, a pozostali nieco bardziej zachowawczo i bezpiecznie. Ola tylko wróciła do normy i nałożyła coś więcej. Strasznie tu duszno. Temperatura na klimatyzatorach, równie spoconych co turyści, wskazuje 30 stopni wewnątrz pomieszczenia. Wychodzimy. Dzisiaj na całe szczęście słońce za chmurami. Nie sądziłem, że będę się tak cieszyć na widok chmur podczas urlopu.

Przygotowania do ślubu i przysięga w Suahili

10.30. Szykujemy się na ślub. Mamy dwie godziny na wszystko. Dla facetów w sam raz, dla kobiet raczej nie. Makijaż, włosy, wszystko. To podobno nie jest takie proste. Jestem gotowy po jakichś 30 minutach. Wszystkie papiery, tj. dokumenty i zdjęcia spakowane. Paszporty oraz oczywiście obrączki również. Z głośnika właśnie leci „Winners take it all” Abby. Przypadek?

Zostawiam Bernatkę, aby mogła się szykować w spokoju i idę na recepcję z przysięgą w języku Suahili, aby mi ją przeczytali w odpowiedni sposób. Chcę ją zapisać fonetycznie. Pani z recepcji się uśmiecha i początkowo nie rozumie o co chodzi. Akurat przyszła druga, aby ją zmienić i od razu zrozumiała w czym rzecz. Czyta mi przysięgę Bernatki, ja zaś ją spisuję, tak jak słyszę. Trwa to jakieś 15 minut. Jak już wszystko jest dobrze, proszę jeszcze o wskazanie różnic między męską, a żeńską wersją przysięgi. Są tylko dwie. Zaznaczam je po mojemu, czyli po spolszczonym Suahili.

Ze strony recepcjonistki pada pytanie, kiedy ślub i kto się żeni. Odpowiadam, że ja, i że ślub jest dzisiaj. Zdziwione. Wdajemy się w dłuższą dyskusję i okazuje się, że dzisiaj o 16 jest jeszcze jeden ślub w tym hotelu. Jakichś Niemców. Opowiadam więc, że my nie tutaj, że w zupełnie innym miejscu, ale nie zdradzam gdzie. (Ewa z Pawłem polecili, aby nie zdradzać tubylcom, gdzie są śluby, bo lubią na nie dołączać – taka kultura).

Pytają o numer pokoju. To akurat mogę powiedzieć. Może będzie jakaś niespodzianka, zobaczymy. Na koniec rozmowy proszą mnie o przeczytanie tego co dyktowały, a ja po swojemu zapisałem. Czytam. Okazało się, że bezbłędnie. Zaskoczone prawią mi komplementy. Gdybym nie był taki czerwony od słońca, to zapewne bym się zarumienił. Żegnam się i wracam. Po drodze zachodzę do naszego przybasenowego baru i proszę o dwie schłodzone wody z limonką. Wymieniam parę zdań z barmanką, biorę ręczniki i idę do pokoju. Do Bernatki. Mojej, jeszcze, Narzeczonej.

Restauracja 6 South Zanzibar i nasz fotograf Rahim

12.00. Wchodzę do pokoju. Przygotowanie Bernatki na poziomie 60% (ach te analityczne nawyki). Prostuje włosy. Siadam do przepisywania przysięgi na małe kartki, które weźmiemy ze sobą. Trochę to trwa, a za pół godziny wyjeżdżamy. Mało czasu. Sprawdzam czy wszystko spakowane i szykuję pokój na wizytę sprzątaczki.

Trzy kwadranse później ponownie jesteśmy na recepcji. Tym razem już w pełnym, czteroosobowym składzie. Nie widzimy nigdzie kierowcy. Mała panika. Obsługa przygląda się nam, jak trzymamy ślubne ciuchy i coś tam między sobą szepczą. Piszę do Pawła. Do Ewy też. Paweł odpisuje, że kierowca czekał na parkingu i już podjeżdża. 5 minut później wsiadamy do busa. Na szczęście klimatyzowany. Ruszamy.

Po godzinnej jeździe tutejszymi drogami dojeżdżamy do Stone Town, stolicy Zanzibaru. Zatrzymujemy się przy restauracji „6 South Zanzibar”. Paweł już czeka. Zaprasza nas do środka, opowiadając, że jest to jedna z bardziej znanych tutejszych restauracji. Po lokalizacji i wyglądzie nie dziwię się dlaczego. Ciekawe i klimatyczne miejsce.

Restauracja 6 South Zanzibar

Po kilku minutach Paweł przynosi nam drinki. Bardzo orzeźwiające: imbir, limonka, mięta i lód. Wszyscy poza Bartkiem piją. Jeszcze woli nie ryzykować i pozostaje przy samej wodzie. To co mi się wrzuciło tutaj w oczy na samym wejściu, to wielka, pięciolitrowa butla wódki Belvedere. Taki tam patriotyczny akcent.

Kusi na samym wejściu, kusi... ale nie ulegliśmy.

W między czasie Paweł przyprowadza Rahima – naszego tutejszego fotografa, a zarazem kapitana łodzi, która zabierze nas na miejsce ślubu, a potem, na wspomniany rejs o zachodzie słońca. Po krótkich ustaleniach co do zdjęć, Rahim się żegna i idzie przygotować łódź do wypłynięcia. Bernatka zaś prosi mnie o przysięgę, aby mogła się jej nauczyć. Nie rozczytuje mnie. Co zrobić… Bierze więc kartkę, długopis i spisuje ją po swojemu.

Wraca Paweł z dokumentami od urzędnika, abyśmy uzupełnili je już teraz, skoro są do tego warunki i czas. Tak, tak – ślub na Zanzibarze jest w pełni oficjalny i uznawany w Polsce, a nie jakiś teatrzyk jak np. na Malediwach. Te dokumenty, to prosty formularz z pięcioma rubrykami. Im wystarczy. Wypełniam za mnie i za Bernatkę. Oddaję Pawłowi wraz z dwoma zdjęciami, które muszą być dołączone do dokumentu.

Bernatka skończyła przepisywać. Teraz czyta mi testowo swoją przysięgę. Śmiejemy się. Przynajmniej będzie zabawnie.

Ostatni rzut oka na przysięgę w Suahili

Piękny jacht z Mozambiku

15.10. Przychodzi po nas Rahim. Wszystko gotowe. Zabiera nas na łódź. Do portu mamy 3 minuty piechotą – tyle co przez kamienny murek i kawałek piaszczystego terenu (bo plażą to to raczej nie jest). Wspomniana restauracja stoi przy samym porcie, o ile można go tak nazwać.

Dzisiaj to ja nie czuję się najlepiej. Żołądek daje mi się we znaki od dobrej godziny. Oby to nie przez tego drinka, co przyniósł Paweł, bo może być niewesoło. Czekamy na tej niby plaży i obserwujemy łodzie oraz Rahima, który instruuje swoich towarzyszy, którzy podpływają tą dla nas.

Piękny jacht z Mozambiku wyróżnia się na tle innych, które są tutaj zadokowane. Znacznie większy i szerszy od pozostałych, i w zupełnie innym stylu. Są już przy brzegu. Wsiadamy po przenośnej drabince. Najpierw Bernatka, potem Ola i Bartek. Ja na końcu, bo trzymam suknię ślubną i nikt raczej nie chce, aby teraz się zmoczyła. Trochę niewygodnie, bo od 10 minut ręce w jednej pozycji w górze. Co zrobić – w taki dzień trzeba się poświęcać. Podaję ją w końcu Bartkowi, on przekazuje dalej i spokojnie wsiadam na łódź. Jesteśmy w komplecie. Ruszamy w rejs.

Słońce grzeje niemiłosiernie, więc Rahim instruuje nas jak i gdzie usiąść, aby było komfortowo i w cieniu. Ma materiałowy daszek. Super. Piękna i wygodna łódź. Jak będziecie kiedyś na Zanzibarze, w Stone Town, to skorzystajcie z okazji i wybierzcie się w rejs z Rahimem. Nie będziecie żałować.

Płyniemy na wyspę

Sternik robi co do niego należy, wiec Rahim może zająć się swoją pracą. Robi nam ukradkiem kilka zdjęć – pewnie ustawia aparat. Proponuje też zimne napoje z lodówki. Odmawiamy. Mamy jeszcze swoje, więc niech tamte się chłodzą w spokoju. O dziwo wszyscy czujemy się dobrze. Nie ma też wiatru, więc nie buja, a tafla oceanu jest tak gładka jak na jeziorze.

SandbaNk, czyli znikająca wyspa

Czeka nas ok 50 minut rejsu. Na horyzoncie widać już jedną wysepkę z tak zwanych „Sandbank”, czyli wysepek, które całkowicie znikają w momencie przypływu i pojawiają się ponownie wraz z odpływem. Teraz jest odpływ, więc widać je w pełnej okazałości. Ta konkretna nie jest nasza. Za dużo na niej ludzi. Nasza podobno jest nieco dalej.

Po kolejnych kilkunastu minutach dopływamy. Widać już palmową altankę, pod którą będziemy składać przysięgę. Jest to mała, rajska wysepka otoczona krystalicznie czystymi wodami oceanu. Czysty, biały piach, a wokoło piękny lazur w idealnej photoshopowej postaci.

Wyskakujemy z łodzi i od razu kierujemy się do Ewy i Pawła. Mówią nam, aby szybko się przebierać, bo zaczyna się przypływ i w ciągu godziny znaczna część tej pięknej wysepki zniknie pod wodą. Do tej „znacznej części” zalicza się też ta nasza, z altanką…

Bernatka zaczyna się przebierać. Pomagam jej się zapiąć, a Ola i Bartek starają się zacienić miejsce, bo jesteśmy w pełnym słońcu. Teraz kolej na mnie. 3 minuty i gotowy. Styl casualowy – kremowe spodnie, luźna biała koszula rozpięta pod szyją i bez butów. Tak, ślub na boso, aby cieszyć się tym wspaniałym piachem. Kątem oka widzę, że Rahim robi zdjęcia. Fajnie. Na każdym będę w okularach przeciwsłonecznych i czapce FC Barcelona. Pamiątka ze ślubu pierwsza klasa. Nie ma co.

Z dala od ludzi. Gdzieś daleko.

Część główna, czyli ślub na Zanzibarze!

Przychodzi Ewa i zaczyna nas dyskretnie poganiać, bo jeszcze trochę i nie będzie dokąd iść. Urzędnik już czeka. Przypomniałem sobie o obrączkach. Zostały w plecaku. Biegnę więc do ekipy, która tutaj wszystko organizuje, bo chyba sprzątnęli już go na łódkę wraz z innymi niepotrzebnymi rzeczami. Wyjmuję obrączki i przekazuję Bartkowi. Sprawdzam jeszcze raz kontrolnie, czy mam przysięgi. Są. W lewej kieszeni moja, a w prawej Bernatki. Witamy się z urzędnikiem i potwierdzamy, że jesteśmy gotowi, by zrobić ten kolejny krok w naszym życiu.

16.30. Zaczęło się. Niby oficjalnie, ale w tym kraju wszystko jest „Hakuna matata”, więc atmosfera rozluźniona. Nikt się nie stresuje, wszyscy uśmiechnięci. Na początku idzie tekst od urzędnika. Po angielsku. Formalności muszą być. Później dostajemy teksty, które musimy przeczytać, aby wszystko było zgodnie ze sztuką. Najpierw ja, później Bernatka.

Ach ta sceneria, i ten klimat.

Urzędnik mówi o obrączkach. Bartek podaje. Zabieram tę przeznaczoną dla Bernatki i próbuję założyć. Trochę to trwa – minusy ciepłego klimatu. Dobrze, że nie ma kamerzysty. Bernatka się śmieje. Ola z Bartkiem również, a ja dalej próbuję ogarnąć temat obrączki. Udało się. Teraz kolej na Bernatkę, Tutaj znacznie łatwiej i bez żadnych problemów zakłada mi obrączkę.

Szach mat!

Przyszedł czas na nasze przysięgi. Wyjmuję zmiętoloną karteczkę z kieszeni i czytam. Oczywiście po Suahili w naszym wykonaniu. Nawet poszło. Kilka małych błędów było, ale ogólnie płynnie. Teraz Bernatka. Jej również pięknie idzie. Nie patrzy na mnie, bo obydwoje doskonale wiemy, czym by się to skończyło. Śmiechem. Skończyła bezbłędnie, więc przyszedł czas na oficjalny, soczysty pocałunek i już nasze własne, prywatne życzenia.

GPS on board!

Pozostały jeszcze tylko formalności. Urzędnik prosi nas i świadków o podpisanie dokumentów urzędowych, w tym certyfikatu, który wróci z nami do Polski. Na jego podstawie ślub będzie uznany w naszym kraju i wystawione zostaną odpowiednie dokumenty.

Skończone. Przyjmujemy gratulacje od Oli i Bartka. Ewa namawia nas na zdjęcie z certyfikatem. Dobrze, że jest, bo w tej całej sytuacji, pewnie byśmy o tym nawet nie pomyśleli. Rahim już czeka. Ustawiamy się pod altanką i pozujemy do kilku fotek.

Limuzyny nie było...

Wszystko fajnie, tylko wyspa znika.

Szampan na plaży, zdjęcia i rejs o zachodzie słońca

Paweł otwiera szampana i rozdaje kieliszki. Wznosimy toast i idziemy na zdjęcia, póki jest jeszcze taka możliwość. Ocean pochłonął właśnie kolejnych kilka metrów tej pięknej wyspy. Staramy zachowywać się naturalnie. Rahim fotografuje. Ola pobiegła po komórkę i kijek do selfie. No przecież nie mogło go zabraknąć. Rozglądam się za Rahimem i znajduję go zanurzonego z aparatem po pas w oceanie. Co z tego wyjdzie – nie mam pojęcia. Ale doceniam poświęcenie.

Czas na toast!

Cóż za widok!

Jedna lampka przy takich atrakcjach, to za mało...

Wspólna fotka na pożegnanie z wyspą.

Porządek musi być!

17.00. Zbieramy się z wyspy, a właściwie z tego co z niej jeszcze zostało. Zalało już więcej niż połowę. Miejsce z naszą altanką już dawno zniknęło pod wodą. Płyniemy w stronę Stone Town, jednakże nieco okrężną drogą, aby móc podziwiać z łodzi zachód słońca. Dodatkowo Rahim postanawia zmienić napęd z silnikowego na naturalny, czyli wiatr. Kiedy obieramy właściwy kurs i wiatr zaczyna sprzyjać, załoga rozpoczęła opuszczanie żagla.

Rahim przygotowuje jacht do rejsu.

Po 15 minutach zakończyli i łódź stała się jeszcze bardziej majestatyczna, płynąc równolegle do lądu z pięknym, w pełni rozpostartym, ręcznie robionym żaglem. Rahim ponownie zaczyna robić zdjęcia. Inni też robią. Będzie więc backstage.

Jakieś 30 minut później kończymy sesję. Biorę jeszcze swojego Canona i pstrykam parę zdjęć Bernatce. Takich w moim stylu. Słońce już zaszło pozostawiając po sobie jedynie poświatę na tle horyzontu. Aparaty schowane i zmierzamy do portu. Rozmawiamy. Pytam Rahima o łódź. Ta jest z Mozambiku i z silnikiem kosztowała 20 000 USD. To podobno dobra cena za tego typu łajbę. Bez silnika można znaleźć podobną za jakieś 15 000 USD. Na 15KM osiąga 8 węzłów, ale na żaglu, przy pełnym pochyle, może sunąć aż 50! Zbliżamy się do portu. Szczęśliwi i zafascynowani, jak to się wszystko potoczyło.

Koniec zdjęć. Pozostało podziwianie widoków.

Wpływając do portu w Stone Town.

Powrót do hotelu

O 19.20 dobiliśmy do brzegu. Ostatnie rozmowy z Ewą i Pawłem odnośnie minionej ceremonii oraz przyszłej wycieczki i się żegnamy. Czas wracać do hotelu. Późna pora, więc wyjazd ze Stone Town nie jest wcale taki prosty. Stolica Zanzibaru zdecydowanie żyje nocą i teraz jest cała zakorkowana. Wydostanie się z miasta zajmuje nam dobre 40 minut.

Do hotelu dojeżdżamy o 21.10. Umawiamy się z Bartkiem i Olą na 21.30 na kolację. Odbieram na recepcji klucze, przy okazji dowiadując się, że postanowili zamienić nam bezpłatnie pokój na lepszy. Ha! Wiedziałem, że będzie niespodzianka, choć ten pokój, który teraz mamy też jest super. Mówię im, że jutro wrócimy do tematu, bo teraz padamy z nóg, jesteśmy głodni, a dodatkowo zmagam się z gorączką i bólem brzucha. Od rana mnie to męczy, ale teraz kumulacja. Tak tak, inni przeszli to wcześniej, a dzisiaj dopadło mnie.

Punktualnie o ustalonym czasie zasiadamy do kolacji. Dzisiaj rezerwacja w jednej z restauracji, tuż przy głównym patio. Wyboru nie mają, bo dają wszystkim ustalone dania po kolei. Jedyne co można, to z części zrezygnować, gdyby była taka ochota. Na początku zaserwowali zupę. Jakaś ichniejsza. Czysta, coś w stylu rosołu na wołowinie. Ale za to doskonała. Naprawdę, doskonała! Najlepszy posiłek, jaki tutaj jadłem, to właśnie ta zupa. I nie jestem w tej opinii odosobniony. Wszyscy się zachwycamy. Szkoda tylko, że było jej tak mało.

Jako drugie danie serwują kurczaka z warzywami i ryżem. Już mniej smaczne, bo bardzo słone, ale dalej dobre. Jak pytają o kolejne danie, to wszyscy zgodnie rezygnujemy i prosimy ponownie o zupę, wychwalając jej smak. Doszło do tego, że przyszedł do nas kucharz, podziękował za miłe słowa i poinformował, że niestety, ale danie które tak zachwalamy, już się skończył. Postara się jednak dorobić coś dla nas, skoro tak bardzo smakowała. Przyszła dokładka, ale już nie tak wspaniała, jak za pierwszym razem. Niestety…

Żegnamy się z Bartkiem i Olą, i wracamy do pokoju. Dzwonimy do rodziców i opowiadamy jak było. Internet stabilny – sprzyja rozmowom. Dobrze, że dzisiaj nie robi niespodzianek. Zrobiła się 23.00. Na tym etapie czas zakończyć dzisiejszy wpis... Do jutra.

****

Jako, że dobre zawsze polecam, podaję linki profili internetowych naszego kapitana i zarazem fotografa - Rahima: Vanora Zanzibar oraz Rahim Saggaf Photography. To tak na wypadek, gdybyś ktoś z Was wybierał się na Zanzibar i chciał rozkoszować się fantastycznym rejsem na równie fantastycznej łodzi. ;)

 

Pozostałe dni z przygód na Zanzibarze znajdziecie tutaj:

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#pracownik#Comarch#kolacja#decyzja#sherlock holmes#konkwista#Budapeszt#zawiść#pierwsza praca#marzenia#Clint Eastwood#blog#azja#przygoda#bok#Fuerteventura#pro progressio#freelancing#komedia#samozatrudnienie