Sesja ślubna, ostatnie zakupy i pożegnanie z Zanzibarem

16 Kwiecień
2019

Sesja ślubna, ostatnie zakupy i pożegnanie z Zanzibarem

Czas powoli żegnać się z Zanzibarem. Co prawda wylot dopiero jutro wieczorem, ale wydarzenia z tych dwóch dni postanowiłem zebrać do jednego posta. Nie dlatego, że niewiele się działo (bo tu cały czas coś się dzieje), ale bardziej dlatego, że część z nich była podobnych do tych opisanych w poprzednich wpisach. A poza tym, w dniu wylotu nie robiłem już prawie żadnych zdjęć, więc z samą czystą treścią, nie byłoby za ciekawie… Tak sądzę.

Standardowo widok z okna tuż po przebudzeniu

Po pełnym atrakcji poprzednim dniu, spaliśmy bardzo twardo. I długo. Dzień powitaliśmy po dopiero po dziewiątej, więc czym prędzej zebraliśmy się na śniadanie, aby jeszcze na jakiekolwiek się załapać. Jako, że to ostatni pełny dzień na Zanzibarze, postanowiliśmy też jeszcze raz wybrać się spacerem w głąb oceanu, aby ponowić przygodę opisaną w Odpływ i wyprawa w głąb oceanu, pierwsze drinki i chill out. Jakie było nasze zdziwienie, jak okazało się, że tego dnia nie ma odpływu… Woda pozostała na miejscu z odsłoniętym kawałkiem plaży. Spacer już nie wyjdzie. Także tutaj rada – jak będziecie mieli okazję skorzystać z odpływu i pójść „w głąb oceanu”, to nie odkładajcie tego na inny dzień, tylko idźcie. Gdybyśmy nie zrobili tego w pierwszych dniach, nie byłoby już ku temu okazji.

Pozostała zatem opcja kąpieli w gorących wodach oceanu, i jak się pewnie domyślacie, skorzystaliśmy z tego przywileju. Co prawda pływaniem tego nazwać nie można, bo temperatura wody zbliżona była do tej, którą spotkać można w jacuzzi, czy też w termach w Budapeszcie. Zostało więc przesiadywanie w wodzie w towarzystwie małych rybek, które same z siebie postanowiły zrobić nam fish pedicure, a także krabów, które co jakiś czas podszczypywały, kiedy siadło się na zrobionych przez nich kanałach.

Woda o temperaturze zupy, wiec pusto...

Pogaduchy z Tubylcami

Po lunchu, który tego dnia ponownie zjedliśmy na plaży, do wody wróciłem już sam. Słońce w zenicie i temperatura na poziomie 40 stopniu zmuszała do ciągłego leżenia w wodzie, bo każde dłuższe wynurzenie odczuwalne było na odsłoniętych partiach skóry. Tubylcy pozbawieni możliwości zarobku przez brak odpływu i skrajny upał, również postanowili sobie odpocząć i dołączyli do do mnie, aby pogadać o wszystkim co w danym momencie wpadło nam do głowy.

Popołudniowy chillout

Dowiedziałem się m.in. o tym, jak tu żyją, skąd się wzięli, jak wygląda życie na lądzie (w sensie w Tanzanii i Keni), jak rozpoznają nowych turystów i jaki jest ich klucz wyboru tych, których zaczepiają na plaży oraz jak ich dzielą na podstawie zachowania czy wyglądu. Dużo, dużo ciekawych informacji. W zamian dostali wiedzę na temat tego, jak wygląda życie w Polsce i ogólnie w Europie, czy też dlaczego do nich latamy.

Na takich pogaduchach czas upłynął bardzo szybko i nim się obejrzałem, zrobiła się 16. Wróciłem do żonki i zaczęliśmy ustalać co z tą dzisiejszą sesją zdjęciową, którą sobie zaplanowaliśmy. Postanowiliśmy, że zaczniemy ją robić, jak słońce zejdzie jeszcze nieco niżej, zatem pozostało nam jakieś pół godziny do wykorzystania na relaks.

Nie wiem co się dzisiaj takiego wydarzyło, ale hotel był wyjątkowo pusty. W oceanie prawie nikogo, na plaży również – to samo na leżakach i w basenie. Być może na dzisiejszy dzień były zorganizowane jakieś wycieczki z biur podróży, albo wymiana turnusów – nie wiem. Nie wnikałem. Wykorzystaliśmy tę sytuację i poszliśmy pokąpać się w głównym basenie. Sami. Dosłownie sami. Prywatny basen hotelowy tylko dla nas. ;)

Niecodzienna sytuacja, niecodzienna. ;)

Wieczorna sesja ślubna na Zanzibarze

Po kilkunastu minutach musieliśmy niestety zrezygnować z tego luksusu, gdyż czas nakazywał szykować się do sesji. Bernatka poszła po ciuchy do pokoju, ja zaś zabrałem się za sprawdzanie, czy mam wszystko, jeśli chodzi o sprzęt foto. Tylko Bartek z Olą dalej sobie odpoczywali na leżakach, w spokoju oczekując na nasz powrót.

Zrobiła się 17.40. Późno… trochę bardzo późno. Światło już nie takie jak trzeba i będzie trzeba się spieszyć. Tak to już na Zanzibarze bywa, że przejście między dniem, a nocą jest bardzo szybkie i ten czas określany jako wieczór trwa naprawdę krótko. Co innego, gdybyśmy mieli blendy, czy coś w tym stylu – wówczas sztucznie poprawilibyśmy sobie oświetlenie i nie byłoby sprawy. Wszędzie jednak trzeba szukać plusów i postanowiliśmy wykorzystać scenerię, jaką jest zmierzch i zachód słońca. Ale żeby nie było – zaczął się wieczorny odpływ. Super! Mogliśmy zrobić zdjęcia w środku oceanu, a nie tylko na plaży. Podzielę się z Wami jedynie kilkoma – reszta, to już nasza prywatna galeria. ;)

Sceneria na sesję zapowiada się interesująco

To będą zdecydowanie fajne ujęcia...

Ach... :)

i jeszcze Och...

I jeszcze z widokiem na ocean

Odpływ wieczorem robi wspaniałe wrażenie... i scenerię.

Klasyczna suknia ślubna by się tu nie sprawdziła :)

Pożegnanie z Zanzibarem

Mężu, mężu - pokaż fotkę. Backstage zawsze najlepszy!

O 19 zakończyliśmy sesję zdjęciową. Jak widzicie trwała nieco ponad godzinę. W tym czasie zapanował całkowity zmrok. Zaczynaliśmy jak było widno, wracaliśmy zaś przy użyciu latarek w komórkach, uważając aby nie deptać po krabach, których na plaży o tej porze pojawiły się tysiące. Mieliśmy okazję zobaczyć efekt „chodzącej” plaży – coś na miarę tego, co pokazano w filmie Piraci z Karaibów, z tymże u nas te kraby były malutkie. Im ciemniej, tym woda zaczęła coraz szybciej zalewać z powrotem na plażę, a to zmusiło nas do znacznie szybszego powrotu – co z suknią ślubną wcale nie jest takie łatwe…

I takich tutaj tysiące...

Kolacja przy basenie i nietypowa propozycja

Dzisiaj wtorek, zatem ponownie mamy kolację przy basenie. Wiedząc jak to wygląda w praktyce, przyszliśmy odpowiednio wcześnie i zajęliśmy dogodny stolik niedaleko sceny. Muszę przyznać, że Bartek wyglądał dzisiaj wyjątkowo elegancko. Zresztą wszyscy tego dnia dobraliśmy się pod względem ubioru. Może fakt, że to ostatni wieczór w tym miejscu i wykorzystaliśmy ciuchy, które nam jeszcze pozostały. Nie wiem. Tak czy inaczej, kolacja wyszła bardzo elegancka.

Zespół i repertuar ten sam co tydzień temu, zatem wiedząc czego się spodziewać, skupiliśmy się na rozmowie i wspominkach z całości wyjazdu. Dzisiejszego wieczora obsługuje nas kelner przypominający Mike’a Tysona, jednakże z nieco lepszą gracją w poruszaniu. Po tym jak przyniósł na wcześniej zamówione drinki skoczyliśmy nałożyć coś do jedzenia. Tutaj akurat była zmiana w menu. Stoisko z owocami morza opisane w Magiczny wschód słońca, football Masajów i kolacja nad basenem dalej takie samo, ale poszczególne dania – zarówno zimne, ciepłe jak i desery były już inne. Obchodząc dziesiątki stołów trafiłem na jakiś ich specjał – kurczak z warzywami przysmażany w wok’u. Bardzo dobre danie i bardzo dobrze przysmażone. Na tyle dobre, że grana była dokładka, pomimo naprawdę całej pozostałej mnogości dań.

Po kolacji tradycyjnie już przeszliśmy na sofy do części barowej. Dzisiaj było podliczenie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i dowiedzieliśmy się od sąsiadów, że Owsiak pobił kolejny rekord. Właściwie czego innego się można było spodziewać? Rekordy idą co roku. Na jednym newsie się nie skończyło. Dowiedzieliśmy się też, że podliczono obszar ziemski należący do ministra Szyszko i okazuje się, że ma on w posiadaniu ziemi o łącznej powierzchni 1/20 Polski. Nie wiem, czy to dobrze policzyli i to prawda, czy też tylko jakieś zagranie dziennikarskie, ale jeśli tak, no to to jest dopiero rekord…

Ci sami sąsiedzi po pewnym czasie zapytali, czy przypadkiem nie chcemy kupić domu w Konstancinie. Jeden z ich klientów pilne musi sprzedać (rozwód itp.) i mają go naprawdę w dobrej cenie. Prawdziwa okazja – jedyne 27 mln złotych. Kilkusetmetrowy dom z basenem na kilkutysięcznej działce. Chyba naprawdę wyglądamy dzisiaj elegancko, ale żeby obstawiać nas na możliwość zakupu domu w Konstancinie za 27 mln, to się tego nie spodziewałem. Odmówiliśmy, szczególnie że dopiero co poszliśmy w zakup mieszkania w nowobudowanym apartamentowcu na Wyspie Spichrzów w Gdańsku. Ale nawet i bez tego byśmy odmówili… ;)

Ponownie czas upłynął bardzo szybko i zrobiła się 22.30. Zaproponowałem powrót do pokoju, bo w końcu jutro wracamy, a jeszcze nie jesteśmy w ogóle spakowani. Poza tym ta dokładka kurczaka chyba mi zaszkodziła. Przynieśli ją gdzie z zaplecza i takie oto efekty, że noc nie zapowiadała się spokojna. Po sprawdzeniu odlotów na tablicy informacyjnej ITAKA, wróciliśmy do pokoju, gdzie moim głównym napojem przez kolejne kilka godzin była gorzka mięta… ale to i tak nie pomogło. Pamiętajcie – nie jedzcie dokładek, jeśli specjalnie dla Was je donoszą – niezależnie od liczby gwiazdek w hotelu. Taka złota rada oparta na doświadczeniu. ;) Jak się pewnie domyślacie – nie spakowałem się. Zostawiłem to na kolejny dzień

Poranne pakowanie i odbiór zdjęć ślubnych

Po bardzo (bardzo!) nieprzespanej nocy nastał nowy dzień. W głębi duszy muszę być chyba masochistą, bo budzik ustawiłem na 5.40. Wszystko po to, aby ostatni raz zobaczyć wschód słońca nad oceanem, bo na Zanzibarze jest on naprawdę malowniczy i wart poświecenia kilku godzin snu. Ale nie tym razem. Oj nie. Tym razem organizm powiedział, że chyba sobie robię jakieś jaja i kazał mi spać dalej. Na szczęście tę decyzję podzieliła zarówno Bernatka, jak i Bartek z Olą, toteż nie miałem żadnych wyrzutów sumienia i poszedłem dalej poobcować z Morfeuszem.

Ponowna pobudka miała miejsce już o 8.00. Tym razem to już trzeba wstać. Z samopoczuciem wcale nie lepiej, ale co zrobić? Podniosłem sobie cukier skittlesami (to zawsze działa) i zacząłem ogarniać pakowanie rzeczy. Właściwie, to te skittlesy były całym moim dzisiejszym śniadaniem, bo nic innego organizm nie chciał przyjąć – poza oczywiście napojami w postaci 4 szklanek soku pomarańczowego i dwóch herbat. W miedzy czasie Bartek dowiedział się, że wymeldowanie jest jednak o 12.00 i nie da rady go przesunąć, co zmusiło nas do nieco szybszej organizacji.

O 10.30 do hotelu przyjechał Rahim. Przywiózł zdjęcia, które robił nam podczas ślubu. Szybko przejrzeliśmy zawartość pamięci USB, po czym zgrałem całość na laptopa i rozliczyłem się za wykonaną przez niego pracę. Część fotek znajdziecie w moim poście Ślub na Zanzibarze, zaś jeśli chcecie zobaczyć inne zdjęcia Rahima, to zapraszam na jego profile na Instagramie (profil Rahima i profil jego rejsów) – być może odwiedzając Zanzibar, będziecie chcieli skorzystać z jego usług fotograficznych lub popłynąć w rejs jego wspaniałą łodzią.

Wracając do pokoju spotkałem ogrodnika. Wiedząc jak chłopaki tutaj działają, daję mu dolara i proszę, aby przyniósł mi jakiegoś kokosa, którego będzie ścinał przy okazji prac porządkowych w ogrodzie. Zapytał tylko, który pokój i od razu zniknął gdzieś w krzakach. Kilka minut później miałem już dostawę świeżych elektrolitów prosto do pokoju. Zapamiętajcie - natura leczy najlepiej.

Ostatnie godziny, zakupy i kąpiele na Zanzibarze

Po opuszczeniu pokoju i oddaniu bagaży o 12.00 wybraliśmy się na plażę, spędzić tam resztę dnia. Niby pochmurny dzień, ale wszędzie odczuwa się obecność słońca. Po kilku minutach znajdujemy dobre, zacienione miejsce, gdzie będę mógł w spokoju odpocząć i zregenerować siły. Oczywiście zasnąłem momentalnie. O 14 obudziła mnie Bernatka, aby przenieść leżaki – okazało się, że podczas snu, słońce tak się przesunęło, że cały czas spałem spałem w jego pełnych promieniach… Całe szczęście, że przyswajam je całkiem dobrze i tylko się dobrze opaliłem, ale przy nieco gorszej produkcji witaminy D (czy czegoś tam innego) zapewne płakałbym z bólu spowodowanego spaloną na czerwono skórą.

Przez cały ten okres nie kupiłem żadnej pamiątki dla siebie, więc postanowiliśmy zrobić sobie z Bernatką spacer do pobliskiej wioski Masajów, którą odwiedzaliśmy już wcześniej. Jak na złość, dzisiaj panowały tutaj pustki. Okazało się, że część z tubylców również się pochorowała i nie otworzyła swoich kramów, a ci który pozostali, wyczuli biznes i brak konkurencji, podnosząc przy okazji swoje stawki. A to bystrzachy! Ponieważ bardzo chciałem przywieźć jakąś drewnianą figurkę (zewsząd przywożę albo maski, albo figurki) postanowiłem, że wrócę tu z Bartkiem. Ten to potrafi się targować, a ja dzisiaj zupełnie nie w formie.

Tymczasem pora na ostatnią kąpiel w ocenie. Dzisiaj woda była nieco chłodniejsza (czytaj dalej 25 stopni, a nie 30), więc chociaż trochę można się ochłodzić. Ponownie pusto. Sporo ludzi wracało dzisiaj do domów i po spakowaniu nie chcieli chyba już wchodzić do wody. Naprawdę jest to dziwne uczucie, kiedy w sezonie wszędzie dookoła pustki.

No dobra - czas ponownie odwiedzić handlarzy. Zdania nie zmienili – dalej 30 dolarów za figurkę Masaja. Powiedziałem, że mogę dać 15$ i albo się dogadujemy albo nie. Postanowili się zaśmiać z tej oferty. Po chwili dali swoją propozycję – Masaj za moją czapeczkę FC Barcelona. Tym razem to my się zaśmialiśmy. Normalnie spotkanie kawalarzy. Powiedziałem, że czapeczka jest pamiątką i kosztowała 40 EUR i to w Barcelonie, więc nawet nie wchodzi w kwestię jakichkolwiek targów. Posmutnieli, ale chyba zrozumieli temat i zaczęli rozmawiać miedzy sobą odnośnie naszej wcześniejszej oferty. Zgodzili się na te 15$, ale pod warunkiem, że przyniesiemy im po piwku z hotelu, bo oni nie mają możliwości kupowania u siebie alkoholu (wiecie - religia). Oferta zabrzmiała OK i się dogadaliśmy. Pozostała jeszcze kwestia wyboru figurki, a tym zajęła się już moja żonka. Dla niej każdy szczegół jest istotny, więc proces ten do krótkich nie należał, ale w końcu się udało i jestem szczęśliwym nabywcą bardzo ładnej figurki Masaja!

Pożegnanie z Zanzibarem

Zrobiła się 17.00 i przyszedł czas wyjazdu na lotnisko. Tłumy oczekujące w recepcji hotelowej wyjaśniły nam wcześniejsze wątpliwości co do pustek na plaży. Nie wiem skąd u ludzi taka świadomość, że po wymeldowaniu się z pokoju trzeba już siedzieć na recepcji. Można przecież jeszcze tyle zrobić – kwestia tylko odpowiedniej organizacji.

Tak czy inaczej nastała godzina, w której trzeba opuścić hotel i wyruszyć na słynne zanzibarskie lotnisko. Dlaczego słynne? O tym napisałem już w oddzielnym poście Lotnisko na Zanzibarze - 6 wskazówek jak przetrwać, który w pełni obrazuje panujący tam klimat i mam nadzieję, że odpowiednio przygotowuje turystów na spotkanie z zanzibarską rzeczywistością.

Tym samym kończę relację z wizyty na Zanzibarze. Pięknego miejsca, nie skażonego jeszcze przemysłową turystyką, szczególnie w środkowej i południowej części wyspy. Mam nadzieję, że utrzyma się ten stan jak najdłużej, bo naprawdę wyspa piękna, a w swej dzikości ma urok. Cudowny urok. Gorąco polecam Wam wyjazd w to miejsce i już nieważne czy na dziko, czy z biurem podróży. W każdym przypadku będziecie mieli możliwość zwiedzenia każdego zakątka i poznania uroków Zanzibaru. To co polecam, to organizować lokalne wycieczki samodzielnie – albo samemu, albo z tubylcami, albo z osobami mieszkającymi na Zanzibarze, które tylko w tym się specjalizują i jest to ich pasją – jak chociażby było w naszym przypadku.

Ja na pewno tam wrócę.

 

Pozostałe dni z przygód na Zanzibarze znajdziecie tutaj:

 

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#agadir#weekend#Kuba#hobby#Ben Affleck#Rainbow#restauracja#bond#bok#Sukhothai#Stone Town#stan gry#prezydent#zachód słońca#wschód słońca#kurs walut#decyzje#Chris Kyle#uzależnienie#Reachel McAdams