Rozwiewam mity o Wenecji

09 Wrzesień
2016

Rozwiewam mity o Wenecji

Przyznam się szczerze, że podchodziłem do tego miasta bardzo sceptycznie. Z kilku powodów. Po pierwsze sporo się nasłuchałem negatywnych opinii m.in. że śmierdzi, że dużo turystów, że drogo, że głośno i że ogólnie mało fajnie. Po drugie obawiałem się, że miasto może być przereklamowane przez swoją sławę, bo każdy tam jeździ, każdy chce tam być i kręcono tam sporo filmów, więc człowiek nastawia się na nie wiadomo co. Po trzecie, po wizycie w Rzymie, wyrobiłem sobie o Włochach bardzo negatywną opinię – przede wszystkim o tym, że nie dbają o rzeczy, brudzą, nie chce im się pracować i ogólnie, że „im się należy”.

No to jak to faktycznie jest z tą Wenecją?

Czas więc teraz sprostować kilka rzeczy i przyznać się do błędu. Zacznę więc od początku. Dla mnie (i mojej towarzyszki podróży) to miasto nie śmierdzi, a jak to miała w zwyczaju mówić moja nauczycielka od chemii z podstawówki – „nie pachnie intensywnie”. Nawet na siłę jakbym chciał próbować coś wywąchać, to nie wychodziło. Jak ktoś chce wiedzieć co znaczy jak miasto śmierdzi, to niech podjedzie w Warszawie do ZUSu na skrzyżowanie Czerniakowskiej z Trasą Siekierkowską i sobie chwilę postoi. Wenecja przy tym pachnie bratkami. A tak poważnie, to jedyny „inny” zapach jaki mogłem wyczuć w stosunku do pozostałych miast, w których przebywałem, to woda, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Po prostu czuć wilgoć i bryzę ze strony morza, co akurat przy 28 stopniach, które nas tutaj zastały było czymś przyjemnym i znacznie lepszym, niż taka sama temperatura w betonowej dżungli. Poza tym pamiętajmy, że tam nie ma ruchu samochodowego, a więc automatycznie nie czuć też tego smrodu miasta, który z kolei nas urzeka na co dzień.

Za dużo turystów?

Skądże znowu. Znacznie mniej niż w Rzymie, Londynie czy Barcelonie. A należy dodać, że w Wenecji byliśmy w samym środku sezonu, tj. w lipcu, a we wspomnianych wcześniej miastach byliśmy w maju, wrześniu i październiku. Ludzi może i jest sporo, ale nie jest to tak odczuwalne jak w innych, równie modnych i turystycznych miastach. Poza tym, to tylko ruch pieszy i oczywiście wodny, więc to również dodatkowo daje efekt braku „zakorkowania” miasta i większej płynności.

Czy drogo?

Hmm. Jak na Włochy, to rzekłbym przeciętnie. Ceny jedzenia na mieście nie różnią się za bardzo od tych oferowanych w Polsce na starówkach w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu, oraz w całym Sopocie podczas sezonu. Poza tym, moja definicja słowa „drogo” zmieniła się całkowicie po wizycie w Barcelonie i Amsterdamie, nie mówiąc już o tym co słyszałem o Kopenhadze. Przy tych miastach Wenecja wydaje się być nawet tania.

Głośno?

Powiedziałbym, że jak na tego typu miejsce, to zupełnie standardowo. Nie ma tych wszędobylskich handlarzy torebkami, okularami i innym badziewiem, co znowu było nagminne w Barcelonie, Rzymie czy Paryżu. Nikt nie nawołuje, Włosi uprzejmi – czy to w sklepach, hotelach, restauracjach czy też na ulicy. Nie ma ruchu ulicznego, więc to dodatkowo kilkadziesiąt decybeli w dół. Naprawdę przyjemnie. Faktem jest, że Wenecja uaktywnia się wieczorową porą i słychać ten „gwar” typowy dla ulicznych restauracji i kafejek, ale to akurat uznałbym za typowy klimat takiego miejsca.

I jeszcze kwestia czystości.

Poza tym, że od czasu do czasu mocniej zawieje, przez co wiele rzeczy z koszy czy stolików wyląduje na chodnikach, to tutaj generalnie jest bardzo czysto. Nie to co w zasyfiałym na każdym kroku Rzymie, czy mniej brudnym, ale jednak, Paryżu. A jak już ktoś wybierze się na sąsiadującą wyspę Burano, to już w ogóle zaskoczy się pozytywnie, jak to jednak Włosi potrafią zadbać o miejsce, w którym mieszkają (zdjęcia znajdziecie w relacji z pobytu w Wenecji).

Tak więc sprostowałem chyba wszystko. A nie – jeszcze kwestia przereklamowania Wenecji. Nie jest! Wenecja zdecydowanie nie jest przereklamowanym miejscem. Tu jest pięknie i cudownie. Można pozwiedzać i dosłownie się zrelaksować. To miasto, do którego chce się wracać i na pewno nie raz jeszcze w życiu to uczynię. Wenecja jest wspaniała pod wieloma względami i z czystym sumieniem muszę przyznać jedno – na mojej liście miast wartych zobaczenia, wskoczyła właśnie na pierwsze miejsce, zrównując się tym samym z Budapesztem (a to naprawdę wyczyn), który dumnie trzymał się tej pozycji przez rok. Nie odważę się napisać, że Budapeszt został zdegradowany – po prostu obydwa ex aequo zajmują pierwsze miejsce. Wenecja wygrywa klimatem, Budapeszt zaś całokształtem (realcja z pobytu w poście "Spacerem po Budapeszcie").

Oczywiście lista ta dotyczy tylko miast spoza Polski i odwiedzanych w formie dłuższych weekendów, a więc nie biorę pod uwagę naszych pięknych polskich regionów, ani też żadnych lokalizacji zwiedzanych podczas wycieczek objazdowych na innych kontynentach (bo tutaj Taxco w Meksyku też zrobiłoby furorę - zdjęcia w relacji z pobytu w Meksyku).

Mity rozwiane. Kolejny przykład, żeby nie sugerować się opiniami innych, tylko sprawdzić coś na własnej skórze. Czym innym subiektywna ocena, a czym innym rzeczowe informacje. ;)

Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#Labranda Bahia de Lobos#Janusz Filipiak#konkwista#lemingi#tajlandia#kolacja#colin firth#ultrabook#spa#archiwizacja#objazdówka#pro progressio#decyzje#emigracja#netbook#polska#restauracja#Kuba#kolacja na plaży#rekrutacja