Restauracja Bałkański Kocioł – kilka słów pochwały

08 Czerwiec
2016

Restauracja Bałkański Kocioł – kilka słów pochwały

W zeszłym tygodniu miałem przyjemność zjeść kolację w Bałkańskim Kotle. Mieć przyjemność jest tutaj bardzo właściwym stwierdzeniem. Zanim jednak się rozpiszę, przydałoby się słowo wstępu, jak się tam znalazłem. Otóż, pewien czas temu postanowiłem sobie, że raz w miesiącu będę zabierał swoją Narzeczoną do nowej knajpy, aby testować jakieś regionalne jedzenie.

Pomysł ten narodził się w po wizycie w Tajlandii, kiedy to podczas jednej z rozmów ze znajomymi, których tam poznaliśmy, chcieliśmy umówić się z nimi na kolację na mieście, aby powspominać wspólnie wyjazd. Doszło wtedy do mnie, że tak właściwie, to nie za bardzo mam orientację, co do gastronomicznej mapy Warszawy. Dotychczasowe moje wyjścia ograniczały się do kilku miejsc, typu Dziki Ryż, Dom Polski, Stary Dom, Galeon, kilku knajp Sushi (ach, jak ja uwielbiam sushi!) i jakichś tam jeszcze, których niekoniecznie, jak widać, zapamiętałem. I to wszystko. Jak więc przyszła pora na umawianie spotkania, to właściwie zabrakło mi pomysłów, które miejsce można by zaproponować na wspólne wyjście. Trochę głupio.

To był moment olśnienia, jeśli chodzi o zasób posiadanych przeze mnie informacji z tego zakresu – a właściwie ich braku. Postanowiłem to nadrobić, a przy okazji zrobić przyjemność mojej drugiej połówce, i od czerwca wyznaczyłem sobie cel, o którym napisałem na początku tego postu.

Pierwszy na listę trafił właśnie Bałkański Kocioł, mieszczący się na Ursynowie. Można by rzec, że zupełnie losowo, aczkolwiek jakoś kuchnia z tamtego rejonu świata, od dłuższego czasu chodziła nam po głowie. Może przez sentyment do „Małej Serbii” - restauracji prowadzonej kilka lat temu przez znajomych, gdzie miałem okazję dość często zajadać się naprawdę wyśmienitą kuchnią Serbską. A może przez pamięć do kuchni Chorwackiej, którą kilkukrotnie kosztowałem lokalnie, będąc w Pacostane i opływając malownicze wyspy Kornati. Nie wiem. Właściwie to nieistotne. Istotne jest to, że wylądowaliśmy w Bałkańskim Kotle, gdzie rozpoczęła się nasza przygoda testowania smaków świata w stolicy Polski.

Pierwsze wrażenie wywrzeć można tylko raz

W Bałkańskim Kotle o tym wiedzą, co można było odczuć już w czasie telefonicznej rezerwacji stolika. Sprawnie, rzetelnie, bez straty czasu i przede wszystkim miło. Wszystkie informacje, które chciałem uzyskać – uzyskałem, dzięki czemu po przyjściu na miejsce nic mnie nie zaskoczyło. Do restauracji zawitaliśmy na 19, dobrej porze na „późny” obiad lub wczesną kolację. Ku mojemu zdziwieniu lokal był pełny, tj. wszystkie stoliki zajęte lub oznaczone jako zarezerwowane, co raczej należy odbierać jako dobry sygnał, jeśli chodzi o jakość serwowanej kuchni.

Przywitała nas bardzo miła obsługa w postaci obrotnej, sympatycznej i wciąż uśmiechniętej Pani o włosach blond, która jak na moją obserwację, albo była blisko spokrewniona z właścicielami tej restauracji, albo musiała wyjątkowo kochać swoją pracę. Inaczej nie potrafiłbym wytłumaczyć takiego zaangażowania, znajomości karty menu (i tego co jest poza nią), możliwości kucharzy i sposobu obsługi. Ciężko wszystko teraz przytoczyć i opisać, ale z podobną obsługą nie spotkałem się w innych, znacznie bardziej snobistycznych i „wykwintnych” miejscach.

Stolik oczywiście czekał, taki jak chciałem i tam gdzie chciałem. Ani przez moment nie odczuliśmy braku obsługi, ale też i tego sztucznego wymuszonego zainteresowania, które tak popularne jest w wielu, szczególnie sieciowych, knajpach. Tego dnia jakoś wyjątkowo głodni nie byliśmy, więc stwierdziliśmy, że poprzestaniemy na jednym daniu – ewentualnie z deserem. Jak już pisałem, moim celem jest poznawanie nowych smaków, więc bez zbędnego przeszukiwania karty menu zapytałem, co polecają jako swój specjał.

Czas na jedzenie!

Padło na Cimcirimcim. A przynajmniej tak na początku zrozumiałem. Za drugim jednak razem mój słuch już nieco lepiej wychwycił nazwę i okazało się, że chodzi o Ćevapčići, czyli o grillowane kotleciki z siekanej baraniny z dodatkami. Drugą propozycją był Gurmanski ćevap. Też siekana baranina, ale że była to opcja na ostro, to podziękowałem – szczególnie, że na zewnątrz upalnie.

Moja wybranka poszła nieco na łatwiznę i zamówiła sałatkę Vegetarijanska od mladog spanaća. Chciała inną – jakąś kombinację z grecką (bo z kurczakiem), ale niestety z uwagi na zmiany w karcie menu, nie była ona dostępna. Smutna wiadomość na początek wizyty w restauracji, bo jednak ochota na mięso przy okazji tej sałatki była. Ten stan emocjonalny nie trwał jednak długo, bo… wspomniana wcześniej Pani z obsługi sama z siebie, bez naszych pytań i sugestii porozmawiała z kucharzami i zaproponowała, że wzbogacą wybraną sałatkę grillowanym kurczakiem. I tak oto zbezcześciliśmy wegetariańską potrawę kawałkami dobrze wysmażonego mięsa.

Ale co to za sałatka! Żebym ja – człowiek, który nienawidzi szpinaku, wyjadał jego liście z cudzego talerza? Tam było wszystko idealne. Wysmażenie kurczaka, świeżość warzyw, idealne proporcje każdego ze składników i ten dressing. Sos balsamiczno-miodowy. Majstersztyk!

Wróćmy jeszcze na chwilę do mojego dania. Wiem po nim jedno – baranina to jednak nie mój klimat. Kiedyś, jak jadłem ją po raz pierwszy, myślałem, że po prostu nie trafiłem na dobrze zrobioną potrawę, ale to jednak taki smak i typ mięsa. Ćevapčići, było bardzo dobre – i ładnie zrobione, i ładnie podane, i ładnie wysmażone i wszystko fajnie – ale jednak to nie mój smak. Nie kwestia złego przygotowania przez kucharzy, tylko po prostu moich kubków smakowych. Tak czy inaczej danie zacne (mojej Narzeczonej smakowało, więc to ewidentnie kwestia gustu), a dodatek jaki do niego sobie domówiłem, tj. kaszę bulgur z grillowanymi warzywami i suszonymi pomidorami, idealnie nadrobił „nie mój” smak mięsa. Następnym razem na Bałkanach zamówię po prostu coś innego – chociażby tę sałatkę wzbogaconą kurczakiem z boskim dressingiem.

Właśnie sobie przypomniałem dwie potrawy, którymi zajadałem się w „Małej Serbii”. Mózg jest niesamowity i potrafi wydobyć ze swoich zakamarków naprawdę wszystko, jeśli tylko użyje się dobrego katalizatora. Jedna z tych potraw to sałatka Szopska, a druga… nie pamiętam nazwy, ale była to grillowana pierś z kurczaka zawinięta w boczek z zapiekanym w środku serem. Eh. Co to był za smak. Aż się rozmarzyłem. Niestety nie wypatrzyłem tych potraw w menu Bałkańskiego Kotła – być może dlatego, że prawie go nie przeglądałem. ;)

Tyle, jeśli chodzi o pierwszą relację z poznawania smaków Warszawy. Na zdjęciu właśnie moje Ćevapčići – tylko jedno ujęcie, bo z tego całego zamieszania zapomniałem, że wypadałoby zrobić coś więcej. I przede wszystkim lepiej, a nie tak na szybko – po pierwszych kęsach. Tak czy inaczej muszę się jeszcze do nich odezwać, aby poznać nazwę wina, które zaproponowali nam spoza karty. Białe, półsłodkie, pyszne. Koniecznie muszę zasilić swój barek kilkoma butelkami tego trunku.

Hvala!

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#muay thai#travel service#Jozani Park#wschód słońca#Russel Crowe#kizimkazi#piotr kamiński#lemingi#komedia#archiwizacja danych#I Amsterdam City Card#zarządzanie#stewardessa#bieganie#marzenia#obsługa klienta#mentalność#Buenos Dias Cuba#kilimandżaro#Comarch