Płać mi i nie myśl – w końcu jestem coachem

07 Kwiecień
2015

Płać mi i nie myśl – w końcu jestem coachem

Nie planowałem tego wpisu, ale po przesłuchaniu sporej liczby audiobooków, przejrzeniu relacji z kilku różnych konferencji oraz uczestnictwie w paru seminariach zmieniłem zdanie. Zmieniłem zdanie, bo nieco się załamałem. Chociaż „załamałem się” to niekoniecznie dobre określenie w tym przypadku – lepszym będzie „niepozytywnie się zaskoczyłem”.

Ostatnio jest jakiś dziwny trend, że każdy chce być coachem – to takie fajne, modne, trendy, glamour i w ogóle sexy. Skoro na zachodzie popularne, to i w Polsce każdy się za to łapie. Specjalnie piszę „każdy”, bo nie potrzeba do tego żadnych przygotowań, certyfikatów, czy czegokolwiek. Ot, tak po prostu – nazwać siebie cachem czy mentorem i prowadzić szkolenia, seminaria i konferencje z motywacji…

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mówią nic nowego, tylko kopiują i powielają ćwiczenia, teksty i nawet ekspresję swoich zachodnich idoli, przez co więcej może być z tego krzywdy niż pożytku. To taka sama krzywda jak skorzystać z porad trenera na siłowni czy dietetyka, który wszystko co przekazuje, pozyskał jedynie z książek czy internetu i stara się wykreować z siebie eksperta. Ale jednak z tymi coachami jest chyba nawet gorzej, bo mydlą w głowie tym, czego sami nie rozumieją, nie stosują się do tego, czy po prostu w to nie wierzą. Po samozwańczym dietetyku czy trenerze większość problemów będzie można naprawić, a po złym coachu już niekoniecznie, jak wmówi coś komuś o nieco słabszej psychice.

To przykre. Przykre, bo to widać i słychać w każdym napisanym czy wypowiedzianym zdaniu, w każdym geście czy innym zachowaniu – a to najgorsze świadectwo wykonywanej przez siebie pracy. Więcej tu mitomanów, niż faktycznych coachów z jakimkolwiek sensownym doświadczeniem życiowym.

Oczywiście nie dotyczy to wszystkich. Jest kilku, którzy robią to dobrze i nie kserują bezmyślnie innych. Ci, którzy widać, że mają do tego predyspozycje, robią to z pasją, od serca i wnoszą coś od siebie. Ci, którzy poza czerpaniem z tego jedynie korzyści finansowych, faktycznie chcą pomóc innym, zmotywować ich do realizacji marzeń, osiągnięcia własnych celów czy po prostu wzmocnić ich pewność siebie. Ci, którzy poza wydaną książką czy przeprowadzonym szkoleniem pokażą, że zależy im na drugim człowieku odpowiadając na jakieś pytanie, a nie odwrócą się tyłem zapraszając na kolejny kurs czy zaproponują zniżkę na swoje książki. I wreszcie Ci, którzy dokładnie rozumieją wypowiedziane przez Erina Majorsa słowa „świeca nic nie traci, kiedy zapala następną świecę”.

Przeglądałem ostatnio listę pozycji w jednym z wydawnictw specjalizujących się tematyce coachingu, mentoringu i tym podobnych, i oto co zobaczyłem – książki oraz audiobooki w stylu: „jak osiągnąć sukces”, „jak zostać milionerem”, „jak zmienić swoje życie”, „jak osiągnąć niezależność finansową” itp. napisane przez polskich dwudziestokilkulatków, o których nikt nigdy nie słyszał, nie widział, a w ich bio nie ma nic, co by mogło uprawniać ich do dawania takich rad. Ot standardowa piękna fotka na okładce ładnie uczesanego gościa w marynarce plus zapożyczony mądry cytat. Gościa, który chce nam pomóc zmienić nasze życie udzielając rad, do których sam raczej się nie stosuje, bo gdyby tak było, to nie sprzedawałby swoich książek za 5 czy 7 zł lub w ogóle w cenie wysyłki…

I przegląda się te spisy treści, kartkuje strony, ogląda relacje na youtube czy facebooku i widzi się wszędzie to samo – wypociny kogoś, kto po swojemu chce Ci przekazać „jesteś zwycięzcą” z taką charyzmą, jakby dopiero co skończył kurs na duchownego. Słodkie pitu pitu, kilka zagrywek NLP, kilka zdań na temat tego czego jesteś wart i koniec. Kasa na książkę, kurs, konferencję czy seminarium poszła i po temacie.

Ale rozumiem. Jest popyt, jest i podaż. Prawa rynku – biznes. Ludzie lubią i chcą być motywowani. Potrzebują tego. To jasne. Ale chyba jeszcze bardziej chcą być manipulowani. Oczekują, że ktoś im powie co i jak mają zrobić, ile są warci itede itepe. Chcą tego z dwóch powodów – po pierwsze zwalnia to z samodzielnego myślenia i odpowiedzialności, a po drugie – tak jest po prostu łatwiej. Nakręcają się tym co przeczytali oraz usłyszeli i nic z tym dalej nie robią, albo jeszcze gorzej – robią aż za bardzo. Przewracają całe swoje życie w jednym momencie o 180 stopni, bo ktoś im wmówił co i jak powinni zrobić, niekoniecznie tłumacząc dlaczego.

Ot taki przykład.

Ostatnio widziałem jakiś kilkuminutowy urywek z jednego seminarium, gdzie prowadzący w dość ekspresyjny sposób tłumaczył słuchaczom, że od dzisiaj powinni wziąć sprawy w swoje ręce i po prostu ostro zapieprzać, aby osiągnąć postawione sobie cele. Dotąd jest ok, zgadzam się – bo i dobry przekaz, i tematyka, i przede wszystkim własny pomysł na seminarium. Ale jakie było tłumaczenie tej rady? Otóż takie, że nigdy nie wiadomo, kiedy walnie w nas samochód czy coś innego i umrzemy, nie „spełniając się” do tego czasu. Być może będzie to jutro, być może za rok, więc zapieprzajmy teraz ile wlezie, aby jak najwięcej zrobić.

Hmm? WTF?

Logicznym pytaniem, które nasuwa się w chwili obecnej jest „po co w ogóle zapieprzać, skoro już jutro może walnąć mnie samochód?”.

I to jest jak najbardziej mądre i na miejscu pytanie. Co to w ogóle za argumentacja, skoro od razu mamy tak negatywnie pokazany kres naszej egzystencji? To ja już wolę opcję „skoro nie wiadomo kiedy skończy Ci się życie, to korzystaj z niego jak najlepiej i baw się na całego – po co tracić czas, kasę i energię na zapieprzanie” – od razu przyjemniej. I cel, i optymizm i zadowolenie.

Rzecz w tym, że pewnie większość z uczestników tego seminarium tego tak nie odebrała. Nie zadała sobie podobnego pytania i ślepo stwierdziła, że od dzisiaj będę zapieprzać aby zrealizować postawione sobie cele.

Tylko po co, skoro już jutro może walnąć mnie samochód?

Czy lepiej mi się umrze w takim wypadku wiedząc, że się nie spełniłem? Otóż nie, bo… nie będę tego w ogóle świadomy? Tak więc lepiej już żyć z nastawieniem, że dzisiejszy dzień może być moim ostatnim i wykorzystać go jak najlepiej.

A jak? To już zależy od każdego z Was: zapieprzaj, kochaj, odpoczywaj, spędzaj go z rodziną lub przyjaciółmi – jak tylko chcesz, ale po swojemu! Byleby tak, byś nie miał wyrzutów sumienia wobec siebie i nie obarczał winą innych za swoje wybory i życie.

Jeszcze jeden przykład, tym razem z zeszłego roku, który w znacznym stopniu powinien zobrazować i podsumować wszystko, o czym tutaj napisałem. Wybrałem się z ciekawości na seminarium „Myśleć jak Milionerzy”. Kosztowało mnie to chyba niecałe 100 zł za pełne dwa dni paneli. Z rożnych powodów przemilczę większość prelekcji – tak będzie lepiej. Dodam jedynie, że dobrze, że miałem laptopa.

Oczywiście, jak to już jest przy moim podejściu do życia, podjętej decyzji oraz wydanej gotówki nie żałuję. Wiele się za to nauczyłem, ale w tym przypadku bardziej w kategoriach „czego i jak nie robić” oraz jak bardzo odbiega pewność siebie prowadzących oraz posiadana przez nich wiedza, od tego jak jest faktycznie… Widać stosowali się do rady: rób swoje i nie zwracaj uwagi na opinie innych, z tymże tutaj chyba jednak powinni zwrócić – skoro brali za to pieniądze…

OK, ale przykład.

Był jakiś jeden wykład z motywacji. Nie pamiętam kto go prowadził, ale pamiętam, że chwalił się czego to on w życiu nie osiągnął oraz, że siedzi w tym biznesie od ponad 10 lat. I co? I to, że zaraz po rozpoczęciu zajęć wywala wszędzie już oklepaną tezę o strefie komfortu, o wychodzeniu z niej i każe uczestnikom napisać na kartkach ich najbardziej skryty sekret, którym do tej pory z nikim się nie podzielili. Następnie każe podzielić się tym sekretem z sąsiadem, który siedzi obok niego.

Rany……… No jak to? Jak można zaczynać zajęcia tego typu, z takimi odbiorcami od takiej petardy. No jak? Zrobił to jeszcze tak książkowo, że zastanawiałem się, czy przypadkiem nie miał do tego wydrukowanej checklisty. Ale ludzie w to weszli. Poszli równo. Lepsze niż spowiedź, skoro to był najskrytszy sekret, którego do tej pory nikomu nie zdradzili… Nie wiem jak to skomentować.

I tak przez 45 minut (tak – wytrzymałem do końca i uczyłem się na cudzych błędach) zrobił jeszcze kilka takich książkowych ćwiczonek, po czym palnął, aby wszyscy z sali napisali na kartkach swoje największe marzenie. Następnie dopisali przy nim swój adres email i przekazali mu wychodząc z sali. On dopisze ich do swojej listy mailingowej i wśród tych, którzy taką kartkę przekażą wylosuje bezpłatne godzinne szkolenie przez skype (szkolenie! nie rozmowę), podczas którego doradzi co ta osoba ma zrobić, aby spełnić marzenie zapisane na kartce.

OMG!

I ludzie to łykali. Brali równo jak złoto z Amber Gold, zaślepieni tym darmowym „szkoleniem”. I co z tego, że prawo naruszone w co najmniej dwóch miejscach (zbieranie danych do listy mailingowej bez przedstawienia i akceptacji jakiegokolwiek regulaminu oraz informacja o przyznaniu nagrody drogą losową bez powołania komisji) – kilkuset ludzi (wyglądali na w miarę ogarniętych intelektualnie) ślepo, bez przemyślenia podawało swoje dane wizją taniej, mało znaczącej porady.

Aż się zastanawiałem, czy nie napisać i przekazać marzenia w postaci „chciałbym aby wyrosły mi skrzydła” (bo przypomnę, że uczestnicy mieli napisać największe marzenie, a nie cel). Ciekawe co bym usłyszał na godzinnym szkoleniu przez skype, co mogłoby przybliżyć mnie do jego zrealizowania.

Tak więc po tym szkoleniu nauczyłem się naprawdę wiele. Wiem już co kryje się za tytułem „Myśleć jak Milionerzy”. Na tym jednym przykładowym wykładzie miałem zademonstrowaną teorię z praktyką. Pokazali mi, jak w ciągu 45 minut pozyskać adresy mailowe kilkuset osób, którzy na dodatek są bardzo podatni na manipulację, chcą być, do tego niekoniecznie myślą logicznie i jeszcze sami za to wszystko zapłacili. Wiedza warta milion za jedyne 100 zł. :)

Zatem na koniec i w 100% w opozycji do tematu:

Nie jestem coachem.

Nie musisz mi za nic teraz płacić.

Ale myśl.

Miej zawsze otwarty umysł i myśl. Przyjmij do wiadomości, to co mówią Ci inni, ale sam wyrób sobie zadanie na dany temat. Nie wierz ślepo i nie brnij w to co usłyszysz, tylko przemyśl, przeanalizuj i wyciągnij wnioski. To jest kluczowy składnik do podjęcia prawidłowych decyzji i osiągnięcia, zdefiniowanego przez Ciebie samego, sukcesu.

 

Dziękuję, jeśli doczytałeś.

Dziękuję jeszcze bardziej, jeśli zrozumiałeś.

Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#pierwsza praca#społeczeństwo#odpływ#uzależnienie#tomek tomczyk#Jan Kulczyk#Fuerteventura#branża#kredyt#Syria#coaching#plaza#polska#outsourcing#bok#zus#kurs walut#bieganie#james bond#hammam