Pierwsze wrażenia z Hawany, Malecon, Plac Rewolucji i Ambos Mundos Hotel

06 Maj
2019

Pierwsze wrażenia z Hawany, Malecon, Plac Rewolucji i Ambos Mundos Hotel

To jest część pełnej relacji. Początek tutaj.

 

Zaskoczeni pogodą

Dzisiaj wstałem bez budzika około 7.00. Zmiana czasu zrobiła swoje i od 5 nad ranem już bardziej drzemałem i przekręcałem się z boku na bok, niż spałem twardym snem. W Polsce jest teraz 13.00, stąd zachowanie zegara biologicznego jest całkowicie naturalne. Jet Lag w czystej postaci. Dodatkowo silny wiatr i ciągłe rozbijanie się fal o hotelowy falochron również nie wpłynęło na dobry sen. Mam nadzieję, że kolejnej nocy będzie już lepiej.

Po odsłonięciu okien z przykrością stwierdziłem, że poranek jeszcze do końca nie nastał. Szaro, buro i… mokro. Widać, że w nocy sporo padało, bo teren hotelu pokryty jest kałużami. Właściwie to cały czas coś kropi. Jako, że na zwiedzanie Hawany mieliśmy wyjechać dopiero o 9.00, postanowiliśmy od razu pójść na śniadanie, a dopiero później jakoś bardziej się ogarnąć, szczególnie, że dalej nie wiedzieliśmy jaka faktycznie jest pogoda. Był plan i była realizacja. Minęło może pół godziny i już siedzieliśmy przy stoliku w hotelowej restauracji z namiastką śniadania na talerzu.

Niestety, ale podróże po innych krajach za bardzo nas rozpieściły i jedzenie w tym hotelu, jak dla nas, jest mocno ubogie (ale to podobno też uroki Kuby). Udało mi się zdobyć omleta, znalazłem też jajka, trochę wędliny, sera oraz bułki i przysiadłem do jedzenia. Bernatka wyczytała gdzieś w opiniach w internecie, że na Kubie mają problem z herbatą, a dokładniej, że trudniej ją dostać. Przewodniczka wczoraj mówiła to samo, toteż (i całe szczęście) moja luba zabrała trochę herbaty z domu, którą zaparzyliśmy sobie we wrzątku nalanego z automatu stojącego przy stanowisku z omletami. Nie wyobrażam sobie śniadania bez herbaty. (taka rada – lubicie herbatę, a wybieracie się na objazdówkę, to lepiej weźcie jakąś ze sobą).

Wychodząc ze stołówki spotkaliśmy Monikę, która wręczyła nam program wycieczki oraz informację o miejscach w autokarze i numerze ubezpieczenia. Zerknąłem szybko na program i właściwie to niczym nie różnił się od tego z załącznika do umowy, a to dobra informacja, bo obędzie się raczej bez niespodzianek. Z tego wszystkiego cały czas nie wiedzieliśmy jaka jest pogoda, bo w całym hotelu klima, fale na falochronie rozbijały się tworząc kilkumetrowe rozbryzgi, a na oknach i kałużach wciąż widoczne były krople deszczu. Bernatka przerażona, że nie ma na taką sytuację ciuchów – w końcu zabraliśmy rzeczy na bezdeszczowe minimum +25 stopni, a tu zupełnie odwrotnie. Poszliśmy więc do wyjścia w kierunku falochronu i już po otwarciu drzwi zdaliśmy sobie sprawę, że temperatura na pewno nie będzie tutaj problemem. Było już dość widno i sporo powyżej 20 stopni, tylko klimatyzacja w hotelu oraz przyciemniane okna dawały wrażenie, że jest zimno i ponuro. A tak naprawdę było super i gdyby nie deszcz, to zapowiadała się idealna pogoda do zwiedzania.

Wróciliśmy zatem do pokoju, aby przebrać się odpowiednio do warunków na całodniowe zwiedzanie Hawany, po czym skierowaliśmy się do lobby, gdzie czekała już znaczna większość uczestników wycieczki. Autokar podjechał nieco wcześniej, więc nie tracąc czasu poszliśmy zająć w nim przydzielone wcześniej miejsca. Okazało się, że są jakieś niewielkie przesunięcia z uwagi na inną numerację siedzeń niż w innym busie i co poniektórzy nie mogli poradzić sobie z tym wyzwaniem, które wymagało jedynie przesunięcia się o jedno miejsce względem tych napisanych na kartce. Na szczęście nasza część autokaru nie miała z tym problemu i wszyscy szybko się dogadali, co automatyczne ułatwiło poznanie niektórych, nowych towarzyszy podróży.

Ruszyliśmy o 9.10, czyli z niewielkim opóźnieniem w stosunku do planu. Monika wpadła już w swój trans opowiadania ze specyficzną dla niej ekspresją, którą nie wiem czy bym długo wytrzymał, siedząc w jednym z pierwszych miejsc.

Malecon i spotkanie z klasykami

Niespełna 20 minut od wyjazdu spod hotelu dojechaliśmy na plac pod Hotelem Narodowym w Hawanie. Chcieliśmy od razu wyjść z autokaru, ale niestety nie mogliśmy. Nie dlatego, że zakaz czy coś w tym rodzaju, ale dlatego, że Monika nie skończyła jeszcze swojego wątku, czy też wątków, bo przeskoki między przekazywanymi przez nią informacjami są czasem tak skrajne, że trzeba przyswajać wiadomości w kilku zakresach na raz. Ale trzeba przyznać, że przynajmniej nie jest nudno i coś się dzieje. Udało się skończyć po kilku minutach.

Hotel Nacional de Cuba

Ucieszyłem się, bo byliśmy w miejscu, które dość często pokazywane jest w filmach czy teledyskach, które dotyczą Hawany, a mianowicie przy słynnym deptaku i falochronie Malecon. Ci, którzy oglądali ósmą część Szybkich i Wściekłych i kojarzą pierwszą scenę z filmu, doskonale będą wiedzieć, o którym miejscu piszę. Mieliśmy tutaj tylko 15 minut czasu wolnego na zdjęcia. Jak już zapewne się domyślacie dla mnie to za mało, szczególnie, że zaparkowaliśmy wśród starych amerykańskich samochodów, które stanowią pewnego rodzaju symbol Kuby i jej zatrzymania się w czasie. No cóż, jakoś trzeba sobie radzić, więc skierowaliśmy się z Bernatką w przeciwnym kierunku niż większość wycieczki, aby ograniczyć do minimum niepotrzebne elementy w kadrach.

1/4 mili w doskonałych warunkach..

15 minut minęło ekspresowo, ale większość tego co chciałem udało mi się sfotografować. Czekając jeszcze na kogoś, skorzystałem z okazji i złapałem w kadr auta stojące przy autokarze. Pierwsze amerykańskie klasyki złapane na Kubie i to już po kilkunastu minutach. Dobry znak!

Amerykańskie klasyki, gdzie by nie patrzeć

Żółty czy różowy? Tak.

Pierwsza randka z Hawaną - Plac Rewolucji i centralna część miasta

Pojechaliśmy dalej w kierunku Placu Rewolucji mijając po drodze ambasadę Polski. Tym razem dostaliśmy skompresowaną historię Kuby i tego co się działo na wspomnianym placu. Po porannej pogodzie nie było już śladu – dla odmiany zrobiło się gorąco i to w nieosłoniętym żadnymi chmurami słońcu. Monika ponownie zablokowała nas w autobusie na jakieś 10 minut kończąc opowiadanie o poszczególnych ministerstwach i budynkach, które tutaj stoją, a także o osobach i ich wpływie na historię Kuby, tj. Che Gevara, Janie Pawle II oraz oczywiście o Fidelu Castro i jego bracie Raulu.

Wysypaliśmy się jak mrówki z autokaru wśród innych zaparkowanych pojazdów. Na placu na szczęście było stosunkowo niewiele osób, więc nie było większych problemów ze zdjęciami. Bernatka zabrała ze sobą kijek do selfie oraz swojego Galaxy A5, ja zaś oczywiście mojego kochanego Canona 5D z uniwersalnym na takie sytuacje obiektywem 24-105mm. Plac bardzo duży, więc żeby zrobić zdjęcie każdego z obiektów, musieliśmy sporo się nachodzić. Oczywiście 15 minut czasu wolnego, to zdecydowanie za mało i oczywiście do autokaru wróciliśmy prawie ostatni. Prawie, bo ktoś się gdzieś zagubił i czekaliśmy na niego kilka dobrych (cennych) minut, które można było poświęcić na jeszcze kilka zdjęć.

Cześć Che!

Nie da się nie zobaczyć

Ta budowla robi wrażenie

Zaledwie 20 minut później dojechaliśmy do centralnej części Hawany, z budynkiem, który miał być kapitolem, a przeznaczyli go na ministerstwo środowiska (czy ekologii – nie nadążałem za mnogością przekazywanych informacji), z nową galerią handlową, którą otworzyli niespełna rok temu, budynkiem kubańskiego baletu, a także placem, na którym zaparkowanych jest mnóstwo kubańskich taksówek – oczywiście amerykańskich klasyków, które zawsze kojarzyć mi się będą z filmem Grease.

Centrum Hawany

Wspomniany Kapitol

Przyznam szczerze, że wybierając się na Kubę myślałem, że tych starych aut jest tutaj niewiele i pokazywane są tylko w katalogach turystycznych, wybranych kadrach filmów dokumentalnych, czy na zdjęciach osób, które zapłaciły komuś, aby móc sobie przy takim aucie zrobić fotkę. A to nie tak. Te auta tutaj są wszędzie. Nie stoją tylko w jednym miejscu czekając na zdjęcie, ale poruszają się tak samo jak u nas Fabie, Yarisy czy Fiaty Panda. Mniej czy bardziej zniszczone, klasyczne lub nieco podtuningowane – ale są wszędzie i mają się dobrze. Cudowny widok dla oczu.

I tak na każdych światłach...

Gdzie nie spojrzeć

tam piękne amerykańskie klasyki.

Piękne widoki, choć nie krajobrazy ;)

Blisko godzina czasu wolnego była w sam raz na to miejsce, jak na pierwszą randkę z Hawaną. Jeszcze za bardzo się nie poznaliśmy, więc nie wolno się spieszyć. Pacito, pacito. Przeszliśmy się uliczką La Rafael, bo dostaliśmy cynk, że w tym miejscu najprawdopodobniej kupimy gdzieś wodę (była – 2,5$ za 1,5 litra). Bernatka oczywiście wypatrzyła już sklepy Adidasa i Pumy – nie taki zacofany ten kraj, jak go opisują. Ja dalej starałem się wyłapywać ciekawe kadry, ale prawda jest taka, że tutaj wszędzie jest ciekawie. Ząb czasu nadgryzł dosłownie każdy element tego miasta, pozostawiając je tak, aż do dzisiaj. I to jest ten element wyjątkowości Kuby, który jeszcze w chwili obecnej możemy poczuć i zobaczyć. Jak długo – to się okaże.

Urokliwe uliczki Hawany

Uwaga, backstage!

I finalny kadr!

Fort Morro i wyścig z czasem

Wybiła 12.00 i to był moment, kiedy pojechaliśmy w kierunku Fortu Morro, którego zadaniem było strzeżenie portu na Hawanie. Super miejsce, szczególnie dla osób lubiących forty, twierdze i zamczyska – a jak już kiedyś o tym pisałem, ja do takich należę. Niestety mój nastrój popsuła nieco informacja, że tutaj również będziemy mieli tylko 15-20 minut czasu wolnego, a dodatkowo nie będziemy wchodzić na teren twierdzy, a jedynie poruszać się po jej obrzeżach… Zła wiadomość. Skąd ta decyzja? – nie mam pojęcia, ale obserwując dotychczasowe zachowanie zdecydowanej większości uczestników tej wycieczki, najchętniej zwiedzaliby wszystko z autokaru i czym prędzej do niego wracali – albo w ogóle do hotelu. Po co zatem wybierać wycieczkę objazdową, jak za każdym razem kiedy tylko gdzieś się wyjdzie od razu chcą wracać? Eh… Na poprzednich wyjazdach, poza nielicznymi wyjątkami, było inaczej…

Fort Morro wita!

Jeszcze rzut oka na Hawanę

I najbardziej popularne obrazki z Kuby

Stwierdziliśmy z Bernatką, że w ofercie biur podróży powinien być jeszcze podział na „aktywnych” i „zwiedzających z autokaru”, gdzie w programie byłoby napisane ile czasu spędza się w danym miejscu – zarówno z pilotem, jak i w postaci czasu wolnego. Zauważyłem, że niektórzy tego nie ogarniają i po prostu nie potrafią się odnaleźć, jak pozostawia się ich samych sobie. Siadają wtedy gdzieś w kącie, albo przylepiają się do pilota i chodzą za nim krok w krok. Mam nadzieję, że moje relacje z wycieczek objazdowych zobrazują nieco bardziej ich programy i pokażą ile faktycznie czasu spędza się w danym miejscu i czego można się po tym spodziewać.

Ambos Mundos Hotel – czyli kwatera Ernesta Hemigwaya

O 13.10 dojechaliśmy w rejony portu San Francisco w Hawanie, gdzie po opuszczeniu autokaru dalej udaliśmy się już piechotą. Kilkunastominutowy postój zrobiliśmy przy kościele św. Franciszka, po czym skierowaliśmy się do słynnego hotelu Ambos Mundos, w którym swego czasu, w pokoju 511 mieszkał Ernest Hemingway. Hotel ciekawy, wdzięczny do robienia zdjęć zarówno wewnątrz, jak i z zewnątrz i na zewnątrz.

Plac św. Franciszka

No jakiś monument musiałem wstawić

Plac św. Franciszka od drugiej strony

A służby mundurowe na Kubie prezentują się następująco...

Muszę przyznać, że złożyło się bardzo ciekawie, bo lunch mieliśmy na tarasie mieszczącym się na dachu tego właśnie hotelu. Zaserwowali nam go o godzinie 14.00. Każdy otrzymał mohito (a cóżby innego?), a do wyboru na danie główne była langusta i jakaś ich lokalna potrawa z wołowiny. Ja wybrałem tę pierwszą, Bernatka tę drugą. Nowo poznani towarzysze siedzący z nami przy stoliku zaczęli opowiadać o innych swoich podróżach i gorąco polecili nam wyjazd do Jerozolimy połączony z Egiptem oraz „Cesarskie Miasta”, tj. objazdówkę po Maroko. My w zamian podzieliliśmy się opinią na temat Wielkiej Konkwisty, Baśniowej Tajlandii oraz Zanzibaru, podając adres do bloga, gdzie będą mogli zapoznać się ze szczegółami. Zapytali się czy podobnie zrelacjonuję Buenos Dias Cuba… No ba, oczywiście!

Restauracja na dachu Hotelu Ambos Mundos

No cześć! ;)

Muzyka life zawsze mile widziana

Lunch za 20 USD prezentuje się następująco

Widok z dachu na okolicę

A wielkie wycieczkowce parkują tutaj następująco...

Lunch skończyliśmy o 15.15, po czym mieliśmy godzinę czasu wolnego. Zrobiliśmy kilka zdjęć na tarasie i wybraliśmy się na zwiedzanie hotelu. W pierwszej kolejności odwiedziliśmy piąte piętro, na którym znajdował się pokój Ernesta Hemingwaya, a następnie poszliśmy na pierwsze, gdzie z małych kameralnych balkoników rozprzestrzeniały się ciekawe widoki na miasto.

W hotelowym lobby również przyjemnie

Po wyjściu z hotelu postanowiliśmy zrobić spacer po okolicy. Tym sposobem trafiliśmy pod jakąś twierdzę, która jak się okazało później, była siedzibą gubernatora Kuby, a teraz znajduje się tu muzeum wojny (Castillo de la Real Fuerza).

Następnie trafiliśmy do typowej kubańskiej kawiarni z muzyką na żywo – Cafe Paris (tak, wiem – nazwa kojarzy się z Kubą, jak nie wiem co). Dlaczego typowej? Bo tak sobie właśnie wyobrażałem tutejsze kawiarnie. Kilku grajków gra super muzykę, co jakiś czas któryś z klientów wstaje i postanawia pośpiewać czy też zagrać z zespołem, ktoś inny tańczy sobie w rogu – tak sam dla siebie, a wszystko przy przyklaskiwaniu publiczności i w szczerych uśmiechach na twarzy. Naprawdę super klimat!

Aby spacer powrotny do hotelu nie był tylko zwykłym przejściem drogi, uchwyciłem jeszcze kilka kadrów.

A to tak przy okazji. Przez okno w jednym z lokali.

Jak widać - różnorodność na każdym kroku

Cygaro pierwsza klasa!

Powrót do hotelu w iście kubańskim stylu

O 16.15 zebraliśmy się całą grupą, aby dalej ponownie zwiedzać miasto już wspólnie z Moniką. Poszliśmy do miejsca, w którym założono miasto, bruk zrobiono z drewna (tak – z drewna, aby przypadkiem nie było za głośno podczas nocnych przejażdżek powozami), a także do wspomnianej twierdzy, którą odwiedziliśmy już wcześniej sami z Bernatką. Po sporej dawce wiedzy i bardzo aktywnej dyskusji między pilotem, a niektórymi uczestnikami, przyszedł czas, aby zakończyć dzień zwiedzania.

Poważnie - cały z drewna!

Nasza towarzyszka spacerów

Plac Katedralny

Zrobiła się 17.30, kiedy zaczęliśmy wracać do hotelu. Z tymże nie autokarem… ani też piechotą. Tutaj czekała nas niespodzianka – mianowicie powrót klasycznymi amerykańskimi autami przez miasto oraz całą długością Maleconu. Blisko 17 kilometrowa przejażdżka w takim klimacie to naprawdę fantastyczna sprawa. Każde autko zabrało po 4 osoby, więc było i komfortowo i po prostu fajnie – szczególnie jak auta jechały razem w grupie, cały czas mijając się na szerszych ulicach. Przy tej okazji poznaliśmy Anię i Sylwestra – małżeństwo z Poznania.

Tej pani uśmiech nie znikał przez całą drogę

Podwózka pod sam hotel

Ostatnia fotka aut na dzisiaj ;)

Do hotelu zajechaliśmy około 18. Od razu wybraliśmy się do pobliskiego sklepu po zakupy wody (5 USD za 5l), coli (2 USD za 1,5l) i soku pomarańczowego (2 USD za 1l), po czym wróciliśmy do pokoju, aby nieco odpocząć po całym dniu. W miedzy czasie opłaciłem u Moniki wycieczki fakultatywne oraz wszystkie wejściówki, aby mieć to z głowy na samym początku. Niestety, ale nie uda nam się zobaczyć domu Hamingwaya, ponieważ obecnie kręcą tam film i nie wpuszczają żadnych wycieczek. Trudno, nic nie poradzimy...

Tradycyjny zachód słońca

O 19 poszliśmy na zachód słońca. Taka już nasza tradycja, że w każdym miejscu, które odwiedzamy chcemy choć raz zobaczyć zachód i wschód słońca. I wiecie, że są różne? Wszystko jest inne – wielkość słońca, światło, poświata, zachmurzenie, bryza, dźwięki, a nawet zapach otoczenia. Polecam Wam – koi duszę. Żonka postanowiła trochę pofocić, szczególnie, że fale dość mocno rozbijały się o pobliski falochron – ja zaś siadłem grzecznie na pobliskim krzesełku i po prostu obserwowałem ocean.

Teraz tylko już czekać.

Zdjęcia z komórek potrafią zaskoczyć. - tutaj Galaxy A5

Kolację podano o 19.30. Szału nie było, ale na to trzeba się po prostu nastawić w kubańskich objazdowych hotelach. W pobytowych podobno jest lepiej.

Dzień zakończyliśmy już o 21.00. Nie ma co się właściwie dziwić, patrząc po tym jak wcześnie go rozpoczęliśmy i uwzględniając jeszcze jet lag’a. Jutro na pewno będzie lepiej.

Podsumowanie dnia

Od czasu Kuby postanowiłem nieco zmienić moje relacje i pod każdym dniem będę opisywał moje uwagi co do programu, a także kwestie finansowe. Dostałem od Was sporo maili, które w przypadku objazdówek, głównie dotyczyły właśnie szczegółów odnośnie programu, a także tego, ile należy brać ze sobą gotówki. Były prośby, toteż tak czynię.

Odnośnie programu, to zdecydowanie za krótkie przerwy z czasem wolnym w pierwszej części dnia, i tak jak wspomniałem – zwiedzanie twierdzy Morro powinno być w programie. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy nie wiedzą co ze sobą zrobić w wolnym czasie, ale skoro płaci się już za wyjazd w takie miejsce, to naprawdę warto przeznaczyć trochę więcej czasu na zajrzenie tu i ówdzie i zrobienie kilku fajnych zdjęć, które będą pamiątką na całe życie. Wystarczyłoby dać pół godziny zamiast 15-20 minut w dwóch miejscach + dodać pewnie pół godziny na zwiedzanie twierdzy i program całego dnia zwiększyłby się maks. o godzinę. Szczególnie, że z kolei czas wolny po lunchu można spokojnie skrócić z godziny na jakieś 40 minut i tę różnicę przeznaczyć na inne miejsca.

Co do finansów, to pierwszego dnia wydaliśmy łącznie 51,5 USD (za dwie osoby łącznie), z czego trzy butelki (5l wody, 1,5l coli i 1l soku) kupiliśmy na wieczór, więc zostaną jeszcze na kolejny dzień (tak swoja drogą cola w dużych butlach jest tutaj ohydna). Najdroższy z tego był lunch, który kosztował 40 USD (razem z butelką coli i opłatą za WC). Woda na mieście to kolejne 2,5 USD, a wieczorne zakupy wody, coli i soku to łącznie 9 USD.

Tego dnia koniecznie trzeba mieć ze sobą krem z filtrem (na Placu Rewolucji jest patelnia i zero cienia), wodę, czapkę i oczywiście aparat fotograficzny. Hawana jest super i właściwie gdzie się nie spojrzy, to jest to idealny kadr do zrobienia zdjęcia.

 

Pozostałe dni z wycieczki Buenos Dias Cuba znajdziecie tutaj:

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#zus#Chris Kyle#chiang mai#kultura#Buenos Dias Cuba#lenovo#mystery shopper#Sukhothai#maroko#stewardessa#zarządzanie#ślub na Zanzibarze#Reachel McAdams#reklamacja#state of play#Hawana#mentor#james bond#bieganie#Ben Affleck