One night in Bangkok

14 Czerwiec
2016

One night in Bangkok

No dobra – tak naprawdę nie jedna, tylko dwie, i do tego jeszcze pełen dzień, nie licząc oczywiście tego, w którym wylądowaliśmy. Od razu na wstępie jednak zaznaczę, że to zdecydowanie za mało na pełne poznanie tego miasta. Zbyt wielkie, zbyt zróżnicowane i zbyt ciekawe, żeby uporać się z nim w zaledwie niespełna 48 godzin. Nie znaczy to jednak, że nie ma się czym podzielić – materiału zdjęciowego aż nadto, i jak zwykle miałem ogromny problem z wybraniem tych kilku ujęć, które powinny przyozdobić ten post.

Ale po kolei i od początku. W Bangkoku wylądowaliśmy około 7.00, więc po wszelkich odprawach i innych procedurach, nieco po 9 można było już ruszać w miasto i chłonąć nowe doznania, obrazy i informacje. Do tego momentu człowiek nie zdaje sobie sprawy z jakim klimatem ma do czynienia – z klimatyzowanego samolotu przechodzi przez równie klimatyzowany rękaw i terminal, po to by trafić do właściwego wyjścia i punktu zbornego naszej grupy wycieczkowej. Sielanka kończy się po przekroczeniu drzwi wyjściowych z hali przylotów, kiedy te kilkanaście metrów, które trzeba przebyć aby dotrzeć do autokaru, od razu wyjaśnia całą sytuację.

Gorąco i wilgotnie.

Brzmi jak tytuł filmu dla dorosłych, ale tylko tak, w skrócie, można opisać pogodę w Bangkoku. O, można jeszcze dopisać, że parno – to dość istotne, bo poza tym, że wszędzie osadza się wilgoć, to jeszcze zaczyna od razu odparowywać i człowiek ma wrażenie jakby się gotował. Ciężko mi było porównać to uczucie z czymś, tak jeden do jednego, kiedy wróciłem do Polski. Trwało to jednak do momentu, aż poszedłem sobie po siłowni na saunę. Tak, to było to – takie zderzenie ze stojącą, gorącą ścianą wilgotnego powietrza. Poczułem się jakbym ponownie wylądował w Bangkoku – lepiej tego opisać się nie da.

Mój pobyt w Tajlandii rozpoczął się w ostatnim tygodniu lutego, więc zgodnie ze wszystkimi znanymi mi informacjami, była to pora zimna-sucha. Skoro tak, to nie chcę się przekonać jak wyglądają inne okresy w tym kraju – ta w pełni mi wystarczyła. Około 30 stopni o 10 rano (i średnio 37-40 w ciągu dnia), do tego wilgotność powietrza na poziomie 70-80% robi wrażenie. Do tej pory, niezależnie od kraju i miesiąca (nawet Egipt w sierpniu) na czas lotu brałem najwygodniejszy z możliwych ciuchów, czyli dres. Fajne to, bo wygodne, przewiewne i uniwersalne – czy zimno, czy ciepło, zawsze się sprawdzał. Aż do teraz. Myślałem, że po 15 minutach spacerku zejdę z tego świata… Pierwsze zaskoczenie: Bangkok - Dymitr – 1:0.

Tyle w kwestiach klimatu, czas na kulturę!

Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy zaraz po przylocie (dosłownie zaraz, bo skierowaliśmy się tam prosto z lotniska – jakieś 30 minut drogi) była Świątynia Złotego Buddy, czyli Wat Traimit. Skąd taka nazwa? Ano pewnie stąd, że w środku znajduje się ponad 3 metrowy i ważący podobno 5,5 tony posąg złotego Buddy – chyba wystarczający argument broniący nazwę. Świątynia wbrew pozorom niewielka (za punkt odniesienia biorę kąpiące się w glorii i chwale ogromne kościoły i katedry z okresu gotyckiego, które to miałem przyjemność podziwiać m.in. w Paryżu czy Barcelonie), i już kilkadziesiąt osób w środku robi dość spory tłum. Do tego trzeba jeszcze dodać, że czynnie korzystają z niej wierni – niezależnie od dnia i godziny, zatem z oczywistych względów należy się z nimi liczyć.

Świątynia Złotego Buddy Wat Traimit

Czasu na zwiedzanie tej, oraz sąsiadującej z nią drugiej świątyni mieliśmy nie za dużo, ale w tym przypadku akurat chyba mało kto narzekał. Każdy był padnięty po ponad 10 godzinnym locie, 3 godzinnej odprawie na Okęciu oraz jeszcze blisko 2 godzinnej w Bangkoku, i jedyne o czym myślał zaraz po wylądowaniu, na pewno nie było zwiedzanie świątyń, tylko wizyta w hotelu, krótka regeneracja sił i odświeżenie po podróży.

Piszę jak nie ja, bo do zwiedzania zawsze pierwszy i jak najwięcej, ale naprawę tak długi czas w podróży plus zamiana czasu i klimatu dała się we znaki. Pewnie bym żałował takiej decyzji i możliwości dokładniejszego zapoznania się z tym obiektem, gdyby nie fakt, że zdążyłem wychwycić ze wstępnej przemowy przewodniczki, że Świątynia Złotego Buddy oddalona jest od naszego hotelu zaledwie 10-15 minut piechotą.

I nie kłamała – faktycznie tak było, więc oczywiście, po wcześniej wspomnianej regeneracji sił, w porze wieczornej ponownie wybraliśmy się do tej świątyni, po drodze zapoznając się z uliczną kulturą i zwyczajami Tajów z Bangkoku. Nie wspomniałem o jednej istotnej kwestii. Zarówno wspomniana świątynia, jak również nasz hotel (China Hotel) znajdują się w Chińskiej Dzielnicy. Skąd pomysł, że to istotna informacja? A stąd, że chińskie dzielnice jakoś mają to do siebie w każdym mieście, są chyba najbardziej kolorowe, tętniące życiem dniem i nocą, oraz dodatkowo łączą w sobie wiele skrajności – zarówno kulturalnych, jak i urbanistycznych. Nie inaczej jest też w Bangkoku.

Chińska dzielnica za dnia - okolice Wat Traimit

Chińska dzielnica nocą - tuż przy naszym hotelu

Urozmaicone (i dobre!) jedzenie na ulicach, wszędobylskie stragany, obiekty zarówno w stylu chińskim, jak i nijakim, a przede wszystkim przyozdobione ulice odpowiednio bronią wyobrażenie o Bangkoku. W ciągu tych dwóch dni byliśmy w kilku częściach tego miasta i każda znacząco się od siebie różniła. Żadna jednak nie przypominała tego, co można przeżyć właśnie w chińskiej dzielnicy. Ale ale! Piszę to jako grzeczny, ułożony turysta, bo nie byłem jednak (…jeszcze...) w dzielnicy Patpong – niektórym znanej jako dzielnica czerwonych latarni, siedliska rozpusty i wszystkiego co się z nią kojarzy. Tam to podobno dopiero poznaje się Bangkok oraz własne demony, które siedzą w człowieku i na co dzień, w zachodnich warunkach nie chcą się ujawniać.

Wat Traimit i posąg Złotego Buddy przy okazji nocnej wizyty

Wróćmy jednak do wizyty w Świątyni Złotego Buddy z pierwszego wieczoru. Przybyliśmy do niej około godziny 20 – i to był bardzo dobry pomysł, bo po pierwsze temperatura bardziej zjadliwa, a po drugie mniej turystów i na spokojnie można było podziwiać obiekt z każdej strony. Akurat tak się złożyło, że trafiliśmy na jakieś ich lokalne święto i modły, więc pobliski plac zapełnili wierni, co dodatkowo uatrakcyjniło wizytę w tym miejscu.

Nocne modły przy Wat Traimit

Tego wieczoru pochodziliśmy jeszcze przez około godzinkę, zaglądając w różne boczne uliczki (warto warto, bo tam dopiero tętni życie) i kosztując soki ze świeżo wyciskanych granatów (wyśmienite - smak nie do opisania, a cena na poziomie 20 batów (ok 2,5 zł) za butelkę) po czym wróciliśmy do hotelu, by należycie odespać podróż i przygotować się do kolejnego dnia, który zapowiadał się naprawdę ciekawie.

Czas na kolejne atrakcje.

Dzień drugi w Bangkoku rozpoczęliśmy od wizyty na Targu Kwiatowym w Chinatown. Przyznam, że wyobrażałem go sobie zupełnie inaczej, a tu taki dość surowy bazar z niekoniecznie atrakcyjną zawartością. Być może byliśmy za wcześnie, albo za późno, albo nie tego dnia co trzeba, albo coś tam jeszcze innego, ale ewidentnie czegoś w tym miejscu brakowało. Albo może tak miało być, tylko po prostu nie zgrało się to z moją wizją.

W drodze na targ kwiatowy w Chinatown - tak naprawdę to już początki

Dalej na targu, ale z tej fotki jestem zadowolony.

Tak więc nie rozwodząc się za bardzo na tym punkcie programu od razu przejdę dalej. Po około 30 minutach dotarliśmy do kwater mnichów, miejsca, w którym się szkolą i mieszkają. Było to po drodze do Wat Pho – świątyni buddyjskiej, nam znanej bardziej jako Świątynia Leżącego Buddy, czy też Świątynia odpoczywającego Buddy.

Z wizytą u Mnichów

Z czystej więc ciekawości warto było tamtędy przejść i dowiedzieć się więcej na temat zwyczajów mnichów, sposobu ich życia, poglądów, kultury oraz oczywiście religii. Wiadomo, że w ciągu kilkunastu minut człowiek niewiele się dowie, bo żeby w pełni zrozumieć buddyzm i wszystkie jego odłamy, potrzeba zaangażować się w temat znacznie dogłębniej, to jednak takie zdawkowe informacje podawane co jakiś czas, w wystarczającym stopniu otwierają umysł na zdobywanie nowej wiedzy.

Świątynia Leżącego Buddy

Co warto wiedzieć o wspomnianym przed chwilą Wat Pho? Przede wszystkim to, że jest jedną z najstarszych i jedną z największych świątyń buddyjskich w Bangkoku. Zanim się do niej wybrałem, nie spodziewałem się tego co zobaczę. Znajduje się ona na terenie Starego Miasta Królewskiego – Rattanakosin, więc patrząc na całość otoczenia, nie wrzuca się ona tak mocno w oczy.

Na terenie starego Miasta Królewskiego Rattanakosin

Cały kompleks świątynny robi wrażenie – przede wszystkim z uwagi na liczne posągi Buddy (jest ich podobno ponad 1000), więc w tym przypadku jeden obiekt nie jest w stanie się aż tak mocno wybić.

Jedne z tych tysiąca posągów... I tak na każdym kroku.

Do momentu, aż się do niego nie wejdzie. Cały czas zastanawiałem się dlaczego tak mało jest zdjęć obejmujących całość tego posągu. Jak zobaczyłem to miejsce na żywo, to już wiem. Jest on tak wielki, że po prostu ciężko jest go objąć w jednym kadrze – wyjątek stanowią obiektywy szerokokątne, lub też zdjęcia z końca świątyni, łapiąc kadr od stóp Buddy. Inaczej raczej nie da rady. Robi wrażenie! I to jest zdecydowanie miejsce, w którym trzeba się obowiązkowo znaleźć podczas wizyty w Bangkoku.

Leżący Budda - mi udało się go złapać jedynie w taki sposób.

Oprócz głównej świątyni z Posągiem Leżącego Buddy, na terenie kompleksu znajdują się również inne ciekawe miejsca, w które warto się zapuścić, chociażby po to, by poszukać ciekawych kadrów na zdjęcia. Warto też wiedzieć, że znajduje się tam dobrze znana szkoła tajskiego masażu, o czym przypominają nam różnego typu malowidła na ścianach przedstawiające rysunki właśnie z tajnikami tej formy masażu.

Można próbować uczyć się ze ścian.

Szmaragdowy Budda i Pałac Królewski w Bangkoku

Po wizycie w Wat Pho udaliśmy się dalej, by podziwiać Wielki Pałac Królewski, który znajduje się w samym sercu wspominanego wcześniej Starego Miasta Królewskiego.

Kompleks Królewski z zewnątrz

Zanim jednak ujrzeliśmy go z bliska, obeszliśmy na spokojnie cały kompleks, który robi niemniejsze wrażenie. I to był ten moment, kiedy podjąłem decyzję, że kolejny obiektyw w moim zestawie musi być szerokokątny. Moje serce płakało, kiedy nie byłem w stanie obejmować tych pięknych miejsc w jednym kadrze. Uniwersalny obiekty 24-105mm może i jest najwygodniejszy w trasy, właśnie z uwagi na swoją uniwersalność, to jednak te 24mm to stanowczo za mało na dary, które ukazuje nam Tajlandia!

Nieważne czy w pionie, czy w poziomie - i tak trudno złapać całość.

Warto pamiętać, że to właśnie na terenie tego kompleksu znajduje się najświętsza świątynia buddyjska w Tajlandii – Wat Phra Kaew, czyli Świątynia Szmaragdowego Buddy (posąg wykonano podobno ok. 43 r. p.n.e.). W tym jednym, jedynym obiekcie podczas naszej wizyty Bangkoku nie można robić zdjęć – no chyba, że ktoś ma dobrego zooma i uchwyci kadr robiąc zdjęcie z zewnątrz budynku – wówczas można.

Złoto, wszędzie złoto. Tak z zewnątrz wzbogacona jest Świątynia Wat Phra Kaew

Po blisko godzinnym bieganiu z aparatem i zachwycaniu się ociekającym zewsząd splendorem, złotem i baśniowością tego miejsca, poszliśmy wreszcie w okolice Pałacu Królewskiego, który robi równie mocne wrażenie, co wcześniej podziwiane obiekty. Trzeba przyznać, że Tajowie mieli rozmach jeśli chodzi o budowę świętych lub królewskich miejsc. Niestety nie było nam dane podziwianie Pałacu w środku (do chwili obecnej nie wiem, czy była taka możliwość, ale po prostu nie starczyło czasu, czy w ogóle nie było to uwzględnione w programie), a szkoda – bo podobno warto tam zajrzeć. 1,5 godziny to zdecydowanie za mało na zwiedzanie tego kompleksu, więc zarezerwujcie sobie na niego nieco więcej czasu – tak prawie dwukrotnie więcej…

Pałac Królewski we własnej osobie. Jednakże nie w pełnej okazałości

Nastała 13, więc czas na lunch. Tego dnia w restauracji na barce (barka może źle brzmi, ale miejsce naprawdę dobre) na królewskiej rzece Menam. Jedzenie w postaci szwedzkiego stołu na naprawdę dobrym poziomie. Wszystko: warzywa, owoce, mięso, ryby, ciasta itp. Do wyboru do koloru. Słodkie, słone, łagodne i ostre – zdecydowanie pod gusta zachodnich turystów. Żołądek udobruchany.

Posiłek w takim miejscu nie był taki bez powodu, a to dlatego, że zaraz po jego zakończeniu, prosto z barki, zeszliśmy do łodzi, która przewiozła nas po Klongach – kanałach będącymi w przeszłości alternatywnym miejskim systemem komunikacji.

To standardowy widok - nie żaden pod turystów. Klimatyzacja mnie urzekła.

W między czasie, mijając po drodze Szpital Królewski, w którym w chwili obecnej przebywa Król Tajlandii Rama IX, dowiedzieliśmy się sporo o systemie socjalnym, emerytalnym i rentowym w Tajlandii, którego po prostu… nie ma – ale to już zostawię na zupełnie inny post, bo temat bardzo ciekawy.

Bangkok widziany z rzeki Menam. Miasto kontrastów.

Baiyoke Sky Hotel i panorama Bangkoku

Powróciwszy do naszego lokum w Chinatown o jeszcze w miarę młodej godzinie, podjęliśmy decyzję, aby wybrać się do najwyższego hotelu w Tajlandii – Baiyoke Sky Hotel. Bez sensu jednak było to robić za dnia, więc poczekaliśmy cierpliwie, aż się nieco ściemni – co by najlepiej wykorzystać wizytę na tarasie widokowym znajdującym się na 86 piętrze, to jest jakieś 300 metrów nad ziemią. Wzięliśmy więc najlepszy z możliwych środków transportu w Bangkoku, czyli tuk tuka i za jakieś 200 batów (~25 zł) i 15 minut później znaleźliśmy się u stóp tego tajskiego molocha.

Biorąc pod uwagę pobliskie otoczenie, Baiyoke Sky Hotel robi wrażenie – nie swoim przeciętnym klocowatym wyglądem, ale wysokością. Wyłożyliśmy więc jeszcze 400 batów za osobę (~50 zł) i czym prędzej wjechaliśmy na najwyższy możliwy punkt dostępny dla turystów w tym hotelu, czyli wspomniane 86 piętro… Szczęście dopisało, bo tego dnia było wyjątkowo mało turystów. Winda jednak nie dociera tam bezpośrednio i po drodze trzeba raz się przesiąść. To akurat nie problem, szczególnie, że pierwsza winda jest zewnętrzna (tak jest – można oglądać sobie sąsiedztwo hotelu już podczas samego wjeżdżania na górę) i jedzie tak chyba do jakiegoś 76 piętra, na którym znajduje się mini muzeum. Później kolejne kilka pięter drugą windą i wychodzi się w części restauracyjnej, gdzie można delektować się różnymi trunkami, przy w pełni przeszklonych oknach skierowanych na miasto. I tu zaznaczę, że nie ma stresu jeśli chodzi o ceny. Jak na 4 gwiazdkowy hotel w samym centrum Bangkoku, do tego najwyższy budynek, gdzie przemiał turystów jest ogromny, ceny w barze całkowicie przyziemne – np. taka Tequila Sunrise to koszt 150 batów, czyli 18 zł.

Pozdrowienia z Baiyoke Sky Hotel. Tak tak - Samsung nocą z przedniej kamery nie daje rady.

Panorama miasta nocą zachwyca. Moje zdjęcia niestety tego nie oddają, więc nie pozostaje mi nic innego, jak polecić Wam osobistą wizytę w tym miejscu. Nam trochę tam zeszło i hotel opuściliśmy dopiero około 21. Dalej młoda godzina, więc poszliśmy sobie na spacer, podziwiając centrum biznesowe miasta (a przynajmniej tak sądzę, po typie i liczbie budynków, które się tam znajdują). Generalnie niewiele się różni od innych jego części Bangkoku, poza tym, że są tam wieżowce. A tak to standard: bród, smród, intensywny ruch, mnóstwo ludzi i wszędzie stragany. Ale w tym mieście jakoś to nie przeszkadza i ma swój urok.

Panorama Bangkoku widziana z najwyższego punktu miasta. Dodam, że miejsce nieoszklone - tylko siatka.

Trochę zgłodnieliśmy, więc na jednym z kramów zjedliśmy naleśnika z jajkiem i bananem oblanego później czekoladą (leją jeszcze do tego mleczko kokosowe, ale jakoś nie zaufaliśmy już takiemu miksowi, więc z tej opcji zrezygnowaliśmy). To chyba jakiś ich lokalny specjał, bo później widzieliśmy to jeszcze w wielu miejscach kraju. Super jedzonko, za 40 batów. Do tego świeżo wyciskany sok z granata dopełnił sprawę.

Uliczne jedzenie w Bangkoku jest super. Tanio, dobrze i szybko.

Jeszcze trochę spacerku i powrót tuk tukiem do hotelu. Tutaj trafił się nam jeszcze większy wariat, bo trasę ogarnął w jakieś 10 minut i uwierzcie mi, że to już wyczyn na takim dystansie i w takim natężeniu ruchu.

A właśnie. Nawet gdyby ktoś się nie wybierał do Baiyoke Sky Hotel, to i tak koniecznie musi przejechać się tuk tukiem, i to najlepiej na jakimś dłuższym dystansie. Już samo to jest super przeżyciem, szczególnie jak trafi się taki kierowca jak nam, który właściwie jechał wszędzie i po wszystkim – chodniki, ulice, pod prąd, jakieś podwórka i między straganami. Wspomnienie zapisane do końca życia, chyba że wcześniej Alzheimer mi je zabierze.

Tuk-tuk w akcji. Nie ma znaczenia jak, nie ma znaczenia gdzie. Byleby jechać.

Zrobiła się jakaś 22.30, więc jeszcze trzeba było zjeść coś bardziej konkretnego przed spaniem, poza tym jednym naleśnikiem. Jako, że to chińska dzielnica, to poszliśmy na poboczne stragany i zjedliśmy głęboko smażonego w oleju kurczaka z dodatkami. Tajlandia! Znowu bardzo dobre i w przyzwoitej cenie (jakieś 140 batów za posiłek z napojem). W tym kraju nie da się chyba chodzić głodnym… 

Uliczna knajpa, w której postanowiliśmy coś zjeść. Zobaczcie te cudeńka.

A to nasz kucharz. Ojciec rodziny, który przyrządza wszystkie potrawy. A robił je znakomicie.

 

Czas się żegnać.

Doba w pełni wykorzystana, więc czas było zakończyć wizytę w tym Mieście Aniołów. Tak tak – to również alternatywna miasta Bangkoku – takie ichnie Los Angeles. Mają jeszcze jedną, ale nie chciałem na początku Was nią przytłaczać. Brzmi ona tak (po tajsku):

กรุงเทพมหานคร อมรรัตนโกสินทร์ มหินทรายุธยามหาดิลก ภพนพรัตน์ ราชธานีบุรีรมย์ อุดมราชนิเวศน์ มหาสถาน อมรพิมาน อวตารสถิต สักกะทัตติยะ วิษณุกรรมประสิทธิ์

czyli:

Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit.

A po polsku:

Miasto aniołów, wielkie miasto [i] rezydencja świętego klejnotu Indry [Szmaragdowego Buddy], niezdobyte miasto Boga, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma bezcennymi kamieniami szlachetnymi, pełne ogromnych pałaców królewskich, równającym niebiańskiemu domowi odrodzonego Boga; miasto, podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wiszwakarmana.

Jak się domyślacie, w życiu bym pewnie tego nie zapamiętał, w szczególności tej wersji po tajsku, więc w tym przypadku posiłkowałem się źródłem, jakim jest Wikipedia. Tam też możecie sobie posłuchać, jak to się wymawia – my mieliśmy przyjemność usłyszeć to bezpośrednio od naszego tajskiego przewodnika – Petera, który dosłownie to wyśpiewał.

Jak widzicie, dość aktywne te dwa dni. Ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że można je wykorzystać jeszcze lepiej, czego i Wam życzę, jak będziecie w Bangkoku. Ja na pewno tam wrócę – nie wiem jeszcze kiedy, ale wrócę…

 

Pozostałe dni z podróży po Tajlandii w ramach wycieczki "Baśniowa Tajlandia" organizowanej przez Rainbow Tours:

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#alkohol#ocean#Comarch#Ben Affleck#Chris Kyle#kino#film#blog#Pattaya#stewardessa#stan gry#masaż#barcelona#Warner Bros#samozatrudnienie#obsługa klienta#pierwsza praca#coaching#5àsec#nadgodziny