Odpływ i wyprawa w głąb oceanu, pierwsze drinki i chill out

02 Kwiecień
2018

Odpływ i wyprawa w głąb oceanu, pierwsze drinki i chill out

Pierwszy prawdziwy dzień na Zanzibarze zaczęliśmy o 9.00. Prawdziwy, czyli po pierwszej przespanej nocy w hotelu. Trochę pospaliśmy, ale trzeba było nadrobić energię po wczorajszym łączonym dniu. Po niespełna trzydziestu minutach, spacerujemy do poznanej już wcześnie restauracji. Tym razem na śniadanie.

Hotelowe ogrody - codzienny poranny widok

Ponownie zachwycamy się tutejszymi widokami. Ogrodem, przestrzenią i oczywiście malowniczym krajobrazem na ocean. Oh, wait. Jaki ocean? Zniknął. A raczej cofnął się kilkaset metrów pozostawiając po sobie jedynie śnieżnobiałą pustynię, z nielicznymi kraterami wypełnionymi tym, co kryła woda, kiedy jeszcze tu była. Przynajmniej tak to wygląda z tej perspektywy. Później zbadamy dokładnie co się stało. Teraz skręcamy w prawo przy basenie, aby trafić do miejsca, gdzie zasilą nasze żołądki.

Hmm. Trochę się zaskoczyłem. Niby stanowisk z jedzeniem jest całkiem sporo, to jednak jakoś tak mały jego wybór. I jajecznica jakoś dziwnie wygląda. Obstawiam, że z proszku. Trudno. Ważne, że są omlety! Na ten posiłek zawsze można liczyć. Widać nie tylko ja tak sądzę, bo kolejka po nie całkiem niemała, ale odstać warto.

Nietypowe rezerwacje miejsc

Robi się coraz cieplej. Ba! Goręcej. Postanowiliśmy pójść na plażę zbadać ten brak wody, o którym wspomniałem wcześniej. Mijamy główny basen. Całkiem spory i otoczony leżakami z każdej strony. Szukam wzrokiem jakiegoś wolnego, ale jest to wyzwanie. Wszystkie zajęte. Jest przed 10.00 i wszystkie pozajmowane. Nie byłoby to dziwne, gdyby jeszcze ktokolwiek na nich siedział. A tu pustka. Może kilka osób na krzyż, a tak to wszystko „porezerwowane” ręcznikami. Niektórzy ambitni położyli paczkę chusteczek higienicznych, a nawet kamień. Kamień?!?!? Tak. Kamień! Zarezerwowali leżak kamieniem w pięciogwiazdkowym hotelu. WTF?

Eh. Turyści. Przechodząc przez mini zagajnik palmowy dochodzimy do hotelowej plaży. To czym ona jest i jak wygląda przeczytacie w Dream of Zanzibar – recenzja hotelu na rajskiej wyspie. Tutaj podobnie – 99% leżaków już „porezerwowane”, a ludzi brak. Dla czterech osób trudno coś znaleźć. Złapaliśmy wreszcie kogoś z obsługi, z prośbą, aby załatwił nam jakieś leżaki. Ogarnięty, bo wrócił do nas po kilku minutach z pierwszym zestawem. Z kolejnymi mu pomogliśmy, widząc wcześniej, w którym kierunku podążył.

Ustawiamy je sobie pod palmą i szykujemy się na pierwsze oficjalne zapoznanie tutejszego słońca z naszymi ciałami. Ale my jesteśmy biali… Dzieci młynarzy na imprezie górników i… Indian (ci drudzy są pewnie od wczoraj ;)). Nie ma szans, aby zamaskować fakt, że jesteśmy nowi w tym hotelu. Niemniej jednak, grzecznie i bez głupich pomysłów w postaci smażenia się bez zaprawki, wyciągamy kremy z największymi filtrami, które udało nam się zdobyć przed wylotem. Opalić się jeszcze zdążymy, a głupio by tak było rozpocząć wyjazd od spieczenia się niczym Malin Åkerman w filmie „Dziewczyna moich koszmarów”. Swoją drogą fajny film. Zawsze mi się przypomina jak widzę meduzy lub spieczonych na czerwono ludzi.

Rozpoczęliśmy relaks. Prawdziwy błogi relaks. Najlepsze jest to, że nie doszliśmy jeszcze do tego oceanu, do którego tak bardzo nam się spieszyło. Na razie cieszę się ciszą, spokojem i drinkami przynoszonymi przez obsługę. Fakt, że trzeba trochę na nich czekać, ale sami rozumiecie - Hakuna matata. I wszystko jasne.

Zanzi-Bar na Zanzibarze. Incepcja!

W tle zaczęła grać jakaś muzyka i słyszymy różne nawoływania. No tak – aqua aerobic. Dość wcześnie, bo dopiero 10.30. Z tego co kojarzę, to zazwyczaj tego typu atrakcje robi się około południa. A być może tylko tak mi się wydaje. Niezależnie od tego jak jest faktycznie, dziewczyny już wyrwały, aby poruszać się w cieplutkiej wodzie basenu wraz z innymi paniami.

Panów jak widzę, też nie zabrakło. A jakże – znajomi z busa. Już całkiem nieźle zaprawieni i gotowi do zabawy. Ci to wiedzą jak w pełni wykorzystać all inclusive. Zapowiada się naprawdę ciekawy pobyt…

Odpływ i spacer w głąb oceanu

Nastało południe. Czas wreszcie odwiedzić plażę i umoczyć nasze polskie białe stopy w oceanie. Wygląda na to, że nie będzie to prosta sprawa. Tuż po wejściu na tę piękną białą piaskownicę, niczym harpie dopadli nas tubylcy oraz importowani Masajowie z Kenii. Nie dają spokoju. Otrząśniesz się z jednego, to zastępują go dwaj nowi. Zwykłe „ok my friend”, „later” czy „not today” nie wystarczają. Przez tą naszą skórę nieskalaną słońcem wiedzą, że mają do czynienia ze świeżutkim, pełnym po brzegi, europejskim bankomatem.

Poranny odpływ i ruch na plaży

Plażowy handlarze w swoim żywiole

Są też Masaje czekający na swoich klientów

Dopadli i mnie!

Jakoś się jednak udało. Po pozbyciu się tych co sprzedają, zostali jedynie ci, co oprowadzają. Oceaniczni przewodnicy. Zabieramy się z nimi na przechadzkę po powstałej po odpływie mieliźnie, której kresu nie widać. Prowadzą nas w dal. Jakiś kilometr w głąb oceanu, ku lazurowym wodom na horyzoncie.

Wszędzie jeżowce, muszelki i kamienie. Oczywiście trawa morska i glony górują ilością nad wszystkim innym. Gdzieniegdzie kraby, ryby, rozgwiazdy i większe okazy muszli. Jeden z przewodników pokazuje nam pająka morskiego, podczas gdy drugi prezentuje coś, co nazywają „sea cucumber”. Faktycznie z kształtu przypomina ogórka, ale nie odważyłbym się go próbować.

Widok na plażę, a to nawet nie połowa drogi...

I rzut oka na drugą stronę naszej trasy

Doskonale wiedzą, gdzie i co się znajduje. Prowadzą utartą ścieżką. Na trasie są też inne osoby. Właściwie przypomina to górskie szlaki w Polsce podczas sezonu turystycznego. Mnóstwo turystów, mnóstwo przewodników, większość na szlaku, a tylko nieliczni próbują gdzieś odbić na bok. My jednak kontynuujemy nasz spacer wciąż z przewodnikami. Tłumaczą, opowiadają, śpiewają. Uprzedzają o niebezpieczeństwach czyhających w wodzie, kawałkach większych skał, czy poukrywanych jeżowcach. Widząc, że nie każdy z nas ma buty do chodzenia po tego typu dnie, starają się też wybierać trasy z większą ilością piasku. Dalej dno jest skaliste i niewprawione nogi dość boleśnie to odczuwają. Dodatkowo te jeżowce… Trzeba uważać. A najlepiej to mieć buty!

Krajobrazy mijane po drodze

Prezentacja algi morskiej

Tutejsze skarby morskie - rozgwiazdy, rybki i jeżowce

Jak widać, okazy dorodne

Cały ten trip trwa jakieś półtorej godziny. Wracamy w pełnym słońcu – nie ma co, najlepsza pora na spacer dla nieskalanych słońcem białych turystów. Po lewej stronie mijamy kobiety z Zanzibaru zbierające i suszące algi morskie na powstałej mieliźnie. Odłączam się na chwilę od grupy, aby porobić trochę zdjęć. Szkoda, że nie wziąłem kapelusza, bo patelnia niesamowita. Nie mam pojęcia ile stopni jest w cieniu, bo takiego tu nie ma, ale w słońcu to idzie lekko pod 50. (Niech te widoczne na zdjęciu chmury Was nie zwiodą...) Kiedy to nałożyliśmy te filtry?

Zbieranie alg morskich ciąg dalszy

Kadr z nieco bliższej odległości

Doszliśmy z powrotem do brzegu plaży przy hotelu. Nasi przewodnicy po raz kolejny raczą nas piosenką Jumbo Bwana. Chyba najpopularniejsza piosenka na Zanzibarze. Bernatka ogarnęła już cały tekst na pamięć, a ja dalej twardo trzymam się tylko refrenu, czyli dwóch słów. A tak, to wolę nucić samą melodię.

Przywitanie z innymi przewodnikami na trasie

Cały ten trip musi kosztować. Jakże by inaczej – w sumie nic dziwnego, zapracowali. Panowie chcą 10 USD. Oczywiście łącznie za wszystkich i na wszystkich – a szło z nami trzech. Uczciwa cena, za rozrywkę i wiedzę, którą nam dali oraz czas, jaki nam poświęcili. Rzecz w tym, że kasy przy sobie nie mamy – w kąpielówki przecież nie wsadziłem. Bernatka w swój kostium tym bardziej… Umawiamy się na późniejszą porę. W odpowiedzi słyszę „Nie ma problema. Hakuna Matata”. I wszystko jasne.

Lunch na plaży

Spacer trochę nas zmęczył. Właściwie, to nie spacer, tylko to palące słońce. Ale było warto. Wspaniała przygoda i przepiękne widoki. Walnęliśmy się z powrotem na leżaki, jednocześnie uzupełniając płyny w postaci coca-coli oraz wody z limonką zamówione wcześniej przy barze.

Już na spokojnie, z hotelowej plaży

Nie mam pojęcia co przedstawia to zdjęcie

Wbrew pozorom trafiło nam się dobre miejsce, bo mamy pogląd na wszystko, co się tutaj dzieje. A dzieje się np. to, że przy barze zaczynają być rozkładane stoliki i krzesełka, a także kilka pojemników z jedzeniem oraz stanowisko grillowe. No no. Zapowiada się przyjemnie. Już wiem, gdzie zjemy dzisiejszy lunch.

Przygotowania do lunchu

Jak tylko obsługa otworzyła pojemniki i przyszła pora jedzenia, nastąpił pierwszy atak turystów. Muszą być cholernie głodni. Poczekamy, aż zjedzą i zwolnią stoliki, których jest dosłownie kilka, i pójdziemy za jakiś czas na spokojnie, jak już nikogo nie będzie. Dobrze się składa, bo muszę zapisać w notatkach kluczowe wydarzenia z dnia, aby nic mi nie uciekło.

Przy grillu uspokoiło się w miarę szybko. Zobaczmy, co tam podają. Wybór niewielki, ale właściwie wszystko jest. Ryż, grillowany kurczak, grillowane żeberka, coś co wygląda jak karkówka, trochę warzyw i oczywiście owoce. Biorę wszystkiego po trochu, aby zobaczyć, na czym skupić się później i siadamy przy stoliku zaraz przy barze „Zanzi-bar”, który wydaje się być najbardziej zacieniony w chwili obecnej.

Uważając na spadające kokosy

Żeberka nie za dobre, karkówka też kiepska i żylasta, ale za to warzywa i ryż bardzo zacne. Kurczak też może być, ale pozostanę dzisiaj jednak wegetarianinem. Przynajmniej do kolacji. Zamawiamy u barmanki colę oraz sok pomarańczowy dla każdego i rozmawiamy o dotychczasowych przeżyciach, oceanicznym spacerze oraz planach na kolejne godziny. Na plaży bez zmian – handlarzy cały czas więcej niż turystów.

Hotelowy sklepik i drugi basen

Jest 15.00. Wracamy do pokoju, po drodze zachodząc do hotelowego sklepu, który mieści się zaraz za częścią restauracyjną, niedaleko schodów prowadzących do bungalowów. Niestety zamknięty, ale przez witrynę widać, czego można się po nim spodziewać. Ubrania, pamiątki, kosmetyki. Jednym słowem wszystko, co w takim miejscu być powinno. Zajdziemy innym razem, a tymczasem kierujemy się do pokoju.

Długo w zamknięciu nie usiedzieliśmy. W mobilnym głośniku przeleciały jakieś trzy pełne piosenki, kiedy postanowiliśmy odwiedzić drugi hotelowy basen, który mieści się tuż pod naszym balkonem. Ten jest znacznie mniejszy, ale też bardziej kameralny i praktycznie nie ma tu ludzi. Co ważne, ma też swój bar, który dodatkowo znajduje się pod strzechą. Przy takim klimacie, jest to zbawienie.

Zalet przesiadywania w tym miejscu jest wiele. Przede wszystkim cicho i spokojnie. Nie ma też problemu z leżakami, parasolami, ręcznikami czy cieniem. A przede wszystkim, nie ma kolejek do baru i oczekiwanie na jakiekolwiek drinki trwa dosłownie chwilkę.

Z tej ostatniej zalety postanowiłem właśnie skorzystać. Zamawiam Cuba Libre dla siebie oraz Campari z sokiem pomarańczowym dla Bernatki. Zadowolona, bo drink idealny i dodatkowo orzeźwiający w ten niesamowity upał. Po dość szybkim opróżnieniu szklanki, domówiłem drugi raz to samo i ponownie zacząłem zażywać kąpieli słonecznych. Długo się tak nie da. Tak bez schłodzenia. Zmęczony tym luksusem postanawiam wskoczyć do basenu. Bartek chyba nie mógł patrzyć jak się tak sam męczę i postanowił mi towarzyszyć. Dobry chłopak!

Nie pomogło to jednak aż tak bardzo. Woda w tym basenie jest tak ciepła, że właściwie jedyna różnica jaką odczuwa organizm, to taka, że jest mokro. Ale to i tak dobrze. To jedyna „skaza” tego miejsca: ciepła woda. Ach te problemy ludzi pierwszego świata.

Planowanie ślubu i zaproszenie do hotelu Bandas

Zrobiła się 17.00. Nie mam pojęcia kiedy. Pewnie dlatego, że szczęśliwi czasu nie liczą, a do takich zdecydowanie się teraz zaliczam. Dodatkowo ta godzina, konkretnie w dniu dzisiejszym, ma dość duże znaczenie. Mamy umówione spotkanie z Ewą oraz jej mężem, Pawłem – koordynatorami ślubów na Zanzibarze.

Tak jest – przylecieliśmy tutaj wziąć ślub! Takie jedno z marzeń mojej Bernatki – ślub na rajskiej wyspie. Jakby nie było, ślub na Zanzibarze zdecydowanie spełnia wszelkie kryteria tego marzenia. Ewa, przesympatyczna osoba, pyta nas o oczekiwania i opowiada jak wyglądają tutaj śluby. Omawiamy wszelkie szczegóły, wybieramy plażę, rodzaj kwiatów oraz typ altany. Rozmawiamy też o fotografie oraz o różnych innych dodatkach.

Sporo informacji, ale rozmawia nam się bardzo dobrze. Ewa głównie koordynuje śluby, Paweł zaś odpowiada za organizację i oprowadzanie wycieczek lokalnych po Zanzibarze, i jak się okazało – również po Tanzanii, a co za tym idzie… safari oraz wejścia na Kilimandżaro. Ten temat nas urzekł. Urzekł do tego stopnia, że dokładnie wypytaliśmy o szczegóły, abyśmy mogli zaplanować go na jedną z naszych przyszłych podróży.

Wpada Milky. Gość, który wraz z dwiema pięknymi dziewczynami, przywitał wczoraj Pawła (tego naszej busowej ekipy) na lotnisku. Nie wspominałem o tym we wczorajszym poście, bo nie sądziłem, że będzie to miało jakiekolwiek znaczenie. A tu proszę – jednak ma. Okazuje się, że Milky zna się dobrze z Ewą i Pawłem. Właściwie to tutaj się wszyscy dobrze znają.

Milky opowiada nam co nieco o swoim hotelu Bandas i zaprasza nas do siebie na imprezę w piątkowy wieczór, gdzie będzie muzyka lokalna, lub też na sobotę, gdzie uraczy gości muzyką Reagee. Zbieramy szczegóły i obiecujemy, że jak nie wypadnie nic niespodziewanego, to w któryś z tych dni wpadniemy. Kalendarz robi się coraz bardziej napięty, zatem na brak atrakcji na pewno narzekać tutaj nie będziemy.

Kolacja, shisha i kolejne drinki

Zrobiła się już 19.30. Okazało się, że minęły dwie i pół godziny. Tak dobrze się rozmawiało, że czas upłynął momentalnie. Znowu. Żegnamy się z Ewą i Pawłem i idziemy do pokoju, aby ogarnąć się na kolację.

Z Bartkiem i Olą umówiliśmy się na 20, więc udało się bez opóźnień. W sumie trudno się nie zsynchronizować mając pokoje obok siebie. Planowaliśmy pójść do restauracji włoskiej, ale okazało się, że wymagana jest wcześniejsza rezerwacja. Właściwie to normalne, więc nie wiem, czemu mnie to teraz zdziwiło. Nie pozostało nam nic innego jak pójść do tej ogólnej. Tym razem zamówiłem spaghetti bolonese – czyli jednak wegetarianizm do końca dnia.

My tu sobie gadu gadu, a z boku ponownie słychać „Jumbo, jumbo bwana” i następuje jakieś poruszenie. Dwie osoby mają urodziny. Obydwie przy okolicznych stolikach, więc wszystko dzieje się dosłownie obok. Torty, śpiewy i składanie życzeń. Okazuje się, że dzisiejsi jubilaci to Polacy, a to oznacza, że do życzeń dołączają się też postronni turyści, którzy wychwycili swój ojczysty język. Tort się nie zmarnuje…

Najedzeni. Czas na tradycyjne zwiady po obiekcie. Wczoraj nie starczyło na to czasu. Sprawdzamy gdzie są poszczególne restauracje, w tym ta z sushi, o której przeczytałem na stronie internetowej hotelu Dream of Zanzibar. Od razu też rezerwuję restaurację włoską na kolację 1 marca. Czas podpatrzyć innych gości hotelowych – lubię to. Naprawdę. Lubię na podstawie ich zachowania i wyglądu zgadywać skąd są, jak długo, z kim itp. Fajna zabawa – jeszcze lepsza staje się na lotniskach, kiedy trzeba zabić czas.

Znaleźliśmy całkiem niezłe miejsce do tego zadania. Zmontowaliśmy je z osieroconych krzeseł oraz stolika, i ustawiliśmy pod jedną z palm w centralnym miejscu patio. Dobre miejsce – obok głównego baru, w okolicach głównego basenu, z widokiem na wszystko i wszystkich. Dodatkowo nie ma możliwości, żeby minęli nas kelnerzy wychodzący na obchód. Zamawiam cztery razy Sex on the beach na dobry początek. Szybko jednak musiałem wyjaśnić kelnerce, że chodzi o drinka, bo niby żartem, niby serio, ale wolała podpytać. Jeden dolar na napiwek, aby zapewnić sobie późniejszą szybszą obsługę i wszyscy szczęśliwi.

Wieczór trwa w najlepsze. Ludzi bardzo dużo, atmosfera przyjemna, a nam zachciało się shishy. Idę  na zwiad, aby dowiedzieć się, jak ją zamówić. Mają tutaj cośw  stylu shisha bar, ale palić można dosłownie wszędzie w okolicy głównego patio. Łapię kelnera i mówię, co byśmy chcieli. Zrozumiał od razu i powiedział abym wrócił do stolika, a on wszystko załatwi.

Przynieśli. Dużą, rozpaloną z bardzo dobrym truskawkowym wkładem. Dobrze nam się siedzi, więc drinki po drugiej kolejce zamówienia przestałem liczyć. Shishka też była dobrym pomysłem, toteż w wolnej chwili domówiliśmy drugie nabicie. To jest relaks. Najedzeni, wypoczęci, w dobrym towarzystwie i w super klimacie z zapleczem drinków tuż za plecami. Czego chcieć więcej?

Wieczorna shisha na zakończenie dnia

Do 23.30 niczego. Teraz jednak zachciało nam się już spać, a poza tym mamy w planach wcześnie wstać. Dlaczego? Zobaczycie. Postanawiamy grzecznie zakończyć wieczór i powędrować do swoich pokoi. Zanim jednak zasnę, spiszę jeszcze to co pamiętam, aby nic co kluczowe nie uciekło z mojej głowy. Szczególnie w tym błogim stanie… stanie, w którym widzi i czuje się zupełnie inaczej.

Pozostałe dni z przygód na Zanzibarze znajdziecie tutaj:

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#pracoholik#agadir#Koh Larn#ultrabook#lanzarote#kingsman#Amsterdam#porady#weekend#Włochy#yoga#azja#finansowanie#masaj#emocje#uchodźcy#biała świątynia#pis#mexico city#hr