Nocnym pociągiem do Bangkoku i czas na Pattaya

28 Październik
2017

Nocnym pociągiem do Bangkoku i czas na Pattaya

Znowu budzik. Tym razem o 7.30 i będąc zupełnie szczerym nie mam zielonego pojęcia, czemu tak wcześnie wstajemy. Chyba już z przyzwyczajenia, bo w przeciwieństwie do poprzednich dni, dzisiaj nic nie mamy zaplanowane. Nigdzie się nie spieszymy, i nigdzie za dnia nie jedziemy. Co prawda rozważamy od wczoraj wraz z Olą i Bartkiem, aby wybrać się ponownie do tego wielkiego sklepu z biżuterią, o którym wspominałem dwa dni temu, ale ogólnie wg. głównego planu, dzisiaj dzień wolny.

Chiang Mai, to nie Acapulco w Meksyku, gdzie czas wolny można spędzić relaksując się na szerokich plażach oblewanych ciepłymi wodami oceanu spokojnego – a tak było podczas Wielkiej Konkwisty, w której uczestniczyliśmy rok temu. Tutaj trzeba radzić sobie inaczej, a do wyboru pozostało nam niewiele: ponowna wizyta w sklepie z biżuterią, spacer po mieście lub wyprawa do miejsca z naćpanymi tygrysami w klatkach, gdzie można sobie zrobić z nimi zdjęcia (właściwie, to wszystko można z nimi zrobić, zważywszy na ich otępiały stan).

Pomimo, że moja Bernatka uwielbia wszelkiego rodzaju koty, ostatnią opcję z wiadomych przyczyn odrzucamy (jak się potem dowiedzieliśmy, całkiem spora część uczestników naszej grupy wycieczkowej tam się wybrała). Spacerów po mieście już trochę zaliczyliśmy, więc drogą eliminacji ten pomysł z ponowną wizytą w największym sklepie jubilerskim nie jest wcale taki zły, w szczególności, że naprawdę można nacieszyć oko tymi pięknymi wyrobami.

Bartek w międzyczasie ogarnął transport i muszę przyznać, że zrobił to zacnie - jest 9.00 i pod hotel zajechał minivan podstawiony bezpośrednio przez sklep. I to nie byle jaki minivan… Dali wersję o tak wypasionym komforcie, że mógłbym nim chyba wracać z Tajlandii do Polski. Przestrzeń, komfort, wyciszenie – wszystko idealne. Aż nie chce mi się z niego wysiadać, a jednak trzeba… i to niecały kwadrans później.

Sklep od razu wciągnął nasze kobiety, więc nie pozostaje nam nic innego, jak wiernie im towarzyszyć, żeby przypadkiem, ktoś ich nie wziął za jeden ze skarbów tego miejsca. Dzisiaj, bez żadnego pośpiechu można obejść w całości ten ogromny sklep i zapoznać się z jego asortymentem. Nie chcąc jednak tracić za dużo czasu na bezsensowne spacerki, skupiliśmy się na miejscu, które zainteresowało Bernatkę jak tylko dowiedziała się, że chcę jej sprezentować jakiś pierścionek. Złoty z diamentem już ma w postaci zaręczynowego, więc tym razem padło na srebrny z jakimś innym szlachetnym kamieniem. Cóż ja najlepszego zrobiłem, nie mam pojęcia, ale proponować kobiecie, żeby wybrała sobie jakiś pierścionek w największym sklepie z biżuterią nie zalicza się raczej do najlepszych pomysłów… No ale skoro powiedziało się A, to wycofać się już nie wypada, i należy teraz poświecić nieco czasu na doradzanie, który z kamieni pasuje najlepiej do srebra, jakiej ma być wielkości, jakim kształcie, jak duży, jak osadzony i jak coś tam jeszcze, co można wycudować z pierścionkiem.

Widzę, że w między czasie Ola zdążyła kupić sobie kolczyki, a my nadal szukamy. Wreszcie jest! Znalazł się wybraniec w postaci srebrnego pierścionka z szafirem. Muszę przyznać, że wybrała naprawdę piękny okaz, w szczególności, że w zależności od światła i kąta patrzenia, kamień ma aż trzy odcienie: czarny, niebieski i zielony. Całość tego zakupowo-turystycznego procesu zajęła nam nieco ponad godzinę, więc po około 10 minutach czekania na naszego kierowcę, wracamy do hotelu w wypasionym minivanie.

Basen na dachu

Nie wiem jak mam skomentować, to co się przed chwilą wydarzyło, ale zupełnym przypadkiem dowiedzieliśmy się, że w naszym hotelu jest odkryty basen. A gdzie? Na 10 piętrze, a dokładnie na dachu… Szkoda, że nie wiedzieliśmy tego wcześniej, choć z drugiej strony, gdyby nie ta niewiedza, moja Bernatka nie wzbogaciłaby się o nowy nabytek na swoim palcu. Tak więc nie ma co żałować.

Jako, że wymeldowanie z hotelu mamy dzisiaj o 14.00 (pozwolili dłużej posiedzieć, bo normalnie kończą tu dobę o 12.00), a jest dopiero 11.00, to długo się nie zastanawiając idę z Bartkiem skorzystać w ostatnich godzinach z tego zacnego odkrycia, którego dokonaliśmy zaledwie 10 minut wcześniej. Dziewczyny postanowiły zostać w pokojach i się spakować. Nie wiem gdzie podziali się ludzie z hotelu, ale tutaj jest puściutko. Poza nami są tylko dwie osoby, zatem o miejsce nie problem. Jedyny minus, to brak (otwartego) baru. Co do samego basenu, to wielkość przyzwoita, jak na tego typu lokalizację – można i się schłodzić i spokojnie popływać. Co prawda woda do najcieplejszych nie należy, ale całość w pełni zadowalająca.

Pomijając kwestie mini udaru słonecznego, którego zaznałem obcując ze słońcem 10 pięter nad ziemią, nic ciekawego się nie wydarzyło. A nawet jeśli tak, to przez wspomniany wcześniej udar, zupełnie tego nie pamiętam. ;) Wymeldowaliśmy się zgodnie z planem, więc musimy jeszcze coś wykombinować, aby doczekać do 15.30, kiedy to mamy wyruszać na dworzec, z którego nocnym kursem dotrzemy ponownie do Bangkoku.

Jak zatem najlepiej wykorzystać czas, aby po pierwsze minął szybko, a po drugie mieć z tego jakąś korzyść? Tak jest! Pójść coś zjeść. Tym razem postanowiliśmy, że pójdziemy do knajpy naprzeciwko hotelu, aby uniknąć niepotrzebnych spacerów. I to był strzał w dziesiątkę! Jedzenie wyśmienite, zarówno zupy, jak i dania główne. Do tego świeżutki kokos, który po moim udarze idealnie uzupełnił wszelkie elektrolity.

Knajpka naprzeciwko hotelu.

Zrobiła się pora wyjazdu. Zbieramy się więc z knajpy i wędrujemy do hotelu. Wszyscy uczestnicy siedzą już na sofach w lobby, zatem pozostaje nam tylko czekać na kierowcę i przewodnika. Z lekkim opóźnienie, bo o 15.40 ruszamy na dworzec kolejowy w Chiang Mai.

Nocna podróż pociągiem

Dojechaliśmy na stację. Jest 16.15, a odjazd naszego składu wg rozkładu przewidziany jest na 17.00. Znowu trzeba jakoś zabić czas. Wszyscy się rozpierzchli gdzieś po dworcu i jego okolicach, my zaś postanowiliśmy ugasić pragnienie w okolicznym barze. Cały czas odczuwam lekkie efekty udaru, to też zamawiam podwójną porcję soku ze świeżych pomarańczy, przyglądając się przy okazji obiektowi, z którego rozpoczniemy dalszą podróż. Poza tym, że odjeżdżają z niego pociągi, to nie różni się on za bardzo od innych miejsc w Tajlandii, a to znaczy, że zobaczycie tutaj zarówno portrety przedstawiające rodzinę królewską, domki dla duchów, posążki buddy, słonie, girlandy i wszystko inne, co kojarzy się z buddyzmem lub Tajlandią. Robię więc jeszcze kilka zdjęć by utrwalić to miejsce i idziemy na nasz peron.

Dworzec kolejowy w Chiang Mai.

A to już dworzec od środka.

I jeszcze oczywiście słonie i portrety.

Przewodniczka uprzedzała nas wcześniej, że jak będzie okazja, to mamy zwrócić uwagę na odprawę załogi pociągu tuż przed jego odjazdem – w naszej kulturze element niespotykany. Tak się złożyło, że właśnie taka okazja się nadarzyła. W jednym miejscu cała załoga. Kilkanaście osób słuchających wytycznych swojego przełożonego, szykuje się właśnie na nasz kurs – to znak, że trzeba się zbierać i szukać swoich przedziałów. Tak też robimy, toteż kilka minut później grzejemy już odpowiednie miejsca.

Odprawa załogi przed odjazdem do Bangkoku.

Podróż nocnym pociągiem do Bangkoku, to przygoda sama w sobie. Poważnie. Z jednej strony uciążliwa, męcząca, zupełnie niekomfortowa pod żadnym względem, ale z drugiej… gdybym cofnął się w czasie, to powtórzył bym ją jeszcze raz. Wspominam o tym, bo jest wersja wycieczki „De lux”, gdzie zamiast pociągu jest przelot samolotem, ale w tej opcji na pewno nie doznałbym tylu emocji, co tutaj.

Przede wszystkim jest tu cholernie zimno. Rany! Wręcz lodowato! Nigdy bym się nie spodziewał, że po tym co przeżyłem przez ostatnich kilka dni, będę narzekał w tym kraju na chłód. A jednak! Jedziemy tym pociągiem wręcz w bardzo zacieśnionych stosunkach i kombinujemy na wszelkie sposoby, jak ograniczyć ten arktyczny nawiew, co raczy nas z sufitowej wentylacji. Widać, że nie jesteśmy pierwsi, bo cały sufit oblepiony jest taśmą samoprzylepną, plastrami, elementami (chyba) podpasek i czymś tam jeszcze. Nic klejącego nie mamy, więc jako pierwszy pomysł powędrowała kartka, którą włożyliśmy między żeberka w kratce wentylacyjnej. Pomogło. Co prawda na krótko, a konkretnie do czasu aż pojawiła się obsługa pociągu i z uśmiechem na ustach kazała to odczepić. Widać, że mają z tego rozrywkę. Widać…

Wszelkie prośby o wyłączenie nawiewu, albo zwiększenie temperatury niestety zostają pomijane, więc kombinujemy dalej. Rozwiesiłem na cały sufit moją arafatkę – pomysł wydawał się dobry, ale niestety na jakieś 15 minut. Przez tyle udało jej się powstrzymać gęste, zimne powietrze – później fizyka zrobiła swoje i dosłownie zalało nas chłodem. Jak to się mówi do trzech razy sztuka. Bierzemy z Arkiem jeden z materacy i kładziemy po środku między kuszetkami na wyższym poziomie. Tak, to jest zdecydowanie najlepszy pomysł. Co prawda ogranicza światło prawie w 100%, ale w podobnej skuteczności ogranicza też napływ zimnego powietrza, a to w chwili obecnej jest najważniejsze.

Nieopatentowane rozwiązanie na klimatyzację z pociągu.

Zauważyliśmy, że nasz pomysł walki z zimnem okazał się na tyle nowatorski, że nawet obsługa pociągu zebrała się w kilka osób, aby podziwiać kunszt pracy inżynieryjnej przybyszy z Polski, nie mówiąc już o robieniu zdjęć tej konstrukcji. W pewnym momencie zaczęliśmy się śmiać i zastanawiać, czy przypadkiem za każdym takim kursem, nie robią sobie zakładów, kto dłużej wytrzyma i co nowego wymyśli, aby choć trochę ograniczyć ten polarny nawiew. ;)

Najważniejszy problem rozwiązany, zatem biesiadujemy dalej. Wreszcie jakaś dłuższa okazja, kiedy możemy swobodnie wszyscy porozmawiać i o wycieczce, i o tym co robimy na co dzień. Co jakiś czas nasze dyskusje przerywa tylko ciągle kursująca Pani z pytaniem, czy ktoś ma ochotę napić się kawy lub herbaty, a tak, to święty spokój sprzyjający wieczornemu biesiadowaniu.

Nastała 21, kiedy przeszła kolejna osoba z obsługi, aby posłać nam kuszetki. Tu dosłownie każdy ma pracę! Przez te gadu gadu, zapomniałem napisać o procesie sprawdzania biletów w pociągu. Nie robi tutaj tego tylko jedna osoba. Nie robią tego nawet dwie. Ba! I trzy to też za mało. Tutaj za proces związany z kontrolą biletów odpowiadają aż 4 osoby. Serio, serio! Jeden bierze ode mnie bilet i sprawdza czy jest ok, następnie podaje drugiemu, który go dziurawi takim zwykłym standardowym dziurkaczem, który nawet nie ma pojemnika na powstałe konfetti. Po przedziurkowaniu bilet podawany jest trzeciej osobie, która sprawdza (chyba) czy ten drugi dobrze przedziurkował, a następnie oddaje mi bilet. Ci wszyscy trzeb byli w mundurach, jako kontrolerzy. Tuż za nimi wędruje jeszcze jedna osoba z obsługi, która tuż po przedziurkowaniu biletu i przejściu dalej wspomnianej reprezentacji, zamiata na szufelkę wykrojone kawałki biletu. Niesamowity widok, a już szczególnie dla osoby, która na co dzień zajmuje się optymalizacją.

Połowa wagonu położyła się już spać. Czas i na nas. Właśnie objawił się główny minus naszego pomysłu z materacem blokującym zimne powietrze. Zablokował też możliwość skorzystania z górnych kuszetek. No może nie do końca zablokował, bo i tak byśmy tam zamarzli, ale jednak taka myśl początkowo przeszła przez głowę. Szukając pozytywów – będzie przytulniej, szczególnie że kuszetki mają tutaj max 50 cm szerokości.

Hotelowe śniadanko i jedziemy do Pattaya

Nastał dzień dziesiąty. Dość wcześnie, bo o 5.30 rano. Objawiło się to wizytą Pana od kuszetek, który tym razem robił kurs odpowiedzialny za zebranie pościeli i złożenie łóżek. Niestety trzeba się szybko zbierać, aby nie blokować jego czasu i całej procedury, a do Bangkoku jeszcze niecała godzina.

A właśnie. W pociągu nie gaszą światła na noc. W ogóle. Tak tylko wspominam, co by utwierdzić, że pomysł z materacem na górnych kuszetkach jest wręcz genialny, gdyby ktoś miał odbyć podobną podróż jak nasza.

Wjeżdżamy do Bangkoku. Jest 6.15. Wszyscy żwawo wysypują się z pociągu, który zakończył swoją podróż na Dworcu Głównym. Teraz jeszcze tylko 10 minutowy spacer na śniadanie do pobliskiego hotelu, gdzie czeka na nas nasz autokar, a później kurs do Pattaya. Co istotne, a o czym nie wspomniałem wcześniej, to kwestia transportu głównych bagaży – te nie jechały razem z nami pociągiem, lecz zostały dowiezione w autokarach, które opuściliśmy na dworcu w Chiang Mai.

Zostawiamy podręczne bagaże w autokarze i wchodzimy do hotelu, który… zdecydowanie nie jest przygotowany na to, aby w jednym momencie obsłużyć około 80 osób na śniadaniu (nie licząc jeszcze normalnych gości hotelowych), bo poza nami zawitały tutaj również inne wycieczki. Efekt tego taki, że nie dla wszystkich od razu wystarczyło jedzenia i co poniektórzy, w tym my, muszą teraz czekać, aż braki zostaną uzupełnione. Na szczęście na śniadanie mamy około godziny, więc na spokojnie czekamy na swoją kolej. Najlepsze śniadanie to to nie jest, ale po takiej podróży, dla głodnego, wszystko co gasi apetyt i pragnienie jest super.

Przed nami około trzy godziny jazdy do Pattayi. Ostatnie trzy godziny w autokarze, które dzielą nas od wymarzonych dni relaksu, na których zregenerujemy siły i odpoczniemy. Tylko trzy godziny i co? I to, że w połowie drogi postanowiono zrobić jeszcze jeden blisko 40 minutowy postój na kawkę i herbatkę. Po co tak długi? – nie mam pojęcia. Jedyne logiczne uzasadnienie jakie się nasuwa to fakt, że w przeciwnym wypadku do Pattayi zajechalibyśmy zbyt wcześnie, przez co i tak nie dostalibyśmy kluczy do swoich pokoi, bo doby hotelowe zazwyczaj zaczynają się tutaj od 14.00.

Ale ja chcę już do tej Pattayi! Chcę do hotelu z basenem. Marzę o prysznicu i błogim relaksie, do którego dzieli mnie już tak niewiele. Zabijam czas kręcąc się po okolicznym parkingu, kiedy moją uwagę przykuło pewne zjawisko. Opisać się go nie da, więc pokażę na poniższym zdjęciu. I tak – oni tu tak jeżdżą – to nie jest jakiś wystawowy okaz.

To standard, nie wyjątek. ;)

Czasu nie udało się wytracić, tyle ile się chciało, bo dojechaliśmy właśnie do Pattayi, a na zegarku mam 11.00. Wysadzają nas w różnych hotelach, więc z tego co się zorientowałem, my będziemy jednymi z ostatnich. Na trasie okazało się, że razem z nami w hotelu będzie też Ola z Bartkiem i Jola z Marcinem. I to jest bardzo dobry news!

Tak jak przypuszczałem, wysadzono nas prawie na końcu – w hotelu Siam Bayshore (recenzja tutaj: Hotel Siam Bayshore w Pattaya) znajdującego się tuż przy głównej ulicy Pattatyi – Walking Street. Pomimo, że jesteśmy przed 14, to nie każą nam długo czekać. Całość procedury meldowania w pokojach ogarnęli w niespełna pół godziny, co muszę przyznać mocno nas ucieszyło. Wędrujemy wraz z Bartkiem i Olą do naszych pokoi (dali nam prawie sąsiadujące) podziwiając hotel, jego otoczenie i ogrody, kiedy nagle całość tych przyjemnych bodźców wzrokowych przerywa nam dziwny, niezbyt przyjemny smród (choć moja nauczycielka z chemii z podstawówki nazwała by to „intensywnym zapachem”). No tak – już wiem, co mieli na myśli internauci krytykujący ten hotel w swoich opiniach na Trip Advisor i stronie Rainbow. Hotel Siam Bayshore od lobby.

Obcowanie ze smrodkiem potrwało może z 15 sekund, bo tyle trzeba przeznaczyć na przejście wspomnianego mostku, po czym ponownie zaczęliśmy podziwiać hotel. Pisze podziwiać, bo to specyficzny obiekt z ogrodami i drzewami w środku, na dziedzińcach, co czyni go wyjątkowo kameralnym jak na hotel znajdujący się w samym środku miasta. Rozrywkowego miasta…

Tak! Ten obiekt znajduje się w samym środku miasta.

Pierwsza wizyta na Walking Street

Zrobiło się późno. Jest 20.00. Dzisiaj po zameldowaniu za bardzo nic już nie robiliśmy. Na obiad wybraliśmy się na miasto, do pobliskiej restauracji znajdującej się na terenie hotelu Dream Hotel. Bardzo dobre jedzenie i zacne porcje – nie pamiętam dokładnie, ale coś około 120 batów za osobę. Przetestowaliśmy też hotelowy basen, o czym marzyłem od dobrych kilku dni, stąd też czas poświęciliśmy głównie na kąpiele, opalanie i relaks. Właśnie zbieramy się na miasto, aby na własne oczy zobaczyć krążącą legendę od Pattayi i najsłynniejszej ulicy Walking Street.

No drodzy Państwo! Bangkok to jedno, ale to co się wyprawia w Pattayi, to wisienka na torcie. To miasto nie śpi. Znaczy się pewnie śpi, ale w godzinach między 8 rano, a jakąś 16. Potem powolutku zaczyna budzić się do życia, aby około 21 przejść w fazę pobudzenia, gdzie następnie od północy osiągnąć punkt kulminacyjny trwający już do białego świtu okazując przy tym całe swoje prawdziwe oblicze. W Pattaya, a szczególnie na Walking Street jest wszystko. Oczywiście to miasto ociekające seksem, więc wrażliwcy niech się tam nie wybierają. Natomiast ci co myślą, że już wszystko w życiu widzieli, to koniecznie muszą przyjechać do tego miasta, aby przekonać się, że żyli w niewiedzy i jednak wszystkiego nie widzieli…

Dzisiaj nie wziąłem aparatu, także zdjęciami się nie podzielę. Ale wezmę go jutro, i po jutrze – obiecuję. Na razie chcę się skupić na tym miejscu, jego otoczeniu i zobaczyć, gdzie warto wrócić z aparatem. Teraz już wiem, że właściwie wszystko tu jest warte zobaczenia, więc nie ma co robić selekcji. Morze ludzi. Wszystkich typów. Młodych, starych, małych, dużych, wszelkich ras i narodowości, z dziećmi i bez, na wyjazdach kawalerskich czy samotnych sex wypadach. Kocioł. Ale fajny kocioł. Takie tłumy to ja lubię – niby wszystkiego dużo, ale nikt nie nagabuje, nikt nie zaczepia, nikt nie chce nic sprzedać – anonimowi, samotni i pozostawieni sami sobie pośród tłumu.

Doszliśmy do końca Walking Street, która prawie nas wchłonęła do niejednego z kilkudziesięciu klubów go-go czy też podobnych kramów z innymi „atrakcjami”. Za bramą powitalną ukazała nam się Beach Road, czyli droga oraz deptak wzdłuż plaży i morza. Po długim dniu, pamiętając jeszcze podróż pociągiem, zmęczenie zaczyna dawać się we znaki. Postanawiamy wrócić do hotelu, jednakże aby należycie zakończyć dzień, zamawiamy jeszcze po drodze zasmakowany przysmak w Bangkoku – czyli naleśniki z bananem, jajkiem i czekoladą.

Pozostałe dni z podróży po Tajlandii w ramach wycieczki "Baśniowa Tajlandia" organizowanej przez Rainbow Tours:

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#I Amsterdam City Card#reklamacja#Syria#Walking Street#plus gsm#zarządzanie#ambicja#Farma przypraw#pracownik#meksyk#ślub na Zanzibarze#podróże#rozwój#alkohol#Holandia#marzenia#pracoholizm#motywacja#zachód słońca#wybory