Magiczny wschód słońca, football Masajów i kolacja nad basenem

10 Kwiecień
2018

Magiczny wschód słońca, football Masajów i kolacja nad basenem

Dzisiaj pobudka o 5.50. Skąd ten pomysł? Ano stąd, że mamy ambitny plan obejrzeć wschód słońca nad oceanem. Po dziesięciu minutach wychodzimy z pokoi. Z początku odczuwamy mały dyskomfort, że jest już po czasie. Jest wyjątkowo widno, ale wszystkie informacje w google’u mówią, że wchodu jeszcze nie było. Idziemy zatem na plażę przekonać się na własne oczy czy wujek google się nie myli. Delikatny poranny wiatr muskający rozgrzaną sprawia, że spacer ten jest naprawdę przyjemnym doświadczeniem.

Jeszcze nie doszliśmy na miejsce, a każde z nas cały czas coś fotografuje. Piękna kolorystyka, która cały czas się zmienia. Widzę, że Bernatka robi super zdjęcia przy basenie. Szumiące palmy na tle niebieskoniewiadomojakiego nieba.

Gościnna fotka mojej Bernatki.

Z tymi wszystkimi przerwami na fotki, na plażę doszliśmy o 6.10. Ups. Jednak nie plaży. Jest pełny przypływ. A przynajmniej tej publicznej plaży. Jest tylko hotelowa, osłonięta wbitymi w piach drewnianymi balami, pełniącymi rolę falochronu. Ma to swój urok. Wczoraj woda cofnięta maksymalnie w głąb, dzisiaj zaś zalała wszystko po samą granicę hotelu.

Ma to swoje plusy. Na drewnianych  balach rozstawiam Go Pro i statyw z komórką. Na pierwszym kręcę timelapse, na drugim film. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Zostawiam sprzęt samemu sobie i zabieram lustrzankę, aby porobić fotki. Trzeciego statywu niestety już nie mam, zatem muszę zrobić to, co jest zakazane w takich przypadkach. Korzystać z przeogromnych wartości ISO, aby ich kosztem uzyskać w miarę przyzwoity czas naświetlania i zniwelować brak ostrości, który może powstać, kiedy robi się zdjęcia z ręki. Minus taki, że fale i chmury wyjdą jak zatrzymane w miejscu, a nie tak pięknie rozmyte w ich naturalnym ruchu.

Przygotowania do nagrywania wschodu słońca.

Kierując się na publiczną plażę.

Początek zjawiskowego wschodu słońca.

Wyobraźcie sobie, że faktyczny wschód słońca nastał dopiero około 7.00. A my już o szóstej rano mieliśmy obawy, że jest za późno. Faktyczny, bo dopiero teraz zaczyna być widać naszą gwiazdę, a tak, to była jedynie poświata wyłaniająca się zza horyzontu. Piękne te widoki. Powinni zapisywać tego typu zadania, jako element terapii na różnego typu problemy psychiczne. Uspokajają, powodują, że człowiek staje się szczęśliwszy, zmotywowany i docenia naturę i świat, który go otacza. Ogólnie super. Dla mnie zawsze wschód słońca wygra z zachodem. Może przez to, że tłumaczę sobie zawsze, że to jednak czegoś początek, a nie koniec. Nowy dzień, nowe możliwości. Podobnie jak z porami roku. Wiosna wygra z jesienią. To na wiosnę wszystko budzi się do życia, rozpoczyna się coś nowego. Ah, jak zrobiło się nostalgicznie i coachowo.

Chyba idzie naprawiać dach.

Wschodu słońca ciąg dalszy.

Ocean znika w oczach. Z minuty na minutę coraz bardziej. Można już spokojnie chodzić po plaży. Wszędzie algi i trawa morska. Pełno małych, ale i pięknych muszli. Co jakiś czas jakiś przejdzie lub przejedzie rowerem jakiś tubylca. Zawsze się zastanawiałem patrząc na zdjęcia innych osób z Zanzibaru, jak to możliwe, że tutaj po piachu jeżdżą rowerami bez żadnych problemów. I tajemnica się wyjaśniła. Tutaj piach jest tak zbity, tak gęsty, że podłoże jest po prostu ubite i twarde. Konsystencją przypomina bardziej piasek kinetyczny, czy ciastolinę Play Doh niż to, co możemy spotkać nad Bałtykiem, czy pustynnych wydmach.

Poranne spacerki. Tylko pozazdrościć.

Kończę nagrywać. Zdecydowanie wystarczy. Zdjęcia robię dalej. Dziewczyny postanowiły pójść na spacer, plażą na północ. My w tym czasie ogarniamy z Bartkiem materace i ręczniki. Cóż – efekt uboczy podziwiania wschodu słońca jest taki, że na plaży jesteśmy pierwsi. Mamy pierwszeństwo jeśli chodzi o wybór miejsc na dzisiejszy dzień.

Plaża hotelowa bez ludzi prezentuje się znacznie ciekawiej.

Wróciła Bernatka z Olą. Były za Neptunem. Opowiadają, że widziały lokalną wioskę, gdzie siedzą ci wszyscy tubylcy, sprzedający za dnia na plaży. Przybywa też ludzi na plaży. Zaczynają się powoli schodzić, aby rezerwować pozostałe leżaki.

Postanowiliśmy się rozdzielić. Bartek idzie pływać, Bernatka zbierać muszle, Ola zniknęła gdzieś z aparatem, a ja próbuję nagrać coś na komórkę, testując przy okazji możliwości Galaxy S7, którego mam zaledwie od kilku dni. Zaczepiają nas Peter Pan i Benjamin – dwaj poznani podczas wczorajszej wyprawy Masajowie. Rozmawiamy właściwie o wszystkim i o niczym, ale o dziwo nic nie chcą. To nie pora na sprzedaż i zaczepianie turystów. Jeszcze za wcześnie. Żegnają się, po czym odeszli w kierunku swojej wioski.

Poranne zbiory. Galaxy S7 całkiem nieźle to złapał.

Świeże kokosy i chwila relaksu

8.30 to zdecydowanie przyzwoita pora by pójść wreszcie na śniadanie. Tradycyjnie biorę omlety, Bernatka naleśniki i uzupełniamy to sokiem pomarańczowym. Po niespełna godzinie lądujemy z powrotem na plaży. Dzisiaj już w cieniu, spaleni po wczorajszej eskapadzie w głąb oceanu.

Na plaży bardzo dużo tubylców i Masajów. Już nie pospacerujemy brzegiem w komfortowych warunkach, bez nagabywania przez kolejne osoby. Leżymy zatem i rozmawiamy, oglądając przy tym wcześniej nagrane filmy. Ocean cofa się dalej, odsłaniając coraz to nowsze połacie zasypanej trawą morską i jeżowcami plaży. To jest ten moment aby zaznaczyć, że najlepszą porą na spokojne delektowanie się plażą i oceanem są godziny między 6.00, a 8.00 rano. Warto wstać wcześniej.

Poranne spotkanie Masajów.

I tak cały czas...

Leżymy i odpoczywamy. Podpatrzyliśmy, że można zamówić kokosy. Okazuje się, że to tutejsze – z ogrodów hotelowych i plaży. Ogrodnicy je ścinają, aby nie zabiły przypadkiem turystów podczas samowolnego opuszczania palmy. Tak więc jest to dla nich bardziej problem, niż element oferty hotelowej. Nie ma też ceny. Tak, tutaj kokosy są bezcenne.

Dajemy ogrodnikowi po dolarze za każdego przyniesionego orzecha i uzupełniamy elektrolity. Kocham kokosy, więc pomagam pozostałym w ich wypiciu, bo widzę, że niekoniecznie im dzisiaj wchodzą. Aby mi się jednak towarzystwo nie odwodniło, zamawiam serię naszych ulubionych tutejszych drinków, czyli Rum Cooler (rum ze spritem i sokiem z limonki), Campari Orange (Campari z sokiem pomarańczowym) oraz Shirley Temple (sprite z grenadyną).

Jak widać wybór drinków znacznie większy...

Krajobraz jaki ukazał się obecnie przy plaży, przykuł naszą uwagę. Samotna łodź na pustynnej plaży, na której już nie ma śladu po oceanie. Jak cofniecie się do drugiego zdjęcia z dzisiejszego wschodu, to zobaczycie jak znika woda w te kilka godzin. Łódź jest cały czas w tym samym miejscu. Postanowiliśmy zrobić sobie przerwę w tym całym all inclusive i błogim relaksie, aby za bardzo się tym wszystkim przypadkiem nie przemęczyć, i poszliśmy nad ocean porobić kolejne ciekawe fotki.

Wspomniana samotna łódź

Wybaczcie. Nie mogłem się zdecydować, które zdjęcie zamieścić. ;)

W narodowych barwach potwierdzam, że tu jest zdecydowanie OK!

Ale skwar. Myślałem, że wczoraj było gorąco, ale dzisiaj to już przegięcie. Nie to żebym narzekał, bo jest cudnie, ale wracam do cienia. Popodziwiam widoki, posłucham muzyki, walnę jakiegoś drinka i chyba się zdrzemnę. Tak, drzemka to super pomysł.

Samotny Masaj przewodnik w poszukiwaniu nowych klientów.

Z wizytą w lokalnej wiosce tubylców

Południe. Bernatka postanowiła wyciągnąć mnie na spacer, plażą, do sąsiadujących z hotelem sklepików Masajów, o których wcześniej mi mówiła. Nie oponuję. Pomysł dobry, a że po drzemce czuję się lepiej, to i słońce w zenicie zupełnie mi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Z przyjemnością ponownie się z nim przywitam.

Okazało się, że wspomniana wioska jest dosłownie za naszym hotelem. Wystarczy minąć plażą granicę hotelu Dream of Zanzibar i zanim zacznie się kolejny, można skręcić do chat lokalnych mieszkańców. W dalszej części podobno mieszkają, natomiast w tej pierwszej głównie handlują. Słomiane chatki służą im jako sklepiki, w których znaleźć można dosłownie wszystko. A pamiątki naprawdę super. Różne figurki, rzeźby czy obrazy. Warto było się przejść, zobaczyć to wszystko i zapoznać się z naszymi nowymi lokalnymi znajomymi.

Dzieła w pobliskich chatach

Lunch i football na plaży

Przyszedł czas na lunch. Jest kwadrans po trzynastej. Chcieliśmy na sushi, ale niestety nieczynne. Zapomnieliśmy, a uprzedzali nas wczoraj. No trudno. Idziemy zatem do głównej restauracji. Dzisiaj szaszłyki z ryby, kurczak i kalmary po chińsku – cokolwiek to znaczy. Kalmary wraz z towarzyszącymi ośmiorniczkami bardzo dobre. Gąbczaste i trochę trzeba przeżuć, ale dobre. Na tyle dobre, że nakładam drugą porcję. Dopycham się owocami, zaś na lodach pistacjowych kończę moją rozprawkę z lunchem. To był dobry posiłek.

Bartek z Olą postanowili nas opuścić i idą do pokoju. Są zmęczeni, a dodatkowo jest cholernie gorąco. Po południu temperatura powinna już spadać lub chociaż się utrzymać, a tu pnie się w górę całkowicie olewając oczekiwania turystów. My się nie poddajemy (choć nie wiem czy to dobry pomysł) i idziemy dalej na leżaki. Umawiamy się jeszcze tylko wstępnie na wieczorny spacer – tym razem w kierunku północy.

Na plaży super wieje. Nie czuć upału. Dziwne, bo w części basenowej spiekota. Bernatka mi zasnęła, tak więc mam okazję spisać wszystko, co się działo do tej pory i spokojnie dalej zająć się jedną z moich ulubionych czynności, czyli obserwowaniem ludzi.

Pozdrowienia przy każdej okazji

Jest za kwadrans piętnasta. Zobaczyliśmy, że tubylcy z Masajami (trzeba ich oddzielać, bo Masajowie, to ten nabytek z importu, który przyjechał z kontynentu) grają między sobą w piłkę nożną na plaży. Niekoniecznie lubią się nawzajem i chyba stąd ten podział drużynowy. Warunki mają super, bo jak pisałem wcześniej, piach tutaj mocno ubity. Tylko czemu w taki skwar? Słońce w zenicie, a ci grają.

Plażowa rozgrywka w football.

Idziemy popatrzyć. Chłopaki od razu nas wyhaczyli i proponują, abyśmy dołączyli do gry. Szczególnie Bernatka. Czemu mnie to nie dziwi? Przed chwilą, gdy potoczyła się do nas piłka, zaimponowała im swoim wykopem i tym samym dała sygnał, że nadaje się do gry. Jednak odmawia i woli popatrzyć. Ja z uwagi na moje przygody z kolanem, również odpuszczam i pozostaję przy obserwacji, oraz oczywiście robieniu zdjęć. Ekipa wraca do gry.

W takich krajobrazach to można grać.

Lokalny Lewandowski pozdrawia.

A tu zauważycie różnice w

Uwielbiam tę fotkę!

Zostawiam Bernatce aparat. Postanawiam coś pokręcić. Otoczenie sprzyja testom gimbala – zobaczymy co z tego wyjdzie. Przy okazji pogadam z tubylcami odnośnie kosztów wypłynięcia w rejs ich pięknymi drewnianymi łodziami rybackimi. Ceny wydają się być całkiem przyzwoite. Godzinny rejs to koszt 45$, niezależnie od tego czy płynie jedna czy cztery osoby. Dodatkowo jest to cena wyjściowa, więc na pewno można by było jeszcze się potargować, gdyby była taka potrzeba. Zapisuję w pamięci szczegóły, aby przekazać pozostałym i wracam do Bernatki.

Gdyby ktoś chciał, to można wypływać.

Liście aloesu i posłoneczna kuracja

Zaczynam ponownie mieć dość słońca. Temperatura daje się we znaki, a i skóra daje już znać, żebym się nieco nad nią zlitował. Mecz jeszcze trwa, kiedy postanawiamy wrócić do pokoju. Bierzemy po drodze pepsi z baru i wędrujemy w kierunku bungalowów. Ośrodek bardzo duży, a domki położone w dalszej (i wyższej) części hotelu, więc na każdy taki spacer do pokoju z części głównej hotelu, czy też plaży, należy liczyć z 10 minut.

Muszę przyznać, że do perfekcji opanowaliśmy tutaj sztukę obróbki i rozkładania liści aloesu oraz późniejsze smarowanie się tym całym wywarem. Od wczoraj aktywnie korzystamy z uroków roślin hotelowych, które również bez żadnych problemów ścinają dla nas ogrodnicy. A gdy ich nie ma w pobliżu, to mamy pełną zgodę na samodzielne wyrywanie liści. Także i dzisiaj musimy skorzystać z tych dobrodziejstw, aby przeprosić skórę, za nasze wygłupy na plaży.

Spacer na północ

Przyszła 17.00. Godzina, na którą umówiliśmy się z Olą i Bartkiem na wieczorny spacer. Musimy jednak iść sami, bo dalej regenerują siły i przede wszystkim wychładzają się po tych słonecznych torturach w ostatnich dwóch dniach. Tutaj jest naprawdę gorąco i to w pełnym, niczym nie zakrywanym słońcu. A mamy końcówkę lutego… W Polsce temperatury minusowe, a tu jakieś 40-50 stopni w słońcu. W cieniu, wg wskazań aplikacji w komórce, odczuwalne jest 34...

Idziemy więc sami. Kierunek północ, czyli tam gdzie byliśmy przed południem. Mijamy lokalne sklepiki w postaci szałasów z chustami, obrazami, wyrobami ręcznymi, ale też „studia tatuażu” henną i masaże. Patrząc po osobach, które mają je robić – nie wiem, kto się na to decyduje, ale jakby co – opcja jest. Są też inne hotele, w tym wspomniany Neptun. Ze strony ulicy wydawał się bliżej. Od strony plaży, jest to jednak trochę spaceru. Muszę przyznać, że mają tutaj czyściutką plażę. Czyściutką w znaczeniu takim, że nie widać trawy morskiej. Być może jest wynikiem mniejszych przypływów i odpływów w stosunku do naszej części plaży.

Stragany na plaży tuż za rogiem.

Suszenie alg.

Minęło jakieś pół godziny, kiedy postanawiamy zakończyć spacer i zawrócić. Po pierwsze im dalej, tym mniej ciekawych rzeczy, a poza tym zaczyna się przypływ, który postępuje z minuty na minutę, przez co wracamy już lekko w wodzie. Za kilkanaście minut będziemy musieli pewnie już płynąć, a nie spacerować.

Kolacja przy basenie i ponowne ciekawe spotkanie

Zasiadamy na ratanowych sofach w części wspólnej hotelu, w okolicy shisha room. Dzisiaj bez palenia. Zamawiamy ponownie nasze ulubione drinki, kontynuując przedpołudniowy rytuał i czekamy sobie na Bartka i Olę. W między czasie obserwujemy przygotowanie hotelowe do kolacji nad basenem. Dzisiaj nie można zjeść kolacji w żadnej restauracji. Tego wieczora wszyscy goście będą jedli wspólnie – przy stolikach ustawionych wokół głównego basenu.

Przygotowania do kolacji.

Zostawiam Bernatkę samą (a raczej z komórką), biorę gimbala i idę nakręcić to, co się tutaj wyprawia. Przy stoisku z owocami morza zagaduję do jednego z gości, którego kojarzyłem z lotniska w Warszawie. A tak po prostu, na zasadzie „i jak wrażenia z tutejszej kuchni?”.

No i trafiłem. Bo przecież jakże by inaczej? Tak się składa, że zagadałem akurat do Janusza Wiśniewskiego – właściciela firmy cateringowej Bracia Wiśniewscy. Chyba lepszej osoby do zapytania w kwestiach kulinarnych na tej wycieczce nie mogłem trafić. Ot – na dwustu ludzi, akurat spec od jedzenia. Żeby było zabawniej, dla tej firmy robiłem kiedyś kilka projektów multimedialnych, więc zwykłe zagadanie zmieniło się w wymianę opinii, dyskusję odnośnie przeszłych działań oraz poznanie rodziny i towarzyszy podróży Janusza. Świat jest jednak mały.

Z większym opóźnieniem niż planowałem, wróciłem do mojej Bernatki. Bartek z Olą już przyszli i dotrzymali jej towarzystwa w tym czasie. Zrobiła się 19.30. Zaczęto zapraszać do zajmowania miejsc. Jesteśmy jednymi z pierwszych, więc wybraliśmy sobie czteroosobowy stolik, mniej więcej w połowie długości basenu. Stanowisk z jedzeniem bardzo dużo, a nie chcielibyśmy mieć za sobą ludzi nakładających posiłki, bo to zawsze większy chaos i zgiełk.

Zamawiamy napoje. Na scenie zaczęła grać kapela. Światowe hity w afrykańskim klimacie i równie lokalnym akcencie (tak wiem – trudno to sobie wyobrazić), ale też kilka bardziej lokalnych utworów. Jedzenie tym razem bardzo dobre, i przede wszystkim bardzo duży wybór – sałatka z krabów, kawałki langusty, lazania, szynka parmeńska, warzywa, owoce, ciasta, budynie itp. Dodatkowo, niestety ze znaczną opłatą (kilkadziesiąt euro), świeże owoce morza (homary, krewetki, duże kraby i langusty) przygotowywane na oczach klienta. Jest w czym wybierać.

Nieogarnięci kelnerzy i wieczór pomyłek

Dzisiejsza kolacja trwała znacznie dłużej niż dotychczasowe, ale nie ma się czemu dziwić. Zupełnie inny klimat plus muzyka na żywo. Postanowiliśmy ją zakończyć dopiero około 21.00. Teraz, podobnie jak wczoraj, idziemy na sofy z myślą o testowaniu kolejnych drinków. Podobnie też jak wczoraj (niestety) jest problem ze znalezieniem miejsca. Pod tym kątem hotel jest nieco nieprzygotowany. Oczywiście jakoś sobie radzimy także i tym razem, kompletując zestaw z osamotnionych mebli.

Siadamy tam gdzie wczoraj, bo fajnie wiało, a o chłodny powiew, właściwie o każdy powiem, jest tutaj bardzo trudno. Zamawiamy drinki – zaczynamy od Rum Cooler. Niestety przynoszą nam złe – Cuba Libre. Pomyłka niewielka, bo zamiast Sprite’a nalali Colę, ale jednak jest to odczuwalne. No trudno – inny kelner, więc nie skojarzył. Wypiliśmy co dali i ponownie zamówiliśmy Rum Cooler oraz Mohito. Zdecydowaliśmy się też jednak na shishę, bo całkiem dobrze się po niej spało.

Ponownie przynoszą nam Cuba Libre. Hmm. Tym razem już nie pijemy. Prosimy o wymianę, co też czynią. O shishy również zapomnieli. Cóż - dolara nie będzie. Po kilku minutach dostajemy wreszcie prawidłowe drinki. Ale Shishy jak nie było, tak dalej nie ma. Zrobiła się 22.20, kiedy przyszli i zapytali, czy może chcemy Shishę. What? Minęła jakaś godzina od zamówienia, więc już nawet o niej zapomnieliśmy. Rezygnujemy.

Stwierdziliśmy, że wszystkie znaki wokół dają nam znać, że trzeba zakończyć dzisiejszy dzień. Tak też robimy, pozostawiając za sobą gwarną atmosferę celebrujących swój urlop turystów.

Pozostałe dni z przygód na Zanzibarze znajdziecie tutaj:

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#literatura#Syria#Jozani Park#pasja#Hollywood##Budapeszt#kompetencje#branża#mexico city#postanowienia#pis#netbook#Rainbow#stewardessa#emocje#laptop#polkomtel#bok#plaże