Lecimy na Kubę

25 Kwiecień
2019

Lecimy na Kubę

Czas na nową wyprawę – tym razem na Kubę. Standardowo opis rozpocznę od pierwszego dnia, czyli samej podróży. Od razu zaznaczę, że jeśli od razu chcecie poczytać o samej Kubie, to nie traćcie czasu na czytanie tego wpisu i przejedźcie na sam dół, gdzie (docelowo) znajdują się linki do opisów z poszczególnych dni tej wycieczki. Jeśli jednak interesuje Was również sama podróż na Kubę, sposób odprawy i tego, czego się spodziewać zanim dolecicie na miejsce, to poczytajcie. Być może znajdziecie tu informacje, które mogą Wam się przydać i spowodować, że podróż minie szybciej i przyjemniej. Zaczynamy.

A, i jeszcze jedno. Tego dnia nie wyciągnąłem ani razu lustrzanki. Wszystko robione z komórki i to w warunkach niekoniecznie sprzyjających robieniu zdjęciom. Także jeśli przyzwyczailiście się do jakości zdjęć w innych moich postach, to tym razem musicie wybaczyć. Obiecuję, że w relacji z kolejnych dni będzie już wzorcowo. ;)

Czas na odprawę

Tego nigdy nie unikniemy. Lecąc i wracając z urlopu, zawsze jest ten moment, kiedy najpierw trzeba się trochę postresować, swoje odczekać, postać w kolejkach, poirytować się na różne rzeczy czy też oczywiście się nie wyspać.

Nasz lot zaplanowany był na godzinę 14.00. Na lotnisko przyjechaliśmy o 11.30 z nastawieniem na pewien rodzaj chaosu, jak to zwykle bywa, kiedy przyjeżdża się na niespełna trzy godziny przed wylotem, a czarter mieści blisko 300 osób. Tym razem o dziwo było inaczej niż zwykle. Fakt, że kolejka ma już jakieś 200 osób, to jednak LOT stanął na wysokości zadania i udostępnił aż 5 stanowisk odpraw. Kolejka znikała więc bardzo szybko, co było bardzo miłym akcentem w dniu wylotu.

Ponieważ niektórzy z pasażerów stojący przed nami dysponowali już kartami turysty, które wymagane są na Kubie, zapytałem gdzie można takie dostać, aby na spokojnie wypełnić je stojąc w kolejce, a nie później, w niepotrzebnym pośpiechu. To są drobne sprawy, ale bardzo ułatwiają podróżowanie – wyrobicie w sobie nawyki ogarniania takich tematów w wolnej chwili i zobaczycie, że oszczędza to później sporo czasu, stresu czy dyskomfortu. Wskazali mi miejsce ze stanowiskiem Rainbow, gdzie chwilę później powędrowałem, aby odebrać kartę dla mnie i Bernatki.

To co ważne, to karta turysty wydawana jest w jednej kopii. Jeśli się pomylicie, to trzeba wypełniać nową, a to już koszt 170 zł. Warto zatem dobrze się z nią zapoznać, podpytać ewentualnie obsługę w biurze obsługi i wypełnić tę kartę bezbłędnie. Swoją drogą musiało być chyba sporo pomyłek i problemów w związku z tym, skoro tak bardzo wyczulają co do poprawnego wypełniania druczków.

Odchodząc od stoiska zapytałem jeszcze, czy mają może takie zawieszki na bagaże, ale… nie mieli. Szkoda, bo to przydatna sprawa i przecież dodatkowy nośnik marki wśród setek turystów na lotnisku. Rainbow – pomyślcie o tym. Koszt raczej niewielki, a wizerunkowo dobry zabieg. Na szczęście poratowała mnie Pani z Air France, która sama zaproponowała, że da mi zawieszki swoich linii. Proszę, można? Można.

Jak wróciłem do Bernatki, to stała już w połowie kolejki. Naprawdę tym razem szło wszystko bardzo sprawnie. Wziąłem się zatem za wypisywanie druczków i zawieszek i to był moment, kiedy zrobiłem też pierwszą fotkę z tego wyjazdu, która od razu poszła na facebookowy profil Piszę Sobie (zapraszam do polubienia). ;) Można uznać, że w tym momencie rozpocząłem w pełni relację – jest i tekst i obraz.

Warto pogadać z pracownikami na odprawie

Po około 10 minutach byliśmy już przy stanowisku odpraw. Bagaż wylądował na wagę, a paszporty w ręce pracownika LOTu – młodej i sympatycznej dziewczyny. Tradycyjnie podpytaliśmy o miejsca przy przejściach awaryjnych lub przy oknie, ale jak się pewnie domyślacie – te rozeszły się jako pierwsze, tuż po jedenastej, kiedy tylko rozpoczęli odprawę. No cóż, spytać zawsze warto. Nigdy nic nie wiadomo, a nadzieja umiera ostatnia.

Podpytałem jeszcze o opcję rozdzielanych miejsc, tj. przy korytarzu, co zawsze pozwala inaczej ułożyć nogi i przede wszystkim jakoś je wyciągnąć. W końcu Bernatka pozwoliła mi puścić oczko, jeśli przy odprawie będzie kobieta, toteż grzecznie posłuchałem, uzupełniając dialog uśmiechem numer 3. Podziałało. Nagrodzeni zostaliśmy miejscami 7F i 7G, czyli pierwszym rzędem tuż za klasą premium. Ha! Czyli jednak były jeszcze miejsca przy przejściach awaryjnych!

W międzyczasie waga wskazała liczby obrazujące ilość zabranych przez nas rzeczy. U mnie 16kg, zaś u Bernatki nieco więcej, bo 20kg (w sumie nie wiem, czemu w ogóle się zdziwiłem). Wzbogaciła to tylko komentarzem „Jak ja bym się spakowała, gdybym miała lecieć sama – przecież to niemożliwe”, co wywołało uśmiech na twarzy dziewczyny, która nas obsługiwała oraz pasażerów przy sąsiadującym stanowisku. No cóż… raczej nie poznam odpowiedzi na to pytanie.

Najlepsze miejsca w Dreamlinerze bez dopłaty

Przy kontroli bagażowej byliśmy kilka minut później – będę się powtarzał, ale tego dnia naprawdę wszystko szło sprawnie. Bazując na dotychczasowych doświadczeniach, dzisiejszy dzień na lotnisku Chopina w Warszawie pozytywnie mnie zaskoczył. Na taśmę wypakowałem cały swój sprzęt foto + elektronikę i ze zdziwieniem zauważyłem, że zająłem aż cztery pojemniki… Trzeba to będzie jakoś zoptymalizować przed kolejną podróżą. Może jakiś dobry aparat kompatkowy?

O 13 byliśmy już po wszystkim. Szok! Po odprawie, kontroli bagażu i kontroli paszportowej – ogólnie po wszystkim. W półtorej godziny od wejścia na lotnisko, siedzieliśmy sobie grzecznie przed naszym gate’em w oczekiwaniu na lot. Bernatka wykonywała jeszcze swoje ostatnie telefony przed wylotem, ja zaś zacząłem spisywać relację do mojego kajecika, aby przypadkiem nic nie uciekło.

Nasza podwózka na Kubę

Pół godziny później zaczęli wpuszczać na pokład. Poczekaliśmy jak zwykle, aby weszli wszyscy stojący w kilkudziesięciometrowej kolejce (po co stoją, skoro miejsca są numerowane?), a następnie skierowaliśmy się do samolotu. Pierwszą klasę minęliśmy po lewej, po czym po przejściu przez klasę premium przywitaliśmy się z naszymi miejscami. Jak się okazało, chyba najlepszymi w samolocie w standardowej klasie. Nikt się nie kręci, bo nie ma tu toalety, zaś z przodu znajdują się kurtyny oddzielające nas od klasy premium, aby ograniczyć ruch spacerowiczów. Bernatka ma tyle miejsca, że mogłaby wstawić jeszcze jakiś podnóżek. W skrócie, rząd 7 w Dreamlinerze to najlepsza opcja do siedzenia bez żadnej dopłaty.

Tyle miejsca w klasie ekonomicznej jeszcze nigdy nie miałem... ;)

Obserwacja współpasażerów – moje ulubione zajęcie

Obserwując ludzi od razu można poznać tych, którzy lecą pierwszy raz (lub opcjonalnie puszczono ich  pierwszy raz samych). Miałem za sobą kompana, który od wejścia na pokład prowadził wideorozmowę (chyba z żoną), relacjonując jej wszystko co robił i widział w danym momencie – włącznie z tym, że właśnie chowa plecak do schowka i wyciągnie zaraz bluzę i coś do czytania. Wszystko o czym mówił – pokazywał, kierując kamerę to na schowek, to na pasażerów, to znowu na siebie, fotel czy coś jeszcze innego. Powiem Wam, że takiego osobnika jeszcze nigdy nie spotkałem w całej swojej karierze.

Czartery na Kubę w takiej maszynie

O 14.00 zaczęliśmy kołowanie – wszystko bez opóźnień. Jak się okazało, nie mamy pasażerów na bezpośrednio sąsiadujących miejscach (oj kłamczuszka z tej Pani na odprawie, że wszystkie miejsca zostały rozdane). Zacząłem dalej spisywać relację, a Bernatka za wszelką cenę starała się dowiedzieć, o czym tam pisałem, skoro właściwie nic się jeszcze nie wydarzyło i dopiero co wzbiliśmy się na wysokość przelotową. Jak widzicie – wydarzyło się całkiem sporo.

A te szczegółowe opisy, to dzięki właśnie tym notatkom.

O 15.30 zaczęli podawać już pierwszy posiłek oraz kawę i herbatę. Bernatka nie wytrzymała do tego czasu i posiliła się kanapką z grillowanym kurczakiem, którą z samego rana kupiliśmy w Subway w Placu Unii. Te kanapki to najlepsza opcja na podróże. Pożywne, smaczne i dobrze spakowane. Swoją drogą dobrze zrobiła, bo dzisiejszy posiłek na pokładzie do najlepszych się nie zaliczał. Niby danie mięsne, a bez mięsa. Jakiś naleśnik z grzybami i zieleniną plus bułka z wędlina. Ani to dobre, ani ładne, więc nawet nie zrobiłem temu zdjęcia, bo szkoda miejsca na karcie. Poszedłem zatem za pomysłem Bernatki i również wciągnąłem kanapkę z Subway’a.

Biznesowe sikanie jest priorytetowe

Bernatka nie dawała za wygraną i cały czas chciała się dowiedzieć o czym tak piszę. Stwierdziłem, że jej pokażę, ale jeszcze chwilę będzie musiała poczekać. W miedzy czasie przy naszym przejściu zrobiło się jakieś zamieszanie. Jakiś pan chciał pójść do WC w klasie premium, ale steward go zawrócił z informacją, że tamta toaleta jest tylko dla klasy biznes (nawet nie dla premium) i musi skorzystać z WC w naszej części samolotu – w sensie w tej części dla plebsu. Pasażer nie dał za wygraną i zapytał „czy biznesowy sik jest ważniejszy od jego?”. Ciekawe pytanie. Nie dane nam było jednak poznać na nie odpowiedzi, w zamian jednak usłyszałem, że takie są po prostu przepisy. Make sense. Ale pamiętajcie – dopłacając do klasy premium w Dreamlinerze, dalej nie macie własnych WC – będziecie musieli robić spacery do klasy ekonomicznej.

Filmy na pokładzie Dreamlinera

Latanie w długich trasach ma swoje plusy – szczególnie w szerokokadłubowcach takich jak Dreamliner. Można nadrobić zaległości filmowe. Zrobiła się 19.30, a ja byłem już po „Wonder Women” i „Ghost in the Shell”. Połowa lotu minęła błyskawicznie. Bernatka od jakiejś godziny integrowała się już z pasażerami siedzącymi za nią, rozmawiając na temat poprzednich naszych podróży. Towarzystwo 60+, jak z resztą 60% pasażerów, ale bardzo chętne do dyskusji. W naszym wieku i młodszych było jakieś 15% ludzi, zaś pozostała część wyglądała na po czterdziestce.

Lekkie poruszenie wokół wzbudziło moje zainteresowani, więc wyłączyłem film, aby zorientować się co się dzieje. Bernatka przy oknie robiła zdjęcia – inni pasażerowie również. Zerknąłem tam gdzie oni, a moim oczom ukazał się piękny, zimowy krajobraz. Przelatywaliśmy właśnie nad Grenlandią. Coś wspaniałego patrząc z tej perspektywy. Pod okno Bernatki zaczęły robić się coraz większe pielgrzymki z aparatami (jedyny minus miejsc z większą ilością miejsca na nogi), więc wróciłem do dalszego oglądania filmów.

Grenlandia - śnieżna pustynia

Wybiła północ czasu polskiego (lokalnie 18.00). Po dziesięciu godzinach lotu znaleźliśmy się gdzieś nad Wilmington. Do celu zostały nam jeszcze jakieś dwie godziny lotu, kiedy obsługa zaczęła rozdawać drugi posiłek – tym razem kanapka z wędliną oraz herbata. Utrzymali parytet w samolocie, bo w naszej części samolotu obsługiwali nas tylko panowie. Panie były w innej części.

Na około godzinę przed lądowaniem, skończyłem oglądać najnowszą część Spidermana, komedie zostawiając sobie na drogę powrotną. Bernatka w tym razem rozmawiała z sąsiadem ze swojego rzędu – Ślązakiem z Rybnika, który opowiadał jej o swoich podróżach i przygodach. Gość powinien pisać książki, albo prowadzić program. Był genialny. Opowiadał, że teraz jest na emeryturze, więc sporo lata – trzeci duży wyjazd w tym roku. Zapisałem sobie kilka polecanych przez niego hoteli i sprawdzę je po powrocie do Polski.

Po drugiej stronie w naszym rzędzie podróżowali rodzice z małym dzieckiem. Miła odmiana od dotychczasowych doświadczeń. Cicho i spokojnie. W ogóle nieodczuwalna obecność małego pasażera, który podróżuje jak mały król – specjalne siedzisko na ściance samolotu, co w żaden sposób nie ogranicza ruchów rodziców. Wspominam o tym, bo naprawdę fajnie się patrzy na to, jak dziecko się zachowuje i jak dobrze rodzice się nim zajmują. Lot kilkunastogodzinny i zero płaczu czy krzyku.

Sam bym chciał tak podróżować! ;)

Powitanie z Kubą

Na czterdzieści minut przed końcem lotu rozpoczęliśmy proces lądowania. Stewardzi rozdali deklaracje celne i oczywiście ponownie powstało zamieszanie, bo mało kto wie jak je wypełnić. A na tej linii jest bez instrukcji. Za super opowieści w czasie podróży wypełniłem też kwitki Ślązaka, po czym wszyscy zaczęliśmy podziwiać piękny zachód słońca. Bernatka starała się utrwalić go na zdjęciach, ale wiecie jak to wygląda, kiedy robi się zdjęcia przy słabym świetle i to jeszcze przez lekko zmatowione okno samolotu. No na pewno nie tak, jak z lustrzanki na statywie.

Mapa wskazała, że byliśmy właśnie nad Key West, tak więc przyszedł czas na spakowanie wszelkich manatków do luku. Lądowanie tuż tuż. Kuba tuż tuż.

I to już! Na miejscu.

Teraz naprawdę się zaskoczyłem. Pobiłem wszelkie rekordy opuszania lotniska zaraz po wylądowaniu. Zupełne przeciwieństwo Zanzibaru. Samolot opuściliśmy o 19.50, a o 20.20 byliśmy już w autokarze po odprawie i odebraniu bagażu. Ekspresowo! Nim cała grupa się zebrała, minęło jeszcze jakieś pół godziny, ale to i tak sprawnie porównując Meksyk czy Tajlandię.

Ruszyliśmy do Hawany. Trasa zapowiadała się na dwie godziny, a ja już mocno przysypiałem. Na szczęście trafiła nam się przewodniczka z mocnym ADHD, co zadziałało znacznie lepiej niż jakiekolwiek podwójne espresso, choć po paru minutach i to zaczęło być męczące. Z uwagi na zmęczenie przestałem przyswajać wszystkie informacje. Monika, bo tak było na imię naszej przewodniczce, opowiadała o walutach, warunkach hotelowych, huraganie Irma (a, właśnie – polecieliśmy dwa tygodnie po tym, jak przeszła przez Kubę), klimacie, jedzeniu i innych sprawach organizacyjnych. Postanowiłem, że zaktualizuję je sobie następnego dnia – teraz marzyłem tylko o tym, aby dojechać do hotelu.

Hotel Comodoro – obiekt na emeryturze

O 23.20 dojechaliśmy do hotelu Comodoro. Wg katalogów obiekt czterogwiazdkowy, ale…. Ale ale… To jest Kuba! Żeby być obiektywnym i porównać go do Meksyku, Tajlandii czy ogólnie innych krajów (a już szczególnie arabskich), to ten obiekt powinien mieć 1,5 gwiazdki. No może 2, jeśli ma się dobry humor i kaprys, aby dać mu szansę. O chociażby basen. Jest, ale nie ma. To znaczy jest wykopany, ale bez wody. I tak w obecną pogodę mało kto odważyłby się na kąpiel, ale jednak warto wiedzieć. ;) Poza tym, jeśli w jakimś hotelu nocowali słynni artyści, czy prezydenci USA, wówczas może rządzić się swoimi prawami, prawda?

Szału nie ma, prawda?

Ale to nic. Mało istotne. W tym hotelu liczy się tylko łóżko. Nie spędzicie w nim wiele czasu, a będziecie jedynie spać i jeść śniadania oraz kolacje. Wygląd i cała reszta ma małe znaczenie. Karaluchów i robactwa nie ma – po prostu jest stary, zniszczony i nikt nie ma zamiaru go odnawiać. Trzeba przyznać, że proces rejestracji trwał za to wyjątkowo sprawnie, bo po niespełna 15 minutach mieliśmy już klucze i mogliśmy pójść do pokoju – 337 na drugim piętrze. Pokój dla odmiany jest duży i ładny – jak na to, czego można byłoby oczekiwać po zewnętrznym wyglądzie obiektu.

Wybiła północ czasu lokalnego (6 rano w Polsce), kiedy odpłynąłem...

Pokoje dla odmiany znacznie lepsze.

Podsumowanie

Teraz macie obraz jak nastawiać się na tę podróż i co Was czeka zanim pojawicie się w hotelu i zaśniecie w normalnym łóżku, a nie w samolotowym fotelu. My lecieliśmy bezpośrednio, ale wiem, że ta wycieczka w innym okresie ma międzylądowanie w Paryżu z kilkugodzinnym postojem. Ja bym się raczej na to nie pisał, szczególnie, że nie wpływa to znacząco na cenę.

W takie trasy, jeśli możliwy jest lot bezpośredni, to brałbym tylko taką opcję. Mniej startów, mniej lądowań i przede wszystkim krótszy czas podróży, która naprawdę jest bardzo odczuwalna. Mniejsze jest też ryzyko zagubienia bagażu, opóźnienia lotu i ogólnie wszystkich innych fuck’upów, które w przypadku latania mogą się wydarzyć. Jeśli zatem można ograniczyć czynnik stresogenny, zawsze warto to zrobić.

 

Pozostałe dni z wycieczki Buenos Dias Cuba znajdziecie tutaj:

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#serbia#transport#sherlock holmes#komunikacja miejska#brian tracy#transport publiczny#biznes#komedia#emigranci#Rainbow Tours#lotnisko#Wenecja#meksyk#motywacja#American Sniper#pracoholizm#all inclusive#konkwista#dream of zanzibar#odpływ