Kolacja w restauracji The Rock na Zanzibarze... i kilka innych atrakcji

28 Sierpień
2018

Kolacja w restauracji The Rock na Zanzibarze... i kilka innych atrakcji

Dzisiaj ponownie pobudka o dziewiątej. Właściwie, gdyby nie to, że śniadanie podają do 10, czy 10.30, to pewnie jeszcze byśmy spali. A przynajmniej ja. Tym razem to mi temperatura nie dała przespać porządnie nocy i najchętniej pospałbym jeszcze parę godzin. No ale trzeba coś zjeść, więc wędrujemy na śniadanie. Skąpe. Bez wygłupów. Jakieś suche bułki z dżemem i herbata. Na razie wystarczy - nadrobię na obiedzie.

Czas zmienić pokój

Wracamy do pokoju, aby ponownie się położyć i trochę odpocząć, aczkolwiek chęć spania już minęła. Punkt 11.00 dzwoni telefon. Zakładam się, że z recepcji w sprawie pokoju – w końcu tak się umawialiśmy. Nie pomyliłem się. Proszę jednak jeszcze o chwilę czasu z uwagi na złe samopoczucie. Jak się pewnie domyślacie, nie były problemu. Tu nigdy, z niczym nie ma problemu. Hakuna Matata! Leżymy i odpoczywamy słuchając muzyki i przeglądając wczorajsze zdjęcia za ślubu. Tak naprawdę, to przegląda Bernatka, bo jak mam status „standby” w postaci regeneracji organizmu, więc unikam nawet używania oczu, aby oszczędzać energię.

Minęła godzina. Ponownie dzwonią z recepcji. Tym razem nie mogą już czekać. Niedługo zaczyna się kolejna doba hotelowa i będą musieli kwaterować nowych gości, więc w przypadku zmiany, muszą jeszcze ogarnąć nasz obecny pokój. W pełni zrozumiałem uzasadnienie. Pakujemy się i po 15 minutach odbieram z recepcji nowy klucz.

Przenosimy się zaledwie dwa rzędy bungalowów dalej, jednakże na terenie tego obiektu to bardzo dużo. Dwa rzędy, to już pierwsza linia domków, tuż przed schodami, do głównej części kompleksu. Pokój nieco większy (ale to bez znaczenia), jednakże z widokiem na ocean (a to już przyjemna sprawa).

Dzień dobry!

Taki widok zawsze będzie atutem.

Rozpakowaliśmy się w moment, więc korzystając z tego, że mamy jeszcze trochę czasu do lunchu, bierzemy po coli z pokojowej lodówki i siadamy na tarasie delektując się krajobrazem. Bernatka wróciła do przeglądania zdjęć, a ja zacząłem ogarniać kwestie jutrzejszego wyjazdu na delfiny do Kizimikazi oraz transportu na dzisiejszą kolację do restauracji The Rock.

Rezerwacja w restauracji The Rock

Rezerwację na ten dzień i konkretną godzinę załatwiłem jeszcze z Polski, tuż przed wyjazdem. Zależało nam, aby zjeść tam kolację poślubną wraz z naszymi świadkami. Pewnie znacie to miejsce. Restauracja The Rock, to chyba najbardziej znana restauracja na Zanzibarze i chyba jedyna taka (albo jedna z niewielu), które postawione są na skale na oceanie. W momencie odpływu można do niej spokojnie dojść po piaszczystej plaży, ale już przy przypływie, dostać się można do niej tylko i wyłącznie łodzią. No i jeszcze wpław ;).

Stolik zarezerwowaliśmy na 17.00, więc taksówkę dla pewności zamówiliśmy na 15.15. Z naszego hotelu do The Rock jedzie się podobno około godziny. Pozostały zapas czasu chcieliśmy przeznaczyć na zrobienie zdjęć i pooglądanie okolicy. Być może zastanawiacie się, dlaczego kolacja na 17.00, a nie jakoś później? Odpowiem. Sprawdziliśmy jeszcze przed wylotem jak wygląda kwestia przypływów i odpływów w marcu oraz kiedy zachodzi słońce i dostosowaliśmy godzinę rezerwacji do możliwie najlepszych warunków pogodowych i widokowych, jakie można w tym miejscu zastać. Dzięki temu mieliśmy największe prawdopodobieństwo zobaczenia lokalnej plaży oraz restauracji The Rock zarówno za dnia, przy zachodzie słońca jak i wieczorem, a także w czasie przypływu i odpływu. Być może te wskazówki pomogą Wam w planowaniu swojej wymarzonej podróży na Zanzibar i wizyty w restauracji The Rock.

Zrobiła się 14.00, kierowcy ogarnięci, można iść na lunch. Bartek z Olą już na nas czekają. Okazało się, że się nie dogadaliśmy i siedzą tutaj od 30 minut. Właściwie to już zjedli, więc dotrzymują nam jedynie towarzystwa sącząc wodę i sok. Jak się pewnie domyślacie, tym razem lunch nie za duży – w końcu za zaledwie trzy godziny, czeka nas kolejny, główny posiłek.

Czekając na kierowcę, który ma przyjechać kwadrans po piętnastej, siedzimy sobie na ratanowych kanapach pod strzechą w lobby i wspominamy wczorajszy dzień, ciesząc się przy tym ze znacznie lepszego samopoczucia w całej grupie. Za cztery dni powrót do Polski, więc trzeba je dobrze wykorzystać. Nauczeni doświadczeniem – nie ryzykujemy i cały czas towarzyszą nam wielkie, białe hotelowe parasolki.

Przyjechała taksówka. Punktualnie. Pomimo, że tu wszędzie Hakuna Matata, to jednak kierowcy działają tak, że można spokojnie nastawiać wg nich zegarki. Taksówka znacznie wyższej klasy niż pojazdy, którymi poruszaliśmy się do tej pory. Mini Van, nowy, zadbany i czyściutki z pełnym możliwym wyposażeniem. To będzie przyjemna podróż.  Przypomniało nam się Chiang Rai w Tajlandii i jazda do sklepu z biżuterią (pisałem o tym w Nocnym pociągiem do Bangkoku i czas na Pattaya). Co prawda tutaj nie jest to aż taka klasa auta, ale na warunki Zanzibaru pozytywny szok.

Lady in Red

Na parking przy plaży dojechaliśmy tuż przed 16.30, czyli podróż zabrała nam nieco ponad godzinę. Zgodnie z przewidywaniami jest odpływ, więc restauracja The Rock ukazała nam się na stojącym po środku plaży wielkim głazie. Tak jak pisałem wcześniej, można do niej swobodnie dojść spacerkiem. Pół godziny, które nam zostało, to czas w sam raz, aby pobawić się w fotografów. Szczególnie, że w restauracji mają akurat dostawę towarów.

Okolice restauracji The Rock

Klasyczne foto, które wyskakuje w Google

Staram się uchwycić moją piękną żonę na tle tych wszystkich krajobrazów. Długa, delikatna, falująca na wietrze sukienka koloru rubinowego dodatkowo podkreśla jej urodę. Idealnie leży na ciele. Nic dziwnego – jak zwykle szyła na miarę, zgodnie z własnym pomysłem powstałym na podstawie inspiracji zaczerpniętych z różnych projektów. Podobnie z resztą jak ślubną i większość innych tego typu sukienek. Podobnie też jak z innymi, po jednym założeniu już jej nie chce i z chęcią by ją sprzedała (ktoś chętny? Pytam poważnie - rozmiar 34. ;)). Staram się wybić Bernatce ten pomysł z głowy, bo wygląda olśniewająco, ale jakoś nie mam mocy przebicia. Trudno. Może z czasem jej to minie i jeszcze nie raz uraczy mnie tym wyglądem.

Lady in red na Zanzibarze

Bartek gdzieś tam z boku wybrał sobie za modela orzech kokosa, samotnie leżący na plaży wśród wszędobylskiej trawy morskiej. Ciekawe, jak mu to wyjdzie. Właściwie, co tam będę się zastanawiał. Sam zerknę, i przekonam się jak prezentuje się w kadrze.

O takie w google już ciężej ;)

Bernatka zauważyła przyglądające się nam dzieci i poprosiła, abym uchwycił je na zdjęciu. Spełniam życzenie, jednakże bardzo nie lubię robić zdjęć ludziom. Znacznie bardziej kręcą mnie budynki czy krajobrazy – ogólnie martwa natura. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Bo nie marudzi, jak wyszła na zdjęciach. Jest taka, jak uchwyci ją fotograf. I tyle.

Zawsze się zastanawiam, skąd u nich te kolory

Kolacja w restauracji The Rock

Zrobiła się 17.00. Idziemy zatem do restauracji. Powiem Wam, że w środku jest całkiem sporo miejsca. Z zewnątrz wydawało się, że jest jego znacznie mniej. Gości też niewielu – może z 15 osób włącznie z nami. Większość ma stoliki w środku, nasz zaś zarezerwowaliśmy na jednym z tarasów, jednakże chronionym od słońca strzechą. Zamawiamy drinki w postaci herbaty na bazie hibiskusa oraz główne danie. Czując jeszcze hotelowy lunch, postanowiliśmy wziąć jedno danie dla wszystkich, w którym na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Padło na The Rock Special.

Menu The Rock - stan na marzec 2017

Przygotowanie dania przewidziano na około pół godziny, zatem postanowiliśmy spędzić ten czas nie przy naszym stoliku, lecz na głównym tarasie restauracji The Rock. Dobre miejsce widokowe zarówno na ląd i ocean. Kilka stolików, kilka krzeseł i dwie kanapy z towarzyszącym stolikiem. Te ostatnie akurat się zwolniły. Usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać o wczorajszym dniu, o tej restauracji i o planach na jutro. W międzyczasie kelnerzy przynieśli drinki.

Nic mi więcej nie potrzeba... (błękitne niebo też jest)

Wody zaczyna przybywać.

Od czasu do czasu robimy zdjęcia. Nam też robią. Właściwie to chyba Bernatce, a nie nam. Ale czemu tu się dziwić? Co jakiś czas trochę zawieje i wspomniana wcześniej sukienka odsłania aksamitne ciało mojej żony. Mają pewnie nadzieję, że zawieje trochę bardziej…

Przyszedł kelner z informacją, że danie już gotowe. Dziękujemy i idziemy w kierunku naszego stolika. Domawiamy ponownie dla każdego po jednym, takim samym drinku jak poprzednio, bo był naprawdę wyśmienity i dodatkowo idealnie gasił pragnienie. Na stole pojawia się zamówiony The Rock Special czyli jak sama nazwa wskazuje – danie, które jest specjalnością tego miejsca. Homar, langusta, krewetki królewskie, kalmary i jeszcze jakaś ryba. Wszystko oczywiście z grilla. Nie mam pojęcia na ile osób jest to danie, ale w naszym stanie idealnie starczyło na całą czwórkę.

Prezentuję The Rock Special

Przy stoliku obok towarzyszą nam Słoweńcy. Zgadaliśmy się, bo języki podobne, i żadne z nas nie do końca wiedziało, skąd są ci drudzy. Naturalnym więc było zapytać i trochę porozmawiać. Naturalnym też było wymienić się aparatami i poprosić o zrobienie wspólnego zdjęcia. Wreszcie będziemy gdzieś razem, całą czwórką.

Zachód słońca nad oceanem i nieproszony gość

Słońce zaczęło zachodzić bardzo szybko, a światło przestało być sprzyjające, jeśli chodzi o robienie zdjęć. Proporcjonalnie do prędkości zachodu, następował przypływ. Wody oceanu już całkowicie oblały skałę, na której stoi The Rock i zaczęły pochłaniać plażę. Z minuty na minutę coraz bardziej.  Postanowiliśmy wrócić na brzeg, aby spróbować zrobić jeszcze jakieś zdjęcia przy zachodzie słońca, szczególnie, że w tym miejscu zapowiada się on bardzo ładny. Piechotą już nie wrócimy. Musimy czekać, aż podstawią łódź. Niby to jakieś 10-15 metrów, ale jednak jesteśmy na nią skazani.

Robi się naprawdę magicznie

Kolejne minuty i kolejne centymetry zalanej plaży. Coraz mniej światła. Pozostali goście zniknęli już z plaży. Pozostaliśmy tylko my i… jeden ekshibicjonista, który za wszelką cenę chciał nam towarzyszyć w kadrach w pełnej swojej okazałości. Nie udało mu się, choć przysporzył nam sporo śmiechu. Turystom w pobliskim hotelu również.

Poddał się i w końcu sobie poszedł pozostawiając plażę tylko naszej czwórce. Korzystamy z okazji i ostatnich promieni naturalnego światła, aby zrobić jeszcze kilka zdjęć.

A tak wygląda po niecałych dwóch godzinach

Ostatni rzut oka i idziemy

Nastał zmrok. Niby dopiero 19.00, ale po słońcu nie ma już śladu. Wracamy do naszej taksówki, która tą samą trasą zabiera nas z powrotem do hotelu. Jesteśmy zauroczeni miejscem, w którym byliśmy. Obawiałem się, że będzie przereklamowane, ale nie było. Po niektórych zdjęciach w internecie można tylko wywnioskować, że restauracja The Rock znajduje się gdzieś z dala od cywilizacji, ale tak nie jest. Jest przy publicznej plaży, w okolicy normalnych terenów mieszkalnych i kilku mniejszych hoteli. Nie umniejsza to jednak jej urokowi i będąc na Zanzibarze warto do niej przyjechać. Polecam Wam to miejsce bardzo gorąco.

Kolacja przy basenie, lokalna Shakira i Michael Jackson

Do hotelu wróciliśmy kwadrans po dwudziestej. Jutro ponowny wyjazd z Shebym na delfiny do Kizimkazi (tym razem te prawdziwe, a nie te opisane w Kizimkazi i niewidzialne delfiny), zatem zamawiamy na recepcji prowiant na rano i idziemy do pokoju przygotować się na hotelową kolację. Tak, tak. Dzisiaj jemy dużo. A raczej często, a nie dużo. Poza tym tego wieczoru kolacja jest ponownie przy basenie, więc warto pojawić się dla samego klimatu. Umówiliśmy się na 21.00. Tym razem bez żadnych nieporozumień.

Wybieramy stolik przy basenie, ale też blisko baru, aby później nie trzeba było zmieniać lokalizacji (nie ma to jak doświadczenie nabyte w poprzednich dniach). Dobre miejsce. Akurat zaczął się lokalny performance i wszystko dzieje się obok. Mamy breakdance i lokalnych odpowiedników Jacksona oraz Shakiry. Miła kolacja, w jak zwykle przemiłym towarzystwie upływa bardzo szybko. O 22.30 postanawiamy zakończyć dzisiejszy dzień, aby bez problemów wstać jutro rano na delfiny. Jakoś przed piątą…

Zapowiada się smacznie

te rarytasy poza opcją All Inclusive

Lokalne Smooth Criminal wyszło całkiem nieźle

Shakira nieco gorzej

A ten na szczęście się nie połamał...

 

Pozostałe dni z przygód na Zanzibarze znajdziecie tutaj:

Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#ekocabtaxi#tajlandia#Aqua Azul#archiwizacja#pasja#Holandia#stan gry#lotnisko#lemingi#awaria#Clint Eastwood#chiang mai#sprzedaż#egipt#Wenecja#Farma przypraw#kolacja na plaży#komedia#alkohol#bangkok