Kizimkazi i niewidzialne delfiny

01 Czerwiec
2018

Kizimkazi i niewidzialne delfiny

Dzisiaj pobudka o 9.00. Tak naprawdę nieco wcześniej, ale zawsze fajnie jest trochę poleżakować, a nie tak od razu zrywać się na równe nogi. Dwadzieścia minut później przyszedł czas na najważniejszy posiłek dnia, toteż zamawiam u poznanego już wcześniej kucharza, omleta z czterech jaj z dodatkiem słodkiej papryki i pomidorów. Wyszła konkretna porcja, więc do lunchu raczej głodny nie będę.

Wczorajszy aloes zdziałał cuda, ale były to jednak działania naprawcze, a nie prewencyjne. Dzisiaj czeka nas wyprawa do Kizimkazipołudnie Zanzibaru, a to oznacza, że musimy się jakoś mocniej zabezpieczyć przed słońcem. Szczególnie moja Bernatka, której skóra wyjątkowo przestała się z nim lubić. Zachodzimy zatem ponownie do hotelowego sklepiku, aby zorientować się, czy mają kremy z nieco mocniejszym filtrem, niż te nabyte w Polsce. Wybór niewielki, bo ludzie intensywnie wykupują, ale kilka 60UV się ostało. Tubka 170 ml w cenie 25 USD. Zupełnie nie mam pojęcia, czy to dużo, czy mało, lecz w obecnej sytuacji nie ma to całkowicie znaczenia, bo i tak nie wzięliśmy gotówki z pokoju.

Obyczaje na Zanzibarze i zakład z kierowcą

Wyjazd na Kizimkazi zaplanowany jest na 13.30, zatem do obiadu postanawiamy spędzić czas nad naszym lokalnym basenem. Dzisiaj bezalkoholowo – grzecznie z soczkiem i kolejną książką Harlana Cobena. Postawiłem sobie za cel skończyć wszystkie jego dzieła w tym roku, więc korzystam z każdej okazji, aby tego dokonać. Atmosferę uzupełnia muzyka z przenośnego głośniczka, który na takich wyjazdach jest naprawę niezastąpiony.

Przedpołudniowy relaks w hotelowym basenie

Zrobiła się 12.30. Czas ogarnąć się po basenie, przygotować na lunch i późniejszy wyjazd. Myślałem, że po tym porannym omlecie nie zgłodnieję, a tu proszę – spaghetti napoli z pomidorami, krewetkami i kalmarami, do tego ryba z ryżem, a na koniec cały talerz mega soczystego arbuza. Całość uzupełniłem dwiema szklankami soku z jakiegoś dziwnego owocu, którego nazwy nie pamiętam – jednakże idealnie zaspakajającego pragnienie.

Wyrobiliśmy się wszyscy bardzo sprawnie i bez większych opóźnień. Zachodzimy jeszcze do pokoju po rzeczy, a następnie prosto na recepcję. Jest 13.30. Kierowca o imieniu Sheby, który ma nas zawieźć do celu, już czeka. Myśleliśmy, że jedziemy prosto do Kizimkazi, ale okazało się, że najpierw zajeżdżamy jeszcze do Vanilla House w Jambiani – domu organizatorki całej tej wycieczki.

Trasa trwa około półtorej godziny. Nie tylko my jesteśmy tutaj pierwszy raz. Nasz kierowca również, przez co trochę błądzi. Na szczęście sympatyczny i zabawny gość, więc można i pogadać i trochę się pośmiać.

Dojeżdżamy do Jambiani

Dzięki tym wszystkim niespodziankom po drodze, dowiadujemy się całkiem sporo o wyspie i panujących tutaj zwyczajach. O tym, jak policja stara się wymuszać łapówki od turystów (szczególnie tych, którzy samodzielnie kierują autami) oraz o tym, że delfinów za dnia, to tutaj nie widać. Zdziwił się mocno, że ktokolwiek sprzedaje wycieczki na delfiny, które odbywają w środku dnia, kiedy jest największy upał. No cóż – nie znamy zachowania delfinów. W Polsce ich nie mamy. Sheby chce się założyć o to, że żadnego nie zobaczymy. Wygraną ma być obietnica, że jak faktycznie nie zobaczymy, to wybierzemy się z nim innego dnia i o innej porze, gdzie gwarantuje 100% skuteczność ujrzenia tych zwierząt w naturalnych warunkach. No cóż. Pewnie się nie dziwicie, że zakład przyjąłem. Lubię zakłady! ;)

Vanilla House w Jambiani

Po 15 minutach błądzenia docieramy do Vanilla House. Tam czeka na nas drugie auto i okazuje się, że nie jedziemy sami, tylko z ośmioma innymi osobami. To jest ten moment, w którym wprowadzę Was do szczegółów tej wycieczki, aby ustrzec przed wyborem firmy, która ją organizuje.

Zarówno tę wycieczkę, jak i jeszcze dwie inne wykupiliśmy w Polsce, przed wylotem na wyspę. Chodziło o dobre zaplanowanie dni, szczególnie, że w między czasie mieliśmy nasz ślub i inne atrakcje z tym związane. Nie chcieliśmy zatem zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę i podejmować decyzji na miejscu po przylocie – nie znając tutejszych możliwości turystycznych.

Wydawać by się mogło, że wszystko jest i będzie super, bo wycieczki wykupiliśmy w firmie, której właścicielką jest Dorota Katende – Polka mieszkająca na Zanzibarze i organizująca na miejscu właśnie tego typu atrakcje. Jest to też osoba, która napisała książki „Dom na Zanzibarze” oraz „Kobiety na Zanzibarze”, a wspomniana Vanilla House, to należący do niej obiekt, który pełni rolę pensjonatu. Na pierwszy rzut oka – wystarczające referencje. A jednak…

Pierwsze sygnały, że coś może być nie tak, pojawiły się dwa dni temu, kiedy podczas relaksującego palenia shishy przy basenie, dostałem SMS o przesunięciu jednej z wycieczek z uwagi na „zewnętrznych” partnerów biznesowych. Oczywiście nie wchodziło to w grę z uwagi na inne nasze plany i kolizję terminów, więc temat został zawieszony do wyjaśnienia. Drugim sygnałem była informacja od kierowcy Shebiego, o tym że nie ma możliwości zobaczenia delfinów o tej porze dnia, więc dziwił go fakt, że osoba mieszkająca i organizująca wycieczki na Zanzibarze nie ma o tym pojęcia. A może ma, tylko celowo wprowadza turystów w błąd? Nie wiem – zobaczymy, czy faktycznie ich nie będzie. Teraz pojawił się trzeci sygnał. Wycieczka miała być „indywidualna dla 4 osób”, a tu się okazuje, że jedzie z nami jeszcze 8 innych. Ups. Jeszcze nic nie zaczęliśmy, a tu już trzy dość bardzo negatywne sygnały, budzące spora wątpliwość.

Jaskinie Mwanampambe i postój w Kizimkazi

Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć w oczekiwaniu na pozostałych podróżnych i ruszyliśmy w kierunku Kizimkazi.

A plaże w Jambiani wyglądają mniej więcej tak

Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do jaskiń Mwanampambe. Czas poświęcony na ich zwiedzanie to jakieś 10 minut, lecz niestety, nie wzbogacony żadnymi informacjami dotyczącymi historii, czy uwarunkowań geograficznych tego miejsca. A szkoda, bo miejsce naprawdę fajne. Na ewentualne pytania w stylu „co to takiego?” itp. odpowiedź padała „Nie wiem. Chyba coś tam, coś tam”…

Jedyna informacja o tym, że coś kryje się w pobliskich zaroślach, to ta tabliczka.

Wejście do jaskiń zapowiada się obiecująco

Im bliżej, tym ciekawiej...

Wydawać by się mogło, że na tym koniec.

A tu coraz bardziej tajemniczo...

Witamy w środku.

Około 16 dojeżdżamy do Kizimkazi, po drodze przejeżdżając przez wioskę Makunduchi, jednakże oglądając ją jedynie przez okno samochodu. Znowu rozjazd z programem, wg. którego mieliśmy ją zwiedzić, bo przedstawiana jest jako „najmniej komercyjna wioska na Zanzibarze”. No nic. Nasze nastawienie co do całej tej wycieczki, organizatorki oraz jej firmy podupadło już całkowicie. Cierpliwie jednak czekamy do samego końca, aby zobaczyć, jaki będzie finał.

Jeden z kadrów z Makunduchi

Na Zanzibarze kochają piłkę nożną.

Podziwiam ich za grę w tym upale.

W Kizimkazi parkujemy przy najstarszych i największych baobabach na Zanzibarze. Drzewa robią wrażenie, lecz jak sobie przypomnę to ogromne drzewo z Meksyku, pod którym skrył się Cortez ze swoim oddziałem, to jednak już takie duże nie są. (Opisałem to w poście 14 dni w Meksyku – cz.2, do którego zapraszam). Wiadomo – punkt odniesienia.

Baobaby na Zanzibarze

Drzewa drzewami, ale trzeba też wspomnieć o plaży i wodzie. Jest zupełnie inna niż tam, gdzie mamy hotel. Nie ma odpływów, a przez to i trawy morskiej. Za to jest mnóstwo łodzi, przepiękny kolor wody i znacznie więcej ryb. Super miejsce z przepięknym krajobrazem. Słońce pali dalej. Smarujemy się mocnymi filtrami i wędrujemy na łódź, która ma nas zabrać na delfiny. Tym razem już sami – pozostała część wycieczki gdzieś zniknęła. Wypływamy.

Plaże w Kizimkazi.

W poszukiwaniu delfinów, rafy i ogniska

Stało się tak, jak mówił Sheby. Delfinów brak. Rafy do snurkowania, która miała być alternatywą gdyby nie będzie delfinów, też brak. Właściwie wszystkiego brak. Na wodzie prawie nikogo nie ma. Jakieś pojedyncze łodzie z rybakami wracają z połowów, a tak to zupełnie nic. A skoro tak pusto, to znaczy, że faktycznie o tej godzinie nic w wodzie się nie spotka, bo inaczej byłby ruch. Pływamy tak od blisko dwóch godzin. Jedyna korzyść, to przepiękny zachód słońca nad oceanem i podziwianie Zanzibaru od strony wody.

Nasz kapitan stara się wypatrzyć cokolwiek...

Olę zaczęło trochę mdlić. Bujanie na wodzie, wysoka temperatura plus słońce dało się we znaki. Bartek z Bernatką, też już niekoniecznie czerpią przyjemność z tego rejsu, więc dogadujemy się z naszym kapitanem, aby wracać. Widać, że chłopak też niezadowolony z całej tej sytuacji, ale stara się jak może.

Wracając do portu. Dobre miejsce na hotel.

Tak to można wypoczywać.

Szczególnie jak się ma taki widok.

Zrobił się kwadrans po osiemnastej, kiedy wpływamy do zatoki na planowaną kolację przy ognisku. Problem w tym, że nie ma ogniska. Jest za to grill, a przy nim cała ekipa, z którą wcześniej jechaliśmy busami. Nie ma to jak kameralna kolacja w indywidualnym gronie w „romantycznej” scenerii zadokowanych łodzi rybackich. Miarka się przebrała. Byliśmy w szoku, ile można popsuć i jak bardzo może nie zgadzać się program wycieczki z tym, który się opłaciło.

Bartek, chyba najbardziej podirytowany sytuacją, a zarazem najspokojniejszy z nas wszystkich, wziął na siebie kwestie „zażalenia” i powiedzenia organizatorowi co o tym sądzimy. Dobry z niego adwokat. Rezygnujemy z dalszej części tej wycieczki z uwagi na ogromne odstępstwa od programu. Rezygnujemy też z pozostałych wycieczek z tym organizatorem z obawy, że wyjdą podobnie (czyli nie wyjdą). W między czasie dowiadujemy się, że faktycznie przyszłe wycieczki pomimo zapewnień, że będą zorganizowane tylko dla nas, będą miały jednak znacznie więcej uczestników. Zdecydowanie rezygnujemy. Szkoda czasu na tej pięknej wyspie, aby tracić go na tego typu podejście i ludzi. Robię jeszcze kilka zdjęć przy zachodzie słońca i wsiadamy do busa.

Zachód słońca zawsze piękny - niezależnie od sytuacji

No to jeszcze raz!

Pomimo, że fajne kadry, to jednak nie miejsce na ognisko...

Przegrany zakład i zakupy na targu

W drodze do hotelu rozmawiamy z kierowcą odnośnie wycieczek, bo w końcu wygrał zakład. Proponuje nam poranną wyprawę na delfiny połączoną ze zwiedzaniem ich Parku Narodowego – Jozani Forest, w którym na swobodzie biegają małpy. Planowany czas takiej wycieczki to 5.00-12.00, zaś całościowy koszt za wszystkie cztery osoby, to 150 USD. Oferta brzmi doskonale. Tańsza o blisko połowę od tej, z której właśnie wracamy. Umawiamy się zatem na jutro, na piątą rano. Biorę wizytówkę – ma WhatsApp’a. Super! Nie będzie problemu z komunikacją.

Niedługo przed hotelem zatrzymujemy się na chwilę w lokalnym miasteczku. Sheby mówi, że musi kupić rybę dla mamy i czy nie mamy nic przeciwko. Oczywiście, że nie mamy – poobserwujemy sobie w tym czasie tubylców. Po kilku minutach wraca z zawiniątkiem w gazecie. Pokazuje nam swoją zdobycz i mówi, że takie rybki na targu to koszt 1 USD, a starczy na kolację dla kilku osób. Śmieje się, że w hotelu każą nam pewnie płacić spore pieniądze, a tutaj, tuż obok, takie cacuszka za 1 USD. Z tymże jego śmiech nie jest jakiś szyderczy czy sarkastyczny. Jest naturalny, szczery i głęboki. Taki, że zaraża nim również i nas.

Do hotelu zajechaliśmy kwadrans po dwudziestej. Żegnamy się z Sheby’m, odbieramy klucze z recepcji i przy okazji pytamy, czy jest możliwość zamówienia jakiegoś prowiantu na rano. Mówimy o naszej porannej wycieczce i wyjaśniamy, że nie zdążymy zjeść śniadania w restauracji. Oczywiście nie ma problemu. Tutaj z niczym nie mają problemu! Żyją wokół swojej filozofii Hakuna Matata, i do tego bezproblemowo. Zatem prowiant zamówiony, a my idziemy do pokoju ogarnąć się nieco przed kolacją.

Włoska kolacja w niepełnym składzie

Dziesięć minut później idziemy jeść. Skład niestety niepełny. Bartek dostał lekkiego udaru, więc towarzyszy nam tylko Ola. Dzisiaj jemy w restauracji włoskiej, którą udało nam się wcześniej zarezerwować. Wszyscy zamawiamy po zupie warzywnej oraz po pizzy. Bernatka wzięła hawajską, Ola Margaritę, a ja Pizza di Parma z szynką parmeńską. Do tego każdy po wodzie i soku pomarańczowym.

Czekając na główne dania idę do stoiska z przystawkami, dogadzając sobie skomponowanym zestawem w postaci sałaty oraz miksu warzyw zalanych oliwą i octem balsamicznym. Zupa okazała się całkiem dobra, pizze również. Pizza di Parma okazała się w ogóle strzałem w dziesiątkę – nie mam pojęcia, skąd tu wzięli taką szynkę. Tak swoja drogą ciekawy mają tutaj wystrój. Żyrandol zrobiony ze sztućców i szklanek. Ciekawa koncepcja.

Po co kupować gotowce, jak można zrobić samemu?

Przyszedł Bartek. Krótko mówiąc – zdycha. Zamówił colę, ale nic nie je. Nie nacieszyliśmy się nim długo, bo po 10 minutach z powrotem postanowił wrócić do pokoju. Szkoda chłopaka, ale uwierzcie mi – dzisiaj było naprawdę gorąco. A jeszcze ten nieszczęsny rejs i bujanie. Omawiamy zatem w trójkę jutrzejszy dzień i poranny wyjazd. Planów nie zmieniamy.

Zaplanowanie kolejnych wycieczek

Do pokoju wracamy około 21.30. Zaczynam spisywać relację z dzisiejszego dnia, bo jak widzicie sporo się działo. Za pamięci piszę też reklamację do firmy Doroty Katende, z potwierdzeniem rezygnacji i prośbą o zwrot zapłaconych pieniędzy. Korzystając z okazji, że jest bardzo dobry internet, dzwonimy przez WhatsApp’a do naszej koordynatorki Ewy i ustalamy szczegóły ślubu. Umawiamy się też na wycieczkę z nimi, skoro wypadły nam te wcześniej zaplanowane. Zależy nam na 6 marca. Sprawdzą termin, bo chcemy całodniową: farma przypraw, Stonetown za dnia, Prison Island i żółwie oraz Stown Town nocą. Całościowy koszt – 99 USD za osobę. Cena bardzo dobra.

Żegnamy się z Ewą i kładziemy się spać. Jutro wczesna pobudka…

 

***

Jeszcze odnośnie organizacji wycieczek z Panią Dorotą Katende. Pisząc tego bloga staram się ułatwiać Wam podejmowanie decyzji odnośnie wymarzonych wakacji. Opisuję różne sytuacje z jakimi się spotkałem lub jakie gdzieś podejrzałem. Każda z nich oparta jest na własnym doświadczeniu, a nie na jakichś zasłyszanych opiniach, z którymi nie miałem osobistej styczności. Wszystko po to, abyście wybierając się w dane miejsce, uniknęli przykrości lub skorzystali z czegoś, o czym nie piszą w przewodnikach.

Opisane przeze mnie doświadczenia z Panią Dorotą, a dokładnie z organizowanymi przez nią wycieczkami, były na tyle dla nas nieprzyjemne, że postanowiłem je zaakcentować. Oczywiście reklamacja została pozytywnie rozpatrzona bez żadnych problemów (poza zakazem publikacji zdjęć i filmów z Vanilla House) i koszty zostały zwrócone w całości. Jednakże nie zmienia to sytuacji, że można by było tego całkowicie uniknąć, gdyby wycieczki były organizowane zgodnie z programem i z ustaleniami.

Podczas pobytu z Zanzibarze, w ciągu kolejnych dni wzięliśmy udział jeszcze w kilku innych wycieczkach (o czym napiszę w kolejnych postach) i na podstawie tego doświadczenia chciałem odradzić Wam wycieczki organizowane przez Panią Dorotę (czyli ze stron internetowych http://vanillahouse.info/index.php/day-trips oraz https://bookingafrica.eu/trips-on-zanzibar/). A już na pewno te rezerwowane i opłacane z góry przed wylotem na Zanzibar.

Na miejscu znajdziecie mnóstwo ciekawych ofert – zarówno u Polaków tam mieszkających, jak i u tubylców. Na życzenie udostępnię kontakty do osób, które polecam, bo wykonały swoją pracę na naprawdę wysokim poziomie, mocno angażując się w dopieszczenie swoich klientów.

Nie wypowiadam się odnośnie samego ośrodka Vanilla House, ponieważ nie mieliśmy okazji w nim nocować, ani korzystać z innych jego uroków (a widok z tarasu jest naprawdę piękny). Moja powyższa ocena dotyczy tylko i wyłącznie organizacji lokalnych wycieczek.

Pozostałe dni z przygód na Zanzibarze znajdziecie tutaj:

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#Pattaya#kultura#lemingi#plaza#kolacja na plaży#American Sniper#piotr kamiński#netbook#cele#Janusz Filipiak#transport#bieszczady#Stone Town#bond#yukatan#optymalizacja#mystery shopper#umowy śmieciowe#kingsman#masaż