Fabryka Rumu, Muzeum Rewolucji i sesja zdjęciowa w Hawanie

22 Lipiec
2019

Fabryka Rumu, Muzeum Rewolucji i sesja zdjęciowa w Hawanie

To jest część pełnej relacji. Początek tutaj.

 

To był dzień! Jeden z tych, które zapamiętam do końca życia, przede wszystkim z uwagi na udaną sesję zdjęciową i zrealizowanie planu zgodnie z założeniem sprzed wylotu. Dzisiaj był ostatni dzień w Hawanie, zatem trzeba było wycisnąć z niego wszystko, co można, aby później nie żałować. Tak też zrobiliśmy.

Aby nie było zbyt sielankowo, obudziła mnie burza i silny deszcz. Mnie ciężko dobudzić, lubię spać i mało co mi przeszkadza. Wyobraźcie sobie zatem, co to musiała być za burza, żeby wybudzić o 6.30 rano. Wiało, szumiało, a fale rozbijały się o falochron z takim impetem, że odczuwalne to było w pokoju (no prawie :)).

Pierwsze przejaśnienia, tuż po burzy.

Do siódmej jeszcze sobie poleżałem, bo cóż innego robić o tej porze szczególnie, że śniadanie było dzisiaj nieco później – o 7.30. Jeśli chodzi o jedzenie, to nic nowego. Nic, czyli dosłownie to samo, co wczoraj i przedwczoraj. Z ciekawostek, to zastał nas sypiący się sufit. Nie wiem, czy to z uwagi na wspomnianą ulewę, czy coś się zalało piętro wyżej, ale w miejscu wydawania jedzenia, sufit dosłownie sypał się na głowę, podłogę i… do talerza mojej sąsiadki, która właśnie odchodziła od bemarów. Taki oto tutejszy stan nieruchomości. Ale gdyby nie to – nie zapamiętałbym tego poranka. ;) Nie kusząc zbytnio losu, po nałożeniu śniadania, czym prędzej pospacerowałem do stolika, gdzie czekała już na mnie Bernatka.

Podobnie jak wczoraj, „delektowanie” się tutejszym śniadaniem zajęło nam jakieś pół godziny, po czym udaliśmy się do pokoju, aby przyszykować się na dzisiejszy dzień… niestety wciąż deszczowy… Odpaliłem muzyczkę i od razu uraczył mnie Hans Zimmer i jego Piraci z Karaibów. Przypadek? Nie sądzę. Bernatka w między czasie dobierała stylizację na dzisiejszy dzień – z tego co się doliczyłem, już trzecią. Tym razem jednak założyła beżową sukienkę, w której wyglądała… olśniewająco. Uwielbiam Ją w tej sukience. Spowodowało to jednak sytuację, że też musiałem się przebrać, abym nie wyglądał przy niej jak… właściwie nie wiem jak. Po prostu, abym choć trochę do niej pasował.

Kierując się do lobby, przy windach spotkaliśmy Anię i Sylwestra, którzy ze zdziwieniem popatrzyli na strój Bernatki. Nie było to zaskoczeniem, zważywszy na obecną pogodę na zewnątrz. Bernatka z uśmiechem odpowiedziała, że zaklina pogodę, przegania deszcz i przywołuje słońce – w końcu to ostatni dzień w Hawanie. Oby podziałało.

Z wizytą na Cmentarzu Kolumba i fabryce rumu

Ach te okna hotelowe. Po wyjściu na zewnątrz ponownie przekonaliśmy się, że jest jaśniej niż się wydawało. Mocny deszcz już przeszedł i pozostało takie, hmmm, siąpienie. Niby nie czuć deszczu, ale jednak człowiek moknie. Monika powiedziała, że to pozostałości po burzy tropikalnej, która przeszła już przez Jukatan i skierowała się na Florydę.

Hotel opuściliśmy o 9.00 i zaledwie pół godziny później byliśmy już na tutejszym cmentarzu. Największym cmentarzu na Karaibach – ponad 50 hektarów… 50 hektarów! Aby wyobraźnia zadziałała, to tyle co 70 boisk piłkarskich. Szok!

To już na terenie cmentarza

Gdzie u nas takie drogi? A tu cmentarz.

Tak, wiem. Auta będą chyba w każdym wpisie z Kuby ;)

Taksóweczka czeka

Pomimo, że Monika sporo opowiedziała na temat tego cmentarza oraz osób, które na nim leżą, dostaliśmy 15 minut czasu wolnego, aby spokojnie przejść jego alejkami i przyjrzeć się tutejszej architekturze. Jakkolwiek to zabrzmi, miejsce piękne i robi wrażenie. Piękne nagrobki, posągi, rzeźby, kolor kamienia, roślinność i do tego wszystko bardzo zadbane. Nie przytłacza jak europejskie cmentarze, lecz wywołuje efekt zaskoczenia. Efekt wow. Taki właśnie jest Cmentarz Kolumba w Hawanie.

Uprzedzam, że będzie sporo zdjęć, choć to i tak tylko część tego, co uwieczniłem.

W kierunku fabryki rumu ruszyliśmy o 9.55 (ah te moje skrupulatne notatki!). Oczywiście autokarem, choć odległość była raczej niewielka – trasa zajęła zaledwie 15 minut. W czasie przejazdu Monika opowiadała dużo o tutejszej kawie oraz zachęcała do spróbowania tej, podawanej w fabryce rumu. Kawie z ogniem. Challenge accepted!

Tych Panów znajdziecie tutaj wszędzie. I ich tutaj kochają!

Do wyboru, do koloru.

Cygar oczywiście też tutaj nie zabrakło

A to na eksport. Popularne w kapitalistycznym świecie :)

Lubię wizyty w takich miejscach. O jak ja lubię wszelkie degustacje i poznawanie historii danych wyrobów. Fabryka Mezkalu w Meksyku (14 dni w Meksyku – cz.2) czy stoisko bimbru w Laosie (Rowerami po świątyni, Długie Szyje, Birma, Laos i inne atrakcje) też zapamiętam na bardzo, bardzo długo. Po wprowadzeniu na temat rumu, jego powstawania oraz samej fabryki przyszedł czas na degustację. Spróbowałem wielu różnych rodzajów rumu, ale tylko jeden przypadł mi naprawdę do gustu – słodki Legendario. Oj jakie to było dobre. Bernatka również pozytywnie zaskoczona, stwierdziła, że musimy koniecznie przywieźć go ze sobą do domu. Skoro tak to OK – butelka powędrowała do bagażu. Cena – 6,5 USD za 0,7l. Alkohol w tym kraju jest w bardzo przyzwoitej cenie.

Degustację, polecam!

Przyszedł wreszcie czas na wspomnianą kawę. Powiem Wam, że zapowiedź Moniki nie była przereklamowana i tutejsza kawa jest naprawdę cudowna! Jedna z najlepszych kaw, jakie piłem. Pomijając sam efekt przygotowania, to zaserwowanie mieszanki w postaci kawa, rum, cynamon i likier orzechowy w formie palącego się napoju nie dość, że dobrze wygląda, to smakuje wybornie! Koszt 3 dolary. To bardzo dobrze wydane 3 dolary…

Perfekcjonista w swoim fachu.

Zdecydowanie zasługuje na jeszcze jedno foto!

Oo... Taka dobra, że oddałem aparat.

Muzeum Rewolucji w Hawanie

W fabryce rumu spędziliśmy nieco ponad godzinę, bo opuściliśmy ją o 11.20. Spacer do autokaru zaowocował fajnymi fotkami wśród typowej, tutejszej zabudowy. Wspominałem, że Hawana jest super? Oj jest! Dla fotografa amatora jest czymś wspaniałym!

Jako, że tutaj wszystko jest blisko siebie, do Muzeum Rewolucji zajechaliśmy już o 11.40. W między czasie przegnało chmury i ponownie, jak wczoraj o tej porze, zrobiło się bardzo ciepło, żeby nie rzec, że gorąco. Zaklinanie Bernatki podziałało i teraz jej strój okazał się najbardziej dostosowany do obecnej pogody.

Blisko godzinny pobyt w Muzeum Rewolucji wypełniony był bardzo dużą dawką wiedzy historycznej na temat Batisty, Che Gevary, Fidelu Castro i oczywiście samej rewolucji. Monika standardowo mówiła jak nakręcona (chyba wypiła więcej kaw niż my), ale z ogromną pasją, co zarażało innych i zachęcało do skupionego słuchania. Czas wolny w muzeum na poziomie 15-20 minut był w pełni wystarczający, aby udać się w jego przeróżne zakątki i utrwalić na fotografiach kluczowe elementy.

Tych panów tutaj bardzo nie lubią...

O 12.40 ponownie zawitaliśmy na Placu Centralnym Hawany, gdzie autokar opuściły osoby chcące zjeść lunch na własną rękę, a nie ten zorganizowany przez Rainbow. My zostaliśmy, zachęceni przez Monikę. Po jej rekomendacji na temat kawy zaufaliśmy też, jeśli chodzi o lunch. Szczególnie, że te w poprzednich dniach też były bardzo OK.

Jadąc w kierunku restauracji, Monika pokazała nam gdzie znajduje się knajpa El Floridita, do której lubił chodzić Ernest Hemingway by napić się swojego ulubionego trunku – Daiquiri. Zanotowałem w pamięci, aby zahaczyć o to miejsce w wolnym czasie. Na lunch zajechaliśmy o 12.50. W sam raz, bo zaczęliśmy powoli głodnieć. Znowu mocno się rozpadało. Mocno. Bardzo mocno…

Miejsce lunchu z zewnątrz nie robiło wrażenia...

I tym razem Monika nie oszukała. Zarówno sama restauracja, jak i jedzenie zrobiły wrażenie i decyzja o wspólnym wybraniu się na lunch była bardzo dobra. W dyskusji z partnerami przy stoliku, poruszyliśmy temat pogody, że szczerze, to nie spodziewaliśmy się tak deszczowych dni, jakie obecnie mamy i nie do końca przygotowaliśmy się z ubraniami. Szczególnie, że w przewodnikach i internecie wyczytaliśmy, że początek października, to już raczej ciepły i bezdeszczowy okres. Popatrzyli na nas zdziwieni i powiedzieli, że te deszcze i burze (oraz chłodne noce) to normalna sprawa o tej porze roku i nie wiedzą, czemu się dziwimy.

Może i tak. Ale skoro tak, to uprzedzam Was (bo to raczej ważna informacja), że jeżeli chcecie zmniejszyć prawdopodobieństwo złej pogody oraz nie zwiedzać Hawany i okolic (oraz północno zachodniej części wyspy) w deszczu, to wybierzcie okres nieco późniejszy. Tydzień-dwa zrobią ogromną różnicę (my byliśmy w pierwszej połowie października).

W środku już bardzo zacnie!

Daiquiri podano o 13.18 ;)

U mnie krewetki.

U żonki bardziej klasycznie.

Sesja zdjęciowa i zwiedzanie miasta w iście kubańskim stylu

Lunch skończyliśmy o 14.50. Wiem, długo. Ale wiecie - tutaj "maniana", więc trochę się czekało na jedzenie. Poza tym, nieco się zasiedzieliśmy i pogadaliśmy, stąd też tak późne wyjście z restauracji. A i tak wyszliśmy jako pierwsi, bo część podróżnych „bała się” samotnego zwiedzania i pozostali w restauracji dotąd, aż opuściła ją Monika. Ustalone było, że wszyscy spotykają się o 15.30 na Placu Centralnym, aby z niego wrócić autokarem do hotelu.

Serio? 15.30 powrót do hotelu i dalej nic? Przecież to szkoda dnia. Szkoda Hawany, szczególnie, że jutro ją opuszczamy. Spotkaliśmy się więc z Moniką przy autokarze, ale powiedzieliśmy, że to trochę bez sensu tak tracić okazję i my sobie tutaj zostaniemy. Właściwie to Monika też chciała to nam zasugerować widząc, że wszędzie nas nosi i chcemy jak najwięcej zobaczyć, a reszta grupa jest w większości wyjątkowo… autokarowa. Doszło do tego, że sama zaproponowała nam, abyśmy wzięli powrotną taksówkę, a ona ją opłaci. No c’mon – bez przesady. Podziękowaliśmy za propozycję i ustaliliśmy, że powrót ogarniemy sobie sami.

Jak tylko autokar ruszył, skierowaliśmy się do miejsca, które zapisałem w pamięci nieco wcześniej. Do restauracji El Floridita, czyli ulubionej knajpy Ernesta Hemingwaya. Miejsce znajdowało się zaledwie 5 minut piechotą z miejsca, w którym się pożegnaliśmy z resztą grupy. Po otwarciu drzwi uderzyło nas rozśpiewane i roztańczone towarzystwo, a wszystko przy damskim wykonaniu Despacito przez jakiś lokalny zespół.

Pomimo pogody - spacer super.

Ach i och!

Taki klimat chciałem zobaczyć. Bernatka momentalnie się w nim zakochała, starając się utrwalić choć część tego uroku na filmie. Jednak goście jej nie dali. Zaraz po wejściu do restauracji przejęli jej komórkę, i zachęcając do tańca zaczęli filmować. Moją żonę wchłonęło. Wyraz zadowolenia, szczęścia i nadmiaru emocji na jej twarzy wynagrodził wszelkie, choćby najmniejsze oznaki deszczu, które mieliśmy do tej pory. Tego jej było trzeba. Kubańskiego, spontanicznego klimatu bez żadnego pośpiechu. Pozostawiając ją przy zespole wspomniałem, że idę do baru po daiquiri.

O miejsce tutaj ciężko...

Tłok, brak miejsc i mała dyspozycyjność barmanów spowodowała, że odpuściliśmy sobie drinki w tym miejscu i ponownie ruszyliśmy na miasto. Tuż po wyjściu z restauracji El Floridita, kierując się na Plac Centralny zapytałem Bernatkę, czy ma ochotę na przejażdżkę jednym z tutejszych aut. Powiedziała, że tak, ale musimy być naprawdę wyjątkowo - takie, które zwróci jej uwagę, a z tym tak łatwo nie jest. Szczególnie, że do tej pory zauroczyło ją jedno autko. Czerwony Ford Thunderbird, który widzieliśmy podczas pierwszego dnia zwiedzania.

To się zdziwiła, kiedy chwilę później wyskoczyłem na ulicę, by zatrzymać takie właśnie autko, mijające nas przy Gran Hotel Manzana Kempinski. Nie myślcie, że zatrzymywałem jakiegoś losowego mieszkańca Hawany. Znaczna większość tych starych samochodów służy tutaj jako alternatywa dla taksówek – droższa, ale jednak – zatem prawdopodobieństwo, że trafię właśnie na takie autko, było duże. Dodatkowo zwróciłem uwagę na amerykańskie tablice rejestracyjne, które tym bardziej przekonały mnie, że autko przeznaczone jest na cele turystyczne.

Tak też było. Co prawda kierowca się mocno zdziwił, bo zaburzyliśmy tutejszy stan rzeczy. Zazwyczaj to oni nagabują turystów, aby zabrać ich na przejażdżkę, a tutaj wyskakuje taki jeden i sam go zatrzymuje. Ale co zrobić – posiadał konkretnie autko, jakie nam się spodobało, więc miał przewagę.

Przejażdżki po mieście mają tutaj w konkretnych stawkach. Jest przygotowanych kilka scenariuszy, które różnią się odwiedzanymi miejscami, czasem i oczywiście ceną. W naszym przypadku było nieco inaczej. Znaczną część z tutejszych atrakcji już zwiedziliśmy, zatem poprosiliśmy jedynie o przejażdżkę po Hawanie, w miejsca, gdzie nie zajeżdżają autokary i turyści – w skrócie, aby przewiózł nas po jego mieście, tak jak uważa. Powiedzieliśmy, że chcemy po prostu się przejechać i złapać fajne kadry. Zrozumiał o co chodzi. Uśmiechnął się, a swoje mapki schował gdzieś do schowka. Umówiliśmy się na stawkę 40 USD, co w pełni mieściło się w założonym przez nas budżecie i ruszyliśmy w miasto.

Cała wycieczka trwała nieco ponad godzinę. Udała się naprawdę bardzo dobrze. Kierowca, mega sympatyczny chłopak, wszedł z nami w dyskusję i zaczął opowiadać odnośnie Hawany, tego jak im tutaj się żyje (żyje się dobrze!), co robią, skąd ma samochód, jak go utrzymuje itp. Puścił nam muzykę, która jest tutaj popularna – reggaeton, gdzie część utworów przedstawiłem w poście Muzyka, która zawsze przypomni mi Kubę. Swoją drogą sam stylizował się na jednego z wykonawców tego nurtu muzycznego.

Nasz driver

W czasie naszego tour’u zajechaliśmy m.in. pod słynny Nacional de Cuba Hotel, przejechaliśmy cały Malecon, zaszyliśmy się w wąskie uliczki Hawany, a także w część miasta, która dawała wrażenie porzuconej – wysokie niedokończone bloki mieszkalne, puste obiekty, zniszczone parkingi. Ze skrajności w skrajność. Sesja zdjęciowa wyszła super. Tego właśnie oczekiwaliśmy, choć zdjęcia z tej części zachowam głównie w prywatnym archiwum. Podzielę się dwoma :).

Takie tam ze mną...

I zdecydowanie ta piękniejsza odsłona. :)

Szybki przegląd kadrów.

Przejazd zakończyliśmy pod naszym hotelem jakiś kwadrans po siedemnastej. Dojazd zrealizowany pod same drzwi, co automatycznie rozwiązało nam też problem powrotu z miasta. Rozliczyliśmy się z kierowcą, a na odchodne przekazaliśmy jeszcze nasz firmowy długopis. Zawsze biorę ich parę ze sobą, bo co jak co – ale każdy pisze lub rysuje. Co prawda zakładam, że dam je dzieciakom, ale ten gość autentycznie się ucieszył. Będzie miał czym notować na swoich mapkach.

Buena Vista Social Club

Jako, że na dzisiejszy wieczór, na 21.30, zaplanowana była jeszcze jedna atrakcja – wyjście na koncert słynnego zespołu Buena Vista Social Club, musieliśmy zregenerować nieco siły. Najlepszym rozwiązaniem jest oczywiście drzemka, która tego dnia przyszła bardzo łatwo. Godzina w pełni wystarczyła, abyśmy mogli zacząć drugą zmianę.

Po kolacji, która tradycyjnie odbyła się o 19.00, wybraliśmy się do lobby, aby czekać na transport na wieczorną imprezę. Złapała nas Monika wypytując jak spędziliśmy czas w Hawanie, po tym jak nas zostawiła. Zdaliśmy więc relację, pokazując przy okazji kilka zdjęć. Widząc je i słuchając opowiadania, ucieszyła się, że udało nam się zrealizować założone cele. My tym bardziej.

O 20.30 zajechał autokar. Ten należał do drugiej grupy mającej program w nieco okrojonej wersji wycieczki – "Kuba Wyspa jak wulkan gorąca". W środku siedziało już kilka osób, więc usiedliśmy tam gdzie dało radę, po czym ruszyliśmy w kierunku miejsca, w którym miała odbyć się impreza. Do celu dojechaliśmy pół godziny później, zatem do rozpoczęcia imprezy zostało jeszcze trochę czasu. Zajęliśmy wskazane miejsca i zamówiliśmy drinki. Tego dnia poznaliśmy też Jacka i Kasię z Kielc, którzy uczestniczyli właśnie w tej drugiej wycieczce.

Punkt 21.30 rozpoczął się koncert. Ale Ci ludzie kochają tę muzykę! My, turyści po prostu oglądaliśmy przedstawienie. Lokalesi natomiast… tańczyli, śpiewali, klaskali i wiwatowali. Integracja zespołu z gośćmi była stuprocentowa. Podczas zmiany wokalistów (a tej rotacji było sporo), ci którzy akurat nie śpiewali, spędzali czas z uczestnikami, czy to dosiadając się do stolików, czy to rozmawiając w różnych częściach sali. Naprawdę fajny klimat, ale trzeba go lubić – podobnie jak styl muzyki. Wybrałem się wiec z aparatem w tłum, aby cokolwiek utrwalić na zdjęciach.

Koncert skończył się jakoś przed północą. Ponad dwie godziny muzyki i zabawy, podczas której uraczono nas kilkoma drinkami. Oczywiście, jak ktoś chciał więcej – mógł zamówić na własną rękę u kelnerów lub w barze. Do hotelu wróciliśmy kwadrans po północy. Zmęczeni, ale w pełni zadowoleni z dzisiejszego dnia. Na dopełnienie wykupiłem kartę do internetu (tak, na Kubie internet jest na kartki) i zamieściłem pierwsze fotki w moich kanałach społecznościowych. Spełniony, mogłem pójść spać.

 

Podsumowanie

Oficjalny program tego dnia jest wyjątkowo skromny – zaledwie Muzeum Rewolucji i fabryka rumu. Sam fakt powrotu do hotelu o godzinie 15 daje już do myślenia, szczególnie, że hotel położony jest dość daleko od centrum Hawany i nie można z niego, tak po prostu, wybrać się spacerem. Jeśli jednak uzupełni się ten dzień na własną rękę, chociażby tak jak my, automatycznie staje się on idealnie wypełniony i nie ma się poczucia straty czasu, w postaci przesiedzenia w hotelu – który umówmy się, nie oferuje nic więcej poza łóżkiem do spania.

Lunch zorganizowany przez Rainbow również zasługuje na pochwałę. Cena akceptowalna, miejsce fajne, a jedzenie bardzo dobre. Wycieczka fakultatywna jaką jest wyjście na koncert Buena Vista Social Club jest dla tych, którzy to lubią. Niektórzy goście widać, że się męczyli. Męczyli w takim znaczeniu, że nie poczuli tego klimatu. Inni zaś zupełnie odwrotnie. Tak czy inaczej, jeśli wybieracie się na wakacje, aby poznać tutejszą kulturę, to polecam wybrać się na tę imprezę.

Nawet jak się nie spodoba, to przynajmniej na własnej skórze przekonacie się jak to wygląda i wyrobicie sobie własną opinię. To nie to samo, co wioski Beduinów rozstawiane specjalnie pod turystów. To tutejszy, najsłynniejszy zespół, na który wybierają się przede wszystkim lokalesi, a turyści są jedynie gośćmi.

Co do wydatków (oczywiście łącznie za dwie osoby): lunch z colą – 32 USD, kawa w fabryce rumu – 3 USD (1 osoba), rum Legendario 0,7l – 6,5 USD, karta internetowa – 1,5 USD, godzinna przejażdżka Fordem Thunderbird po Hawanie – 40 USD. Łączny koszt dnia 83 USD + wycieczka fakultatywna na Buena Vista Social Club.

Pozostałe dni z wycieczki Buenos Dias Cuba znajdziecie tutaj:

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#Laos#freelancing#Pinar del Rio#Walking Street#snajper#umowy śmieciowe#emigranci#archiwizacja danych#mystery shopper#kurs walut#subway#yukatan#soroa#Cienfuegos#azja#laptop#prezydent#bond#taxi#blog