Dream of Zanzibar – recenzja hotelu na rajskiej wyspie

07 Maj
2017

Dream of Zanzibar – recenzja hotelu na rajskiej wyspie

Dream of Zanzibar (w niektórych katalogach i serwisach turystycznych znany jako Emerald Dream of Zanzibar) to jeden z tych hoteli, z którym wszystko wydaje się być niby ok, ale w praktyce raczej nie chce się do niego wracać. Postaram się to w miarę merytorycznie i obiektywnie uzasadnić, ale w finalnym rozrachunku i tak pozostają osobiste emocje i subiektywna ocena, która jest ich następstwem. 

Tym razem na wyjazd wybrałem się z biurem podróży Itaka. W żaden sposób nie wpływa to na ocenę hotelu, bo wyjazd był podbytowy, a nie objazdowy, ale być może ta informacja komuś się przyda przy podejmowaniu decyzji.

Pominę wszystkie oficjalne informacje dotyczące tego obiektu, takie jak rok budowy, liczba pokoi, styl architektoniczny itp., bo o tym każdy może sobie przeczytać na stronie internetowej pierwszego lepszego biura podróży, a tak naprawdę niewiele wnosi do jego oceny. Skupię się na tym, co faktycznie powinno wydawać się istotne dla gościa hotelowego, który planuje spędzić swój wymarzony urlop i to za niemałe pieniądze jak na tego typu miejsce. Niemałe, bo z tego co się zorientowałem, ciężko będzie skorzystać z walorów Dream of Zanzibar za mniej niż 5 000 zł za tydzień (w sezonie przedział waha się na poziomie 6 000 – 10 000 zł za osobę, w zależności od długości pobytu, typu pokoju i terminu, w którym się leci). Oczywiście z przelotem.

Dream of Zanzibar, wg wszelkich źródeł, to hotel pięciogwiazdkowy i wszędzie opisywany jako „wyjątkowy”, „nowoczesny” i przede wszystkim „luksusowy”. Przymiotniki te brzmią pięknie, ale jak to już w życiu bywa – zawsze liczy się punkt odniesienia. To od niego wszystko się zaczyna. Być może zdanie to zabrzmiało, jakbym miał zaraz zacząć narzekać czy coś w tym stylu. Ale to nie tak. Hotel ten naprawdę jest wspaniały i wyjątkowy pod wieloma względami, i sporo osób może się nim zachwycić. Jednakże jest też kilka elementów, które w mojej ocenie nie pozwalają postawić przy nim określenia „luksusowy”, a także powodują, że gdybym miał jeszcze raz polecieć na Zanzibar, to na pewno bym go nie wybrał.

Recepcja w Dream of Zanzibar naprawdę jest wyjątkowa.

Czas zatem na szczegółowe informacje na temat poszczególnych elementów hotelu. Zacznę od pozytywnych, bo od nich zawsze warto zaczynać. Wady będą później.

Obsługa hotelu

Przede wszystkim na pochwałę zasługuje obsługa. Bez dwóch zdań. Obsługa Dream of Zanzibar, od sprzątaczek, przez ogrodników, kelnerów i barmanów, po kucharzy, a na osobach na recepcji oraz menadżerach kończąc, zasługuje na maksymalną możliwą ocenę. Niezależnie w jakiej skali. Robią wszystko, co do nich należy, i robią to dobrze. Widać, że się starają. Widać, że im zależy. I widać, a raczej czuć, że każdy ich uśmiech czy gest jest w 100% naturalny.

Plaża hotelowa i dostęp do oceanu

Drugi pozytyw (który w tym „luksusie” ma też swoje wady) to lokalizacja hotelu. Dream of Zanzibar leży bezpośrednio przy oceanie i ma dwie plaże: prywatną i publiczną. Prywatna charakteryzuje się tym, że jest czysta i są na niej leżaki, parasole, palmy, bar i przede wszystkim święty spokój. Publiczna z kolei ma dostęp do wody, jednakże nie ma żadnej z wymienionych przeze mnie zalet plaży prywatnej. Dlaczego? Otóż na Zanzibarze jest tak, że dostęp do oceanu jest publiczny, niezależnie od tego co się przy nim znajduje. Takie prawo. Nie ma zatem możliwości, aby jakikolwiek hotel miał prywatną plażę z dostępem do oceanu tylko dla siebie, po której nikt obcy nie może się poruszać. Jeśli takie coś znajdziesz w opisie jakiegoś hotelu, to miej świadomość, że wprowadzają Ciebie w błąd.

Prywatna plaża Dream of Zanzibar - zawsze czyściutka i zagrabiona

Tak więc plaża hotelowa jest super i można na niej odpocząć. Plaża publiczna, jak to plaża publiczna - poza tym, że jest piękna i bajkowa (pomijając tony trawy morskiej i glonów), to ma swoje wady w postaci nieustannie nagabujących tubylców oraz braku jakichkolwiek leżaków i parasoli. Wspomniałem o trawie morskiej. Otóż niestety (nie do końca wiem dlaczego, ale pewnie z uwagi na ukształtowanie terenu) codziennie na plaży przed hotelem ocean wyrzuca tony trawy morskiej. Nie jest to ani ładne, ani fajne. Daje wrażenie brudnej i zanieczyszczonej plaży, bo te wszystkie glony całkowicie przykrywają piękny, biały piasek. Co ciekawe, przed sąsiadującymi hotelami po lewej stronie (np. Hotel Neptun), tego efektu nie ma i plaża jest czysta. Oczywiście pracownicy starają się sprzątać te „dary” natury, ale jest ich tak dużo, że wydaje się to niemożliwe. Niezależnie od starań.

Plaża publiczna przy Dream of Zanzibar

Widok na Dream of Zanzibar od strony oceanu.

Ale! Ukształtowanie tego terenu ma też swoje plusy, a dokładnie jeden – niesamowite odpływy i naprawdę bajkowe widoki. W tym miejscu ocean cofa się o jakiś kilometr, dzięki czemu można pospacerować malowniczą pustynią i zobaczyć zarówno ocean jak i pozostawiony za sobą ląd z nieco innej perspektywy. Przy innych pobocznych hotelach, aż tak mocnego efektu odpływu nie zauważyłem.

Publiczna plaża podczas odpływu - i oczywiście tubylcy.

Jakość kompleksu i utrzymanie czystości

Jak już wspomniałem, obsługa się stara. Dzięki temu czystość na terenie hotelu Dream of Zanzibar jest bez zarzutu. Czystość w pełnym rozumieniu tego słowa, a więc również zadbanie o ogrody, których obszar zajmuje znaczną część obiektu. Być może taka informacja wyda się Wam nieistotna, ale jednak fajnie idąc na posiłek, plażę czy po prostu spacer, nacieszyć oko ładnymi widokami i zielenią.

Widok na ogrody w części mieszkalnej hotelu.

Część ogrodowa przy plaży i basenie.

Internet

Dla niektórych to podstawa. Nie ukrywam, że dla mnie również jest istotny, więc nie omieszkałem dokładnie sprawdzić jak to wygląda. Z początku wydawało się wszystko super, z czasem nieco gorzej. Ale i tak było bardzo dobrze. Generalnie jak sprawdzałem połączenia speedtestem (niezależnie, czy na plaży, przy basenie czy w pokoju), to poza „godzinami szczytu” (a takie są zaraz po kolacji, czyli od 19.30 i kończą się około północy) parametry miałem na poziomie 5MB (zarówno download, jak i upload – były też momenty, że dochodziło do 18MB). W godzinach szczytu przepustowość spadała do 0,05MB i dodatkowo bardzo często zrywało się połączenie. Internet najlepiej zatem działał w nocy lub nad ranem.

I jeszcze jedna ważna informacja w tej kwestii. Na niektórych stronach biur podróży oraz serwisach turystycznych widnieją informacje, że internet w hotelu Dream of Zanzibar jest płatny. Rozwiewam ten mit – w całym kompleksie dostęp WiFi jest bezpłatny, i to na jednym kluczu (nie ma przypisywania użytkownika do pokoju).

 

All Inclusive i Alkohol

Nie mogło zabraknąć informacji na ten temat. Będzie krótko, bo nie ma co się rozwodzić w temacie. Ogólnie alkoholu (oczywiście lokalnego) nie żałują. Drinki są robione „na bogato”, a jedyne co wg karty jest dodatkowo płatne, to drinki na bazie Martini (smuteczek) oraz tequili (jeszcze większy smuteczek!). Cała reszta jest już w opcji „no limit”. Dosłownie! Bary otwierają zaraz po śniadaniu, a zamykają o północy (tutaj konkretnie jeden przy głównym basenie), więc większość gości powinna być zadowolona. Lunatycy niestety nie.

Co jeszcze ważne, a nawet bardzo ważne, bo pierwszy raz spotkałem się z takim rozwiązaniem, to w Dream of Zanzibar all inclusive nie kończy się w dniu wyjazdu w momencie wymeldowania. Naprawdę! To było bardzo miłe zaskoczenie. Od razu, na samym początku poinformowano nas, że pokoje należy opuścić do 12.00, ale ze wszystkich atrakcji hotelu możemy korzystać aż do naszego wyjazdu – co akurat było istotne, bo lot był o 21.00. Tak więc nikt głodny i spragniony nie chodził.

Kilka słów o barach

Skoro jesteśmy przy jedzeniu, to czas wspomnieć co nieco o barach i restauracjach. Barów naliczyłem cztery: przy głównym basenie, przy małym basenie, na plaży i na patio (o ile mogę to tak nazwać - w części przechodniej hotelu, gdzie gra zespół i można zamówić sobie shishę). Ten na plaży i przy małym basenie otwarte są od śniadania do kolacji, czyli do 19.00. Ten przy głównym basenie, jak już wcześniej wspomniałem, od śniadania do północy. Ten na patio – od kolacji do północy. W ciągu dnia barów zdecydowanie wystarczy. Nie czeka się na drinki, wszystko idzie sprawnie i fajnie. Wieczorem nieco gorzej, bo cały hotelowy ruch przejmują tylko dwa bary z czego ten przy basenie jakieś 80% obłożenia. W tym momencie zaczyna się już odczuwać dyskomfort zarówno w czasie zamawiania drinków, jak i późniejszej ich realizacji – i to niezależnie czy przy barze, czy u kelnerki. To jest ten moment, kiedy 1 dolar w postaci napiwku bardzo pomaga przy późniejszych zamówieniach (podobnie jak na lotnisku, co opisywałem w Lotnisko na Zanzibarze - 6 wskazówek jak przetrwać, pamiętacie?).

Główny bar przy basenie - pusto, bo zdjęcie robione o wschodzie słońca.

Poza „problemem czasowym”, który napotka się wieczorem przy barze, jest jeszcze jeden – ważniejszy. Właściciele Dream of Zanzibar nie dostosowali miejsc do liczby gości. Chodzi o zwykłe sofy, pufy, krzesła i stoliki, przy których można wieczorem po kolacji sobie usiąść, napić się i porozmawiać. Bardzo często było tak, że trzeba było polować na miejsca i kto pierwszy, ten lepszy. Tym, którym nie uda się znaleźć miejsca, pozostaje skorzystać z leżaków basenowych gdzieś z dala od baru, zrobić sobie spacer na plażę, albo najzwyczajniej wrócić do pokoju. Za to bardzo duży minus, bo właśnie m.in. tego typu sytuacja w obiektach tytułujących się „luksusowymi” nie powinna mieć miejsca. Trochę głupio, żeby w „luksusie” ludzie nie mieli gdzie usiąść.

Zanzi-Bar, czyli bar na prywatnej plaży Dream of Zanzibar.

Czas na restauracje

Tu będzie dużo pisania. To też miejsce chyba na największy minus tego hotelu – jedzenie! Zanim jednak o tym, to najpierw o restauracjach. Jest ich sporo, a co strona internetowa, to inna ich liczba. Np. wg. Holidaycheck są 4 restauracje, wg booking.com, jest ich 5, a wg Itaki chyba też 4, bo nie do końca można zrozumieć ich enigmatyczny opis na stronie. Ja się naliczyłem 6 restauracji plus jeszcze w godzinach lunchu grill bar na plaży. W Dream of Zanzibar mamy: restaurację główną, włoską, afrykańską, azjatycką, z owocami morza i jedną, którą nie mam pojęcia do czego przypisać.

Restauracja główna, jak sama nazwa wskazuje, jest główną „jadłodajnią” w tym kompleksie. Pozwoliłem sobie na nazwać to jadłodajnią, bo bliżej tu do stołówki, niż restauracji. W tym miejscu zjemy śniadania, obiady i kolacje, a jedzenie podawane jest w formie szwedzkiego stołu. Nie ma szans, aby w jednym momencie restauracja ta pomieściła wszystkich gości, więc jak najbardziej uzasadnione są kilkugodzinne przedziały podawania jedzenia.

Pozostałe restauracje tematyczne otwierane są tylko i wyłącznie wieczorem, a więc na jeden posiłek jakim jest kolacja – podawany w formie „a la carte”. Co ważne (i normalne w takich hotelach) do każdej z takiej restauracji trzeba zrobić rezerwację nieco wcześniej. Zazwyczaj wystarczają 24 godziny, ale w przypadku włoskiej czasem i dużej (wydaje mi się, że wiem dlaczego, ale o tym za chwilkę). We wtorki, kiedy organizowana jest kolacja nad basenem, wszystkie restauracje są nieczynne. To dzień wspólnego posiłku dla wszystkich gości hotelowych przy muzyce na żywo.

Mamy jeszcze grill bar na plaży, o którym wspomniałem. Ten otwarty jest tylko w porze lunchu i z tego co kojarzę dysponuje tylko pięcioma, albo sześcioma stolikami. Tutaj akurat nie ma czego żałować, bo co jak co, ale grillować w tym kraju nie potrafią (a przynajmniej w tym hotelu).

Podobno, gdzieś na terenie hotelu, przy plaży, jest też sushi bar, który otwarty jest właśnie w porze lunchu. Podobno, bo przez cały okres pobytu nie mogłem go zlokalizować. Inni turyści też nie mogli.

Jedzenie w Dream of Zanzibar

Czas powrócić do pięty achillesowej tego obiektu – jedzenia. W internecie czytałem opinię (i nadal czytam), że w tym hotelu jedzenie jest wyśmienite, albo bardzo dobre. Nie wiem jaki punkt odniesienia mają osoby, które to piszą, albo jakie miały szczęście w czasie swojego pobytu, ale nigdy nie określiłbym jedzenia w tym hotelu jako bardzo dobre, a już na pewno nie jako wyśmienite.

Nie jestem Magdą Gessler, ani innym restauratorem z mega wyczulonymi kubkami smakowymi. Nie wymagam też zbyt wiele od jedzenia, a ciepły hot-dog na stacji Orlen, czy też schabowy z żurkiem w barze mlecznym w pełni do szczęścia mi wystarczą. Jednak w tym hotelu do jedzenia na poziomie pięciu (ba, nawet czterech) gwiazdek wiele brakuje. Po pierwsze, w głównej restauracji jest ciągle to samo. Niby są jakieś drobne zmiany i jednego dnia zamiast makaronu spaghetti będzie tagliatelle, czy zamiast lodów czekoladowych są truskawkowe, to jednak ma się poczucie nudy i powtarzalności. Jedzenia niby jest dużo, ale wbrew pozorom wyboru nie ma. A i jakościowo jest kiepskie i mało smaczne. Wydawać by się mogło, że w takim miejscu jak Zanzibar jedzenie będzie się opierać głównie na rybach i owocach morza. Nic bardziej mylnego. Podczas obiadów czy kolacji (cały czas piszę o restauracji głównej) może jeden posiłek bazował na rybie, a owoce morza (kalmary, mini ośmiorniczki czy elementy krewetek) były sporadycznie i to też niekoniecznie dobrze przyrządzone. A tak, to tylko makaron, kurczak, wieprzowina i warzywa.

Co do jedzenia w restauracjach, to już nieco lepiej. Ale jak pisałem – można było je skosztować tylko w czasie kolacji i to po wcześniejszej rezerwacji. Najpewniejsze jedzenie było w restauracji włoskiej – umówmy się, pizzę trudno popsuć, a że to włoski hotel, to było to dość mocną stroną. Dlatego też z czasem coraz trudniej było zapisać się głównie do tej restauracji, i wyprzedzenie 24 godzin było za małe. Jak widać, nie tylko ja miałem dość tego „standardowego” jedzenia i szukałem urozmaiceń w innych restauracjach.

Najlepsze jedzenie dostaliśmy w restauracji „nie mam pojęcia do czego przypisać”. Prawdziwa jej nazwa to Golden Bridge, ale jeśli chodzi o typ kuchni, to jakaś mieszanka. Tutaj jedzenie było naprawdę dobre. Bardzo dobre. Tutaj też zainteresował się nami sam szef kuchni, który przyszedł, podpytał o to jak smakowało oraz czego oczekujemy i co lubimy. Naprawdę przyjemnie, smacznie i romantycznie.

W restauracji azjatyckiej było OK. Nie jakoś super, ale też nie było źle. Mi smakowało nieco bardziej niż moim towarzyszom, ale to już z uwagi na indywidualne samopoczucie tego dnia oraz oczywiście gusta poszczególnych osób.

W ostatnich dwóch restauracjach, tj. tej z owocami morza oraz afrykańskiej niestety nie byłem, więc nie wiem też na jakim poziomie było tam jedzenie. Nie udało mi się do nich zapisać, bo albo nie było już miejsc, albo byliśmy na wyjazdach, albo nie było możliwości z uwagi na ogólnohotelową kolację na plaży lub przy basenie, albo z uwagi na umieranie w pokoju przez dwa dni, po zatruciu jedzeniem właśnie w tym hotelu. Tak tak. Zatrucie złapało mnie, moich kompanów i jeszcze całkiem sporą liczbę osób z naszego turnusu.

Niestety, ale tak jak pisałem, jedzenie w Dream of Zanzibar nie wydawało się jakoś świeże. Sam brak urozmaicenia już o tym mówi, bo skoro jednego dnia kurczak jest na kolację, a drugiego na obiad i na grilla, to raczej należy przypuszczać, że jest on z tej samej partii.

Kończąc już o posiłkach, to podczas wielkiej kolacji przy basenie naprawdę jest dużo jedzenia. Dużo wszystkiego, a najwięcej to chyba ciast i owoców. To akurat mają bardzo dobre. Jest też wtedy nieco więcej owoców morza, ale… większość z nich dodatkowo płatnych. I tak – była jakaś sałatka z elementami krabów oraz kalmarami, zaś wszelkie homary, langusty i krewetki należało nabyć drogą kupna – i to w niemałych cenach.

Przygotowania do kolacji nad basenem.

Rekreacja, pokoje i baseny

Na koniec jeszcze kilka kwestii dotyczących samego pobytu – wygody i odpoczynku. Istnieje możliwość pobytu w trzech typach pokoi – standardowy, junior suite i jakieś tam apartamenty. W pierwszych dwóch miałem okazję mieszkać, a trzeci widziałem tylko z zewnątrz – i to te, które pokazują na filmach reklamujących ten hotel – wolnostojące z własnym basenem.

Zarówno standardowe, jak i Junior Suite znajdują się w takich samych domkach bungalowych. Różnice między nimi są trzy. Po pierwsze standardowe są nieco mniejsze (niewiele, bo różnica jakichś 5m2). Po drugie znajdują się w wyższej części hotelu, a to znaczy, że są znacznie dalej od głównego basenu, restauracji i oceanu. To już nieco większy minus, bo kilka razy dziennie trzeba robić dłuższe spacery, a nie jest to najprzyjemniejsza opcja przy ponad 35 stopniach. Po trzecie (i najfajniejsze) mają taras z widokiem na ocean. To przyjemne, kiedy można sobie usiąść w zacienionym miejscu i odpoczywać mając tak fajny widok.

Standardowy pokój w Dream of Zanzibar

Pokój Junior Suite - nieco większy i z lepszym widokiem.

Dojście do domków bungalowych.

Widok z pokoju Junior Suite.

Nie zmienia to jednak sytuacji, że zarówno w jednym, jak i drugim przypadku, aby dojść do głównego basenu, restauracji, czy plaży należy pokonać dystans 52 dwóch schodów, co po pewnym czasie potrafi zmęczyć każdą osobę, nawet z dobrą kondycją.

Przeszkoda w postaci 52 schodów, z którą trzeba się kilka razy dziennie zmierzać.

Pokoje czyste, przestronne i chłodne z dość dużą łazienką z kabiną prysznicową. Kabina bez ruchomej słuchawki, więc dla kobiet, które nie lubią moczyć włosów jest to pewne utrudnienie. Dużym minusem dla mnie była dość głośna klimatyzacja – na tyle, że nie potrafiłem przy niej spać i trzeba było ją na noc wyłączać.

Baseny na terenie hotelu są dwa. Jeden malutki, kameralny w górnej części hotelu (wśród domków bungalowych), a drugi duży – w głównej części hotelu niedaleko plaży i oceanu. Powiem tak – w dużym kąpałem się chyba dwa razy, a w małym prawie codziennie. Dlaczego? Po pierwsze mały był pod nosem (dosłownie pod oknem) i nie trzeba było robić długich spacerów do tego głównego. Po drugie było cicho, spokojnie, a przy barze nie było żadnych kolejek. Nie było też problemu z dostępnością leżaków i parasoli. Jedyny minus, to temperatura wody – myślę, że na poziomie jakichś 25 stopni. Mi odpowiadała, ale wiem, że dla niektórych mógłby to być problem.

Mały basen i przy okazji nasz widok z okna pokoju standardowego.

Duży basen równa się dużo ludzi. I tak też jest i w tym przypadku. Większość gości hotelowych idzie nad główny basen. Decyzja w pełni zrozumiała, bo blisko do dwóch barów, blisko do restauracji i grilla na plaży, blisko do oceanu, a i ogólnie fajna lokalizacja. Niestety jest tu już głośniej, a o 12.00 zaczyna się aqua aerobik, który co poniektórym może przeszkadzać – szczególnie tym, którzy chcą podrzemać w cieniu lub poczytać książkę. Woda w basenie nieco chłodniejsza, ale dalej ciepła – tutaj jednak można już się schłodzić. Trudniej tu też o leżak i parasol, bo od samego rana uprawiany jest sport w postaci rezerwacji leżaków wszystkim co się ma pod ręką.

Duży basen w głównej części hotelu. Tu bez ludzi, bo w momencie przygotowań do kolacji.

Pozostałe atrakcje

Na sam koniec zostawiłem atrakcje, które można spotkać w Dream of Zanzibar. Tutaj nie ma co narzekać – codziennie starają się zadbać o coś innego, i tak powstał pewien cykl: w niedziele handel lokalnymi pamiątkami przez Masajów, w poniedziałki zespół na żywo, we wtorki wspólna kolacja przy basenie i zespół na żywo, w środy z tego co pamiętam, to również handel – tym razem obrazami, w czwartki kolacja na plaży oraz pokaz lokalnych tańców, w piątki nie pamiętam, a w soboty Arabic Night. Poza tym jest do dyspozycji bilard i kącik z shishą (tu akurat można poprosić, aby przynieśli w dowolne miejsce baru, co też jest super rozwiązaniem).

Lokalne tańce podczas kolacji przy plaży.

Co jeszcze ciekawe – w tym hotelu pozwalają korzystać z liści aloesu, który rośnie na terenie ogrodów. To bardzo ważne, bo na oparzenia działa lepiej niż niejeden kosmetyk. Wracając z plaży, można normalnie urwać sobie liście, albo poprosić o to ogrodnika, i zrobić sobie domowe regeneracyjne spa przed kolejnym dniem na słońcu.

Ogrodnicy są również pomocni w innych kwestiach. Jeśli macie ochotę na napicie się soku ze świeżego kokosa wystarczy ich o to poprosić. Przygotujcie symbolicznego dolara na napiwek i dostaniecie świeżo ściętego kokosa z jednej z okolicznych palm.

 

Podsumowanie:

Plusy:

  • Zadbany kompleks
  • Czysta prywatna plaża
  • Komfortowe pokoje
  • Dwa baseny w różnych lokalizacjach
  • Super obsługa
  • 6 Restauracji
  • Internet
  • Malownicze widoki podczas odpływów

 

Minusy:

  • Jedzenie (słaba  jakość i brak urozmaicenia)
  • Położenie (duże dystanse między domkami, a główną częścią hotelu; dużo schodów)
  • Brak odpowiedniej liczby miejsc do obsługi gości (przy barach i basenie)
  • Zanieczyszczona publiczna plaża (tylko w znaczeniu trawy morskiej, co ogranicza komfortowe kąpiele)

 

Gdybym miał oceniać ten hotel w skali 1-10 i brał pod uwagę wszystkie hotele, w których byłem (niezależnie od liczby gwiazdek), to otrzymałby on ode mnie bardzo słabą siódemkę (7/10). Największym minusem, który zdejmuje w tym hotelu aż dwie noty jest jedzenie. Zabieram też punkt za brak dostępności odpowiedniej liczby miejsc do siedzenia w porze wieczornej. Za plażę nie odejmuję – hotel nie ma na to wpływu na naturę, a widać, że obsługa stara się, aby było jak najlepiej.

Z uwagi na położenie Dream of Zanzibar, nie polecam tego hotelu osobom starszym.

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#taxi#Filipiak#emocje#sherlock holmes#emigranci#bok#the rock#zarządzanie czasem#emigracja#Aqua Azul#urzędy#recenzja#prezydent#porady#Kuba#kurs walut#Laos#pracoholik#uchodźcy#Itaka