Delfiny w Kizimkazi oraz Jozani Park na Zanzibarze

09 Listopad
2018

Delfiny w Kizimkazi oraz Jozani Park na Zanzibarze

Dzwoni budzik. Jest 4.40. Nieprzytomny wyłączam go intuicyjnie i tulę się do mojej żony. Ta przyjemność nie trwa dlugo, bo pięć minut później dzwoni budzik w jej komórce. Teraz to już trzeba wstać. Pierwsza noc w naszym nowym pokoju minęła bardzo szybko. Zaledwie 5 godzin spania. Po szybkiej porannej toalecie jesteśmy gotowi na dzisiejsze przygody. Zupełnie jakby o tym wiedział, na WhatsAppie pisze Bartek „Gotowi?”. Gotowi, gotowi. Odpisuję, że tak, i że już wychodzimy.

Na recepcji jesteśmy o 5.10, czyli dziesięć minut później niż zakładaliśmy. Sheby już czeka. Oddajemy klucze recepcjonistce i odbieramy prowiant na drogę. Tak jak prosiliśmy – suchy. Dwa croissant’y, dwie kromki chleba, dwa banany i jeden soczek mango dla każdego. Witamy się z Shebym i ruszamy.

W kierunku Kizimkazi

Tutaj od piątej rano ludzie raczej nie śpią. Na całej drodze jest ich sporo. Podczas jazdy możemy obserwować jak wszystko budzi się do życia wraz ze wschodem słońca. Mijamy właśnie Jozani Park. Patrzę na zegarek – jest 6.00. Przed nami policja właśnie zatrzymała dwa pojazdy z drewnem. Sheby tłumaczy, że pilnują, aby nikt nie wywoził drewna z terenu parku. Jak już kogoś zatrzymają – trzeba płacić (i niekoniecznie jest to mandat). Na nas policja tylko zerka, po czym podnoszą szlaban i puszczają dalej.

O 6.15 dojeżdżamy do Kizimkazi. Parkujemy w tym samym miejscu, co poprzednim razem, z tymże teraz już tylko nasza czwórka. Zabieramy rzeczy z auta i idziemy za Shebym. Prosimy jeszcze tylko o kamizelki, aby na wszelki wypadek były z nami na łodzi. Nasz dzisiejszy kapitan spełnia prośbę i idziemy razem, ku jego przybytkowi.

Całkiem spory ruch, jak na tak wczesną godzinę...

Chwilę później wypływamy. Wraz z nami Sheby i jeszcze dwóch innych pasażerów – jak się okazało, również kapitanów. Krążymy między łodziami podrzucając wspomnianą dwójkę na ich motorówki. Dzisiaj z rana większy ruch niż ostatnim, niefortunnym razem, który to opisywałem w poście Kizimkazi i niewidzialne delfiny. Widoki przepiękne. Niczym niewzburzona, idealnie gładka tafla wody przypominająca aksamit, ukazuje nam tutejszy podwodny świat. A w nim różne różne rybki i zatrzęsienie meduz. Mniejsze, większe, białe, niebieskie i różowe – mnóstwo. Nie chciałbym tutaj wylecieć za burtę.

Wypływamy! Magiczne widoki.

Czystość wody w tym miejscu potrafi zauroczyć

Tak, to tafla oceanu...

Oddalamy się od brzegu. Sheby płynie razem z nami – chyba chce nam udowodnić, że miał rację w sprawie zakładu. Kapitan rozmawia przez telefon – namierzają delfiny. Po chwili dodaje mocno gazu, zmienia kierunek łodzi i płyniemy w zupełnie inne miejsce niż ostatnim razem. Kilka łodzi, które znajdowało się w zasięgu naszego wzroku również zmieniło kurs i zaczęło płynąć równolegle z nami.

Zaczyna być fajne światło, toteż czas zrobić jakieś fotki. Pomimo, że w ruchu, powinny wyjść ciekawe. Bernatka zaczęła kręcić film. Zorientowałem się właśnie, że nie założyłem Go Pro. Nadrabiam zaległości i montuję uprząż na głowie. Bernatka postanowiła zabrać mi w tym czasie Canona i zrobić kilka zdjęć, w tym przepiękny wschód słońca.

Na żywo, jak zawsze, bez porównania.

Zegarek wskazuje 6.40. Na horyzoncie widać kilka łodzi zataczających kręgi. Chyba dopływamy we właściwe miejsce. Tak. Między łodziami widać pływających ludzi i… delfiny. Dużo delfinów. I nie jest to w żadnym razie jakiś sztuczny zalew, czy basen, gdzie delfiny są trzymane i czekają na turystów, aby za kilka euro mogli z nimi popływać, albo zrobić fotkę. Jesteśmy na środku oceanu, a te wspaniałe ssaki pływają sobie naturalnie między nami całymi stadami.

W naturalnym środowisku...

Sheby mówi, żeby się szykować. Nie mam pojęcia ile czasu mija, kiedy słyszę „Jump! Jump! Now!”. No to skaczę. Po wylądowaniu w wodzie od razu robię nura pod taflę. Wszystko fajnie, tylko w tym całym zamieszaniu zapomniałem założyć maskę z rurką. Delfiny odpłynęły – każą mi wrócić na łódź. Wspinaczka bez drabinki poszła nawet gładko. Płyniemy dalej z innymi łodziami, a ja szukam maski. Jest! Ponownie widzimy delfiny, chyba inną grupę. Słysze do Shebiego, aby się szykować. Z maską, rurką i Go Pro na głowie już nie jest tak wygodnie. Ponownie za głową słyszę „Jump! Jump! Jump!”. Lecę. Tym razem dołączył do mnie Bartek. Dziewczyny zostały na łodzi i utrwalają nasze wyczyny na zdjęciach i filmach. Dużo łodzi, ale ludzi w wodzie niewielu. Nurkuję, mając nadzieję, że Go Pro coś nagra, bo pływanie z delfinami w ich naturalnym środowisku, prezentuje się naprawdę fajnie.

Pływając z delfinami

Delfiny spokojnie popłynęły dalej – nie ma coś się równać z ich prędkością. Pozostały natomiast meduzy. Źle. Lawiruję między nimi w kierunku łodzi, mając nadzieję, że żadna nie będzie miała ochoty się przytulić. Udało się. Wdrapujemy się z Bartkiem z powrotem na pokład i płyniemy dalej. Opłukuję usta wodą pitną, bo dość dużo opiłem się tej z oceanu i pytam Shebiego o meduzy, a przede wszystkim o to, jak bardzo są groźne. Mówi, że o białe nie ma co się martwić, ale za to o niebieskie bardzo. Nie mam pojęcia, które widziałem. W niebieskiej wodzie, przy podniesionej adrenalinie, wszystkie wyglądają podobnie.W oczekiwaniu na Jump!

Odpinam rurkę od maski, bo tylko przeszkadza i szykuję się do kolejnego skoku. Znowu „jump” i ponownie jestem w wodzie. Bartek i delfiny również. Ale genialny widok. Delfiny w pełnej grupie, duże z małymi, płynące obok i pod nami. I jeszcze ta ich komunikacja. Myślałem, że dźwięki te są słabo słyszalne, ale pod wodą to normalnie jak dobrej klasy sonary. Super przeżycie. Wracamy ponownie do łodzi. Tym razem już po drabince. Niby łatwiej, a jednak jakoś tak niewygodnie.

Wyszło dość mrocznie...

Skaczemy tak jeszcze kilkukrotnie, aż pada pytanie, czy wracamy. Dziewczyny postanowiły jednak nie wchodzić do wody, a my z Bartkiem zaczynamy odczuwać zmęczenie. Bez normalnego śniadania, to i energii mniej, co też uławia podjęcie decyzji. Powrót trwał około 15 minut, ale już w słońcu. Na szczęście wiało i temperatura nie była aż tak bardzo odczuwalna.

Odpoczynek na plaży

Do brzegu dobiliśmy o 7.50, po czym od razu rozłożyliśmy się na piaszczystej plaży. Prosimy Shebiego, aby dał nam jakieś pół godziny na wyschnięcie i zjedzenie drugiego śniadania. Ustalamy 8.30. O tej porze jest tutaj bardzo pięknie. Właściwie, to na tej wyspie cały czas jest pięknie. Zaczepiają nas lokalne dzieciaki, chcąc sprzedać jakieś pamiątki – niestety z muszli i chyba kości, więc rezygnujemy.

Jesteśmy w momencie, że każdy z nas znalazł sobie jakieś zajęcie. Bartek wchłania drugie śniadanie, Ola wskoczyła do oceanu, Bernatka filmuje w akcji bardzo aktywnego kraba na plaży, który przez swoje zachowanie bardziej przypomina kreta, wyrzucając coraz to większe fragmenty piasku, a ja zaś postanowiłem zrobić kilka zdjęć rybakom i ich pięknym, dzisiejszym trofeom. Jeśli ktoś lubi wędkować, to zdecydowanie na Zanzibarze będzie zadowolony.

Prosto z wody

Jak na 8 rano w niedzielę, to sporo się dzieje. Bernatka postanowiła dołączyć do Oli w oceanie. Woda w tym miejscu jest cudowna. Piękna barwa, ciepła i idealnie krystalicznie czysta – głupio byłoby nie skorzystać. Dołączyła do nas lokalna towarzyszka. Młodziutka dziewczynka, która od dłuższego czasu przygląda się temu, co robimy. Częstujemy ją soczkiem i ciastkami z naszego porannego prowiantu. Przyjęła, ale dalej siedzi z nami i bawi się w piasku. Powiem Wam, że dzieci, a właściwie wszyscy ludzie, są tutaj bardzo otwarci. Nie jest to ten typ otwartości co w kurortach turystycznych w innych częściach świata, gdzie otwartość dotyczy turysty z uwagi, że ma pieniądze. Po prostu, bez powodu ludzie się uśmiechną, zagadają i pójdą sobie dalej. Zero inwazyjności, zero narzucania się. Takie bezinteresowne zachowanie.

Naprawdę lubię tę fotkę

Ostatni rzut oka na ocean

Zaczęło robić się gorąco, a i czas umówionego wyjazdu zaczął się zbliżać, więc pstrykam ostatnie zdjęcia i idziemy do autka. Przy aucie zaczepia mnie jeden dzieciak i pyta, czy mamy może coś do jedzenia. Mamy. Częstuję go courasointem. Widząc jego zadowoloną minę, pytam Bartka, czy mogę dać dzieciakowi ich chleb. Bartek, jak to Bartek, nigdy z niczym nie ma problemu i mówi, żebym dał całe dwie ich paczki, bo i tak nie mieli zamiaru ich ruszać. Tak też robię.

Zdziwienie dzieciaków jest ogromne. Autentycznie, dawno nie widziałem u kogoś takiego zdziwienia, żeby mówił o tym każdy mięsień twarzy. Zaskoczone pytają ze dwa razy, czy na pewno wszystko jest dla nich. Odpowiadamy, że tak, że to żaden problem. Dla nas to raptem kilka kromek chleba, dwa soczki i kilka ciastek, a jak się właśnie przekonaliśmy – dla nich to jakiś niewyobrażalny dar. U nas podobną radość wywołałoby (może) rzucenie nowych IPhone’ów, choć też nie jestem do końca przekonany, bo jeszcze komuś by się kolor, albo pojemność pamięci nie spodobała.

Z wizytą u małp w Parku Jozani

Zgodnie z założeniami o 8.30 ruszyliśmy w dalszą podróż – w kierunku Parku Narodowego Jozani. Słońce dało się już wszystkim we znaki, a jak widać, dopiero ranek. Do parku dojechaliśmy niespełna pół godziny później. Zakup biletów trwa tu prawie kwadrans. I to bez kolejki… – takie ogarnięcie. Nie mam zupełnie pojęcia dlaczego tak długo, ale nic nie poradzimy - Hakuna Matata. Dobrze, że Sheby temat ogarniał, bo tak, to pewnie jeszcze dłużej by to zajęło.

Welcome to the Jozani Park

Bernatka w tym czasie poszła do autka po Muggę – preparat przeciwko moskitom i innym tropikalnym owadom, co by nas w tej dżungli nie pokąsały. Jak do tej pory, tj. od przyjazdu na Zanzibar, dosłownie nic nas nie ruszyło, zatem jak widać – działa.

Dostaliśmy przewodnika, młodego chłopaka, i ruszamy w głąb parku w poszukiwaniu słynnych małp. Dla formalności przewodnik każe nam się jeszcze zapoznać z regulaminem parku, co czynimy dość sprawnie, bo dokument do długich się nie zalicza i idziemy.

Miejsce robi wrażenie

Jeszcze jedno ujęcie

Minęło może z 5 minut, kiedy napotykamy pierwszego z tutejszych mieszkańców. Mała małpka wskoczyła właśnie na pobliskie drzewo i zaczęła coś jeść. Zero stresu czy płochliwości. Nie zwraca na nas żadnej uwagi, jakby w ogóle nas tutaj nie było. W tym czasie przewodnik opowiada nam co te tutejsze małpki mogą jeść, a czego nie. Dowiadujemy się też, że to endemiczny gatunek, tj. żyjący tylko i wyłącznie na Zanzibarze, w tym właśnie parku - Gereza Czerwona. Oczywiście robię kilka fotek i idziemy dalej przez las. Nie muszę chyba ponownie pisać, że tutaj też jest pięknie? ;)

Gereza Czerwona

Tu wszystko jest ładne

Po drodze mijamy jednego koczkodana, jakąś dziwnie dużą gąsienicę i grupę Włochów – rodzinę z dziećmi.  Po tym jak mijamy kolejną małpkę, przewodnik pyta, czy chcemy jeszcze. Oczywiście, że chcemy! Super miejsce. Przechodzimy zatem do drugiej części Parku Jozani, po drugiej stronie ulicy, gdzie podobno ma być ich więcej.

No nie kłamał. Jest ich więcej. Znacznie więcej. Mniejsze, większe, samotne, w parach, jedzące i kopulujące. Normalnie wszystkie możliwości i to tuż nad naszymi głowami lub na poziomie oczu w odległości max. 2 metrów.

Po chwili pojawia się obok nas grupa turystów – duża, jakieś 30 osób. Wychwytujemy język polski, a po oznaczeniu przewodnika widzimy, że są z ITAKA. Zastanawiamy się, co oni w takiej grupie w tym miejscu mogą zobaczyć i co takie małpy w tym momencie czują. Spłoszą się czy nie? Przypominało to nadejście jakiejś szarańczy. Najpierw cisza, a potem nagle wejście kilkudziesięciu osób, które rozpierzchają się w różnych miejscach. W sumie to nie moja sprawa...

Spacerem po lesie mangrowym

Kończymy zwiedzać tę część parku. Teraz przewodnik zabiera nas do kolejnej – tej z lasem namorzynowym, czy też jak kto woli – mangrowym. Sheby już na nas czeka, bo do tej części Parku Jozani trzeba podjechać. Z dwie minuty, ale jednak. Tutaj nie ma zwierząt, nie licząc krabów paplających się w błocie. Bardzo długa drewniana kładka nad czymś w rodzaju bagna w środku lasu robi niesamowite wrażenie. Czarna gleba i zieleń. Nic więcej. Jesteśmy tutaj całkowicie sami.

I tak z kilkadziesiąt metrów

W Meksyku wśród takich się pływało

Przewodnik opowiada o parku, my zaś słuchamy i robimy zdjęcia. Trochę selfie też poszło. Na koniec całej wycieczki dajemy mu napiwek i kończymy wycieczkę, bo robi się niesamowicie parno. Ola postanowiła wymienić się jeszcze numerem na Whatsapp, by wysłać mu fotki, na których załapał się razem z nami.

Wchodzimy do autka i wyjeżdżamy, zabierając ze sobą przewodnika, aby podrzucić go do recepcji. Wysiadł. Ja zaś przesiadłem się na przód, obok kierowcy. Kwadrans po dziesiątej ruszamy z powrotem do hotelu. Na parkingu mijamy kolejny bus ITAKA z kolejnymi trzydziestoma osobami, wśród których poznajemy ludzi z naszego hotelu. Nas ten tłum na szczęście już nie dotyczy. Wracamy do hotelu.

O religii, dzieciach i życiu na Zanzibarze

Nie do końca kontroluję co się dzieje. Pobudka o 5.00 rano i pływanie na czczo z delfinami spowodowało, że przysypiam. Od czasu do czasu się przebudzam i wymieniam kilka słów z Shebym i pozostałą częścią ekipy. Nagle, nie wiadomo z jakiego powodu, Sheby zatrzymuje się na poboczu i wychodzi z auta, aby coś sprawdzić. Wyszło tak, że stanęliśmy przy jakimś gospodarstwie domowym, gdzie bawi się mała dziewczynka. Wyciągam aparat, aby zrobić zdjęcie, ale dziewczynka znikła.

Jednak nie na długo. Pojawiła się z powrotem, z tymże tym razem z całą gromadą innych dzieci. Szczęśliwych, uśmiechniętych i machających do nas dzieci. Nic dla nich nie mamy. Dosłownie nic. Szkoda. Cykam kilka zdjęć, w tym jedno z moich ulubionych z całego pobytu na Zanzibarze.

Uwielbiam to zdjęcie!

Wrócił Sheby. Z autem wszystko OK. Z uwagi na nasz postój pojawił się temat dzieci, żon, życia oraz religii na Zanzibarze. Sheby opowiada, że jest jednym z 10 dzieci  swojego ojca, który ma dwie żony. Jest najstarszy. Opowiada o tym, jak wygląda tu życie, jakie są koszty utrzymania i zarobki. Jak pracował w hotelu Neptun (to ten obok naszego) jako kucharz, to miał 78 USD za miesiąc. Teraz jako kierowca ma około 250 USD miesięcznie. Jest różnica, szczególnie, że praca znacznie prostsza i przyjemniejsza oraz pod mniejszą presją.

Dzisiaj Sheby jeździ w marynarce. Pytamy się skąd taki strój, bo wewnętrznie sobie tutaj zgadujemy, że chce uchodzić za biznesmena u siebie na wiosce. Sheby się roześmiał i od razu zaprzeczył. Opowiada, że lubi tak wyglądać, bo dzisiaj niedziela i idzie do kościoła. No to dopiero się zdziwiliśmy. Pytamy – ale jak to? Przecież z tego co wiemy, to chyba jest muzułmaninem, jak większość mieszkańców Zanzibaru. Sheby potwierdza, ale od razu odpowiada, że lubi sobie czasem pójść do kościoła, aby zobaczyć „co tam u innych słychać”. Śmiejemy się, bo to ciekawe podejście. Takie bardziej ateistyczne.

Zbliżamy się do hotelu. Przejeżdżamy właśnie przez miasteczko, w którym ostatnio Sheby kupował rybę dla mamy. Znowu się zatrzymał. Tym razem chce kupić arbuza. Zostawia nas w aucie i rusza na łowy. Podchodzi do pobliskiego straganu, na którym właściciel nacina owoc i daje kawałek do spróbowania. Sheby próbuje i wskazuje inny owoc. Zdziwieni zastanawiamy się, czy będzie teraz próbował każdego oraz co wtedy z tymi naciętymi owocami. Jedyna niezdziwiona pozostała Ola. Mówi, że u niej w Rumunii to normalne i jak chce się sprzedać towar, to należy dać go spróbować, logiczne. U nas w Polsce nie do końca, bo by się skończyło jak z ostatnią promocją w Lidl, gdzie oddawali puste opakowania z prośbą o zwrot pieniędzy. Taka mentalność.

Lokalne życie na Zanzibarze

Czekając na Shebyego

Sheby jednak nie próbuje innych owoców. Wskazuje te, które chce kupić. Okazało się, że nie chciał jednego. Sprzedawcy ładują mu ponad 5 arbuzów do bagażnika, po czym Sheby gdzieś znika. Po minucie pojawia się z kiścią bananów, ale nie taką jak u nas, mającą po 5-9 owoców. Przynosi taką z pięćdziesięcioma. Częstuje nas, ale wraz z Bartkiem odmawiamy. Dziewczyny nie – biorą po sztuce. Bardzo im smakują – podobno bardzo słodkie. Proszę Bernatkę, aby dała mi spróbować. Odmawia. Ponawiam prośbę, ale zdanie rozpoczynam od „Żono” – dostałem od razu. Działa! Bartek z Olą się śmieją. Sheby nie ogarnął o co chodzi, więc szybko wytłumaczyliśmy mu całą sytuację z naszą wizytą i ślubem na Zanzibarze.

Kwadrans po 11 dojechaliśmy do hotelu. Rozliczamy się z Shebym. Miało być 140 USD za wszystko, ale zostawiliśmy 150. Spisał się doskonale i wszystko co zagwarantował, było. Bez żadnych niespodzianek i spóźnień. Zdecydowanie zapracował na napiwek i na to abym polecał go dalej – poniżej namiary, gdyby ktoś chciał podobnie jak my objechać południe wyspy.

Odpoczynek i chwile relaksu

Oho, mamy 14.00… No tak, zmęczenie wzięło górę i jednak zasnęliśmy. Dobrze, że kontrolnie ustawiliśmy budzik, na wypadek takiej niespodzianki. Czas zjeść coś konkretnego, bo od rana tylko jakieś zapychacze. W restauracji gorąco jak w piekle. Klimatyzatory działają pełną parą. Dosłownie! Dymi z nich i kapie. Wskazują temperaturę 31 stopni… Tak, dobrze przeczytaliście. Jest 31 stopni wewnątrz klimatyzowanej restauracji… Masakra. Nie mam pojęcia ile jest w takim razie na zewnątrz i jak na razie mało mnie to interesuje.

Dzisiaj samopoczucie lepsze, ale to nie zmienia faktu, że wolę zjeść coś bezpiecznego. Padło na tagliatelle z sosem pomidorowym i bazylią. Hotel należy do Włochów, to i jedzenie swoje mają. Isaack proponuje mi do tego inny sos, chyba krewetkowy, ale wolę odmówić. Muszę odmówić…

Jedzenie we wspomnianej temperaturze nie zalicza się do przyjemnych czynności, zatem bez zbędnego ociągania wychodzimy na zewnątrz. Niby patelnia, ale chociaż cokolwiek zawiewa od oceanu i jest czym oddychać. Ułatwia to w podjęciu decyzji, co będziemy robić w dalszej części dnia, i jak się pewnie domyślacie – padło na leżakowanie na plaży.

Dotarliśmy na nią dopiero o 16.00. Ludzi sporo, ale bez problemu znajdujemy miejsce z widokiem na ocean, przy samym barze. Good. Wszędzie blisko. Wiaterek przyjemnie wieje, palmy osłaniają przed słońcem – tak to można odpoczywać. Na szczęście kokosów nad nami nie ma, więc ryzyko urazu zniwelowane do minimum. Proponuję Bernatce spacer po plaży, a dokładnie po tej części, gdzie powinna być woda, której z uwagi na odpływ… nie ma. Przyjęła propozycję od razu. Biorę aparat i idziemy.

Ludzi w oceanie niewielu. Beach boys’ów również. Nikt nie zaczepia, więc bez problemów mogę robić zdjęcia – zarówno te widokowe, jak i mojej żonce. Na czas za bardzo uwagi nie zwracamy, jednak podnosząca się w oczach woda daje do zrozumienia, że pora wracać. Pamiętając jak przypływ pochłonął prawie całą wyspę podczas naszego ślubu, wiemy już, że każda minuta ma tutaj spore znaczenie, jeśli chce się wrócić suchym.

Kontynuujemy błogi relaks na leżakach popijając przy tym drinki bezalkoholowe. Spisuję dalszą część relacji, aby nic ważnego nie uciekło. Bernatka w tym czasie namawia Bartka i Olę na dołączenie do nas na plaży, bo od powrotu z delfinów, gdzieś nam znikli.

Stąd tak dokładne szczegóły relacji ;)

Kąpiel o zachodzie słońca

Przyszła Ola z Bartkiem. Jest kwadrans po osiemnastej i słońce zaczyna powoli swoją wędrówkę ku zachodowi. Zrobił się fajny klimat, co dodatkowo spotęgowało ochotę wejścia do wody i zaczerpnięcia wieczornej kąpieli. Po porannych wyczynach z delfinami pływania mam aż nadto, ale dołączam do ekipy, z tymże, że z aparatem. Stojąc w wodzie po kolana, staram się zrobić kilka zdjęć plaży we wczesnej fazie zmierzchu. Zachwycony światłem jakie zastałem wołam Bernatkę, aby skorzystać z sytuacji i zrobić jej kilka zdjęć w tym oświetleniu. Wychodzą super – a przynajmniej na mały ekraniku w aparacie. Kilka minut później zostawiam ich już samych w oceanie (dosłownie nikogo nie ma) i idę dalej spisywać dzisiejszy dzień. Mija jakieś pół godziny, kiedy ponownie zacząłem mieć towarzystwo na leżakach.

Tu jest ładnie niezależnie od pory dnia

Wysuszeni ustalamy co z kolacją. Dzisiaj mamy rezerwację w restauracji azjatyckiej i to na 20.15. Dopiero 19.00, więc pozostało sporo czasu i kwestia ustalenia tego, gdzie się spotykamy. Padło na część chillout’ową hotelu, czyli tam gdzie wieczorami gra zespół i można zapalić shishę. Siadamy sobie jeszcze z Bernatką na chwilę przy głównym basenie . Bartek z Olą już poszli, my jednak postanowiliśmy wziąć jeszcze jakieś drinki, zanim wrócimy do pokoju. Zamawiam Campari Orange i Pina Coladę. Druga opcja dla żonki, ale nie posmakowało. Nie ma problemu – wypiję obydwa. ;)

Pół godziny później lądujemy w pokoju. Czas szykować się na kolację. Bernatka planuje myć głowę, więc już wiem, że mam spokój na dobre pół godziny. Włączam muzykę – tym razem swoim repertuarem uraczył mnie Ed Sheeran z hitem „Shape of you” i zaczynam się szykować. Dzisiaj będzie na długo, a co. Biały cienki sweterek, spodnie z ZARA, bordowe mokasyny z KAZAR to dzisiejsza stylówa. Uzupełniam całość złotym zegarkiem (no dobra, pozłacanym) Daniela Wellington’a z biała tarczą i brązowym paskiem, który dostałem, jeszcze od Narzeczonej, na ostatnie urodziny. 10 minut i gotowy. Tadam! Zabijam czas zgrywając zdjęcia z laptopa i przeglądając face’a. W głośniku weszło „Ain’t no body”.

Kolacja w klimatach azjatyckich

Zrobiła się 20.10. Bernatka jeszcze się szykuje, ale nie chce by na nas czekali, więc wysyła mnie jako emisariusza, mówiąc, że sama dołączy za jakiś kwadrans. Na dole spotykam już Olę i Bartka, zatem kierujemy się do knajpy, aby nie było problemu z rezerwacją. Po prawej tronie mijamy knajpę Afrykańską. Dziwne… Przez tydzień jej nie widzieliśmy, a przechodzimy tędy codziennie i to kilka razy.

Doszliśmy do Azjatyckiej. Jest na samym końcu części restauracyjnej. Obok rozkładają się Masajowie ze swoimi pamiątkami. Dzisiaj niedziela – robią tak co tydzień, o czym pisałem już we wpisie "Lecimy na Zanzibar". Klimat restauracji Azjatyckiej bardzo ciekawy, ograny głównie bambusem i drewnem. Na zewnątrz pełno – wolny tylko jeden dwuosobowy stolik. To na pewno nie dal nas – nie ma szans byśmy się zmieścili. Wchodzimy więc do środka. Tu już znacznie więcej miejsca, ale strasznie duszno. Zatrzymujemy kelnerkę i prosimy o stolik na zewnątrz informując przy tym, że jest nas jednak czworo, co by nie kierowała nas do tej malutkiej dwójki. Przyjęła do wiadomości, ale chyba tylko na tym się skończyło. No tak, Hakuna Matata.

Czekamy na zewnątrz jakieś 10 minut, licząc, że coś niedługo się zwolni. Jedna para wstaje – poza tym bez zmian. Postanowiliśmy sami rozwiązać sytuację, bo kelnerka jednak niekoniecznie ogarnięta, i mówimy jej, że siądziemy przy tym zwolnionym stoliku w rogu ogrodu. Jest nieco większy, więc się pomieścimy, a to dalej lepsze niż jakikolwiek stolik w środku pomieszczenia. Ogarniamy jeszcze tylko z Bartkiem dodatkowe krzesła i temat załatwiony. Akurat dołączyła do nas Bernatka. Mówi, że po drodze widziała małpę. Podobno tu biegają, ale mi jeszcze nie było dane jakąś spotkać na swojej drodze. Poza tym, po tym co widziałem dzisiaj w Parku Jozani, to pojedyncze sztuki mnie nie zaskoczą.

Dzisiejsza kolacja jest z karty, ale takiej, że nie ma się wyboru. Dania podawane są po kolei, a menu jest tylko po to, aby informować gości, czego mają się spodziewać. Kelnerki tutaj naprawdę są niekumate i niezaradne. Zupełnie co innego niż w pozostałych restauracjach. Aż dziw, że to jeden kompleks hotelowy. Dania niestety też kiepskie, wszystkie, więc tej restauracji nie polecam. Na szczęście jakoś się najadamy.

Menu do wglądu

Zrobiła się 22.00. Ten bardzo długi dzień musi już zmierzać ku końcowi, szczególnie, że jutro czeka nas całodniowa wycieczka z Pawłem, którą rozpoczynamy o ósmej rano. Zapowiada się ciekawie: farma przypraw, Stone Town, Wyspa Żółwi. Ach ten Zanzibar! Umawiamy się więc na 7.30 na śniadanie i wędrujemy do swoich pokoi.

 

Pozostałe dni z przygód na Zanzibarze znajdziecie tutaj:

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#demokracja#relaks#I Amsterdam City Card#Alcazar#American Sniper#plaza#Wyspy Kanaryjskie#Janusz Filipiak#słonie#laptop#yukatan#podejmowanie decyzji#Zanzibar#stan gry#urzędy#lenovo yoga 2 pro#lotnisko#wycieczka#all inclusive#5àsec