Baśniowa Tajlandia z Rainbow Tours - recenzja wycieczki

14 Marzec
2018

Baśniowa Tajlandia z Rainbow Tours - recenzja wycieczki

Przyszedł czas na pełne podsumowanie i recenzję wycieczki Baśniowa Tajlandia, na którą wybrałem się z biurem podróży Rainbow Tours. Podobnie jak w przypadku Wielkiej Konkwisty, w tym poście skupię się jedynie na ocenie programu, hoteli oraz oczywiście przewodnika. Nie będę już jednak opisywał szczegółowo poszczególnych dni, gdyż relacje z nich znajdziecie w poświęconych im, niezależnych postach:

Ponad 30 tysięcy odsłon recenzji „Wielka Konkwista” w ciągu niespełna trzech lat, który czyni zarazem ten post najbardziej poczytnym na tym blogu, utwierdziło mnie w przekonaniu, że tego typu informacje są jak najbardziej potrzebne osobom wybierającym się na zorganizowane wakacje. Cieszę się, że uzupełniam tę potrzebę i dzisiejszym wpisem dodam kolejną recenzję do kolekcji.

Jak w większości tego typu wycieczek, także i tutaj faktyczny czas spędzony na urlopie trwa nieco krócej niż ten podany w katalogu czy na stronie internetowej operatora. Chodzi o lot, który trwa około 10 godzin w jedną stronę i razem z odprawami, oczekiwaniem na walizki oraz lokalnym transportem, zabiera ponad dobę z całości wyjazdu. Do tego zmiana czasu o 6 godzin do przodu, powoduje, że faktycznie na tej wycieczce spędzamy 14, a nie 16 dni. Niewiele to zmienia z punktu widzenia urlopu w pracy, bo przecież do Tajlandii dostać się jakoś trzeba, ale zawsze warto wziąć to pod uwagę przy planowaniu wycieczki.

Z istotnych kwestii – na tej wycieczce byłem na przełomie lutego i marca 2016. Zdjęcia powinny w pełni oddać klimat, jaki panuje środkowej i północnej Tajlandii w tym terminie. W zależności od miejsca, temperatura w dzień wahała się w przedziale 25-40 stopni, zaś w nocy od około 20 wzwyż. Wyjątek stanowił Chiang Rai, gdzie w nocy i nad ranem trzeba było sięgnąć po jakiś polar. To był jeden dzień, i byliśmy w górach, więc nie wpływa to w żaden sposób na ogólną ocenę klimatu panującego w tym okresie w Tajlandii.

 

Dotarcie do Tajlandii, czyli dzień wylotu i przylotu

Tak tak – jak widzicie, to już dwa dni z oficjalnego planu wycieczki.

Tutaj raczej standardowo przy tego typu wyjazdach, czyli odprawa na Lotnisku Chopina w Warszawie rozpoczęła się na trzy godziny przed planowanym odlotem. To co zawsze będę powtarzał w moich relacjach i postach dotyczących latania, to „odpowiedzcie sobie na pytanie, jak bardzo zależy Wam na dobrych miejscach w samolocie”. Jeśli nie za bardzo, to możecie przyjechać i na godzinę przed odlotem, bo spokojnie ze wszystkim się wyrobicie i nie będziecie stali niepotrzebnie w kolejkach. Jeśli zależy Wam bardzo, to przyjazd trzy godziny wcześniej to zdecydowanie za mało – zazwyczaj jest już ustawiona kolejka na kilkadziesiąt osób i zakładając, że każdy będzie prosił o dobre miejsce, to te najlepsze będą już zajęte.

Wystartowaliśmy bez opóźnień o godzinie 16.00. Na takiej trasie oczywiście jakiś szerokokadłubowiec – w naszym przypadku Dreamliner. W sumie piszę oczywiście, a niedawno moim znajomym, którzy lecieli na Sri Lankę, Rainbow podstawił zwykłego 737-800… współczuję. Wniosek z tego taki, aby dokładnie przed wylotem dowiadywać się, jakim samolotem będzie leciało się w dane miejsce.

Do Bangkoku dolecieliśmy o 7.10 ichniego czasu. Pamiętajcie, że w tamtym  kierunku jest +6 godzin, toteż noc „minęła” błyskawicznie. Z pierwszej nad ranem zrobiła się siódma. To o czym piszę ma tutaj ogromne znaczenie, bo po odprawie na lotnisku, która trwała nieco ponad godzinę, plus oczekiwanie na kilku spóźnialskich, z lotniska wyszliśmy jakoś po 9.00. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że pilot wpadł na pomysł, abyśmy pojechali od razu zwiedzać jedną z atrakcji - Świątynię Złotego Buddy (Wat Traimit), która była oddalona od lotniska jakieś 30 minut drogi autokarem, a jak się potem okazało – od hotelu jakieś 15 minut piechotą. Teraz sobie wyobraźcie samopoczucie podróżnych, którzy po kilkunastu godzinach podróży, z przerywanym snem w samolocie na niekoniecznie dostosowanych do tego fotelach, bez porządnego śniadania i jakiegokolwiek odświeżenia się, idą od razu zwiedzać.

Pierwsze spotkanie z kulturą. Wat Traimit. Bangkok.

Ludzie zmęczeni, nieprzebrani po podróży (ubrania nie dostosowane do temperatury 40 stopni i ogromnej wilgotności) z sześciogodzinnym jet lagiem, który spowodował, że nie było nocy, od razu  wpuszczeni w tryb zwiedzania. Mózg raczej nie pracuje w takich warunkach prawidłowo, a już na pewno nie jest chętny na słuchanie opowiadań pilotki na temat historii i kultury. Jedyne o czym myśli, to jedzenie, prysznic i przebranie się. Ewentualnie drzemka dla tych, którzy nie mieli okazji skosztować jej w czasie lotu. Nie wiem, co pilot miał na myśli organizując taki plan, ale to była co najmniej dziwna decyzja i za to duży minus. No dobra wiem – w hotelu i tak nie dostalibyśmy pokoi z uwagi na wczesny przyjazd, nie zmienia to jednak faktu, że pomysł z tym zwiedzaniem jeszcze bardziej dobił po podróży.

We wnętrzu przy Złotym Buddzie ciaśniutko.

Tyle z narzekań z pierwszego dnia. Z innych praktycznych informacji dotyczących wycieczki, to na lotnisku można spokojnie zamienić walutę. Wiem, że dla nas Europejczyków może wydawać się to dziwne, bo przecież na lotnisku zawsze najdrożej, to jednak w Bangkoku tak już nie jest. Kursy są zbliżone, więc dla świętego spokoju jakąś część gotówki można zamienić zaraz po wylądowaniu, aby potem nie szukać kantorów i banków na mieście. Nasz kurs w tamtym czasie (marzec 2016), to 35,50 THB za jednego dolara. Piszę o tym, aby łatwiej potem było zestawić to z cenami posiłków czy innych atrakcji podczas wycieczki.

Wieczorem na terenie Wat Traimit dzieje się znacznie więcej.

Główne informacje o wycieczce, jej planie i zasadach planujących w Tajlandii pilotka streściła nam (a przynajmniej próbowała) podczas podróży z lotniska do wcześniej wspomnianej świątyni. Niewiele to dało, bo ludzie i tak mało zapamiętali w stanie w którym byli, toteż po przyjeździe do hotelu, o 11.30 zorganizowane zostało blisko godzinne spotkanie, na którym spora część informacji i tak musiała być powtórzona. A większość z nich była kluczowa, m.in. dotycząca policji turystycznej, zasad zachowania się w świątyniach, wobec króla, buddy i ogólnie Tajów. Na tym spotkaniu zostały też zebrane pieniądze na wszelkie opłaty związane z wejściami do obiektów turystycznych, lokalnymi przewodnikami itp.

Pierwsze klucze do pokoi zaczęto wydawać dopiero około godziny 13.00, co i tak zostało przyspieszone (normalnie wydawane są od 14.00), więc po zakończeniu spotkania trzeba było jeszcze zabić jakoś czas. Część osób pozostało w lobby, a część (w tym my) poszła w miasto penetrować pobliskie uliczki w celu zlokalizowania sklepów i punktów gastronomicznych, które można odwiedzić wieczorem.

Hotel, w którym spędziliśmy dwie pierwsze noce, to China Hotel. Raczej bez uwag. Internet jest, wifi, bezpłatny – przydzielony indywidualnie do pokoju jako kod, który należy wpisać w przeglądarce. Nam działało równolegle na trzech urządzeniach i na potrzeby www wystarczyło. Pokoje OK, duże, w miarę czyste, łazienki OK, łóżka duże i wygodne. Widok z okna nie powala – na stare zniszczone budynki Bangkoku. Ale to nieistotne. Po pierwsze i tak w tym hotelu się nie siedzi, a po drugie przy tym klimacie okna i tak cały czas są zasłonięte – gorąco! Klima działa w całym hotelu aż za bardzo wyśmienicie. W pokojach głośne wiatraki, ale spokojnie można spać bez klimy.

Śniadanie w hotelu dobre, choć niekoniecznie dobra organizacja. Dostępne od 6 do 8, ale już o 7 nie było znacznej części potraw i nie były one uzupełniane. Na szczęście omlety robione były na bieżąco i nadrabiały swoją jakością. Podobnie z owocami – tego zawsze pod dostatkiem.  

China Hotel w Bangkoku. Samo centrum chińskiej dzielnicy.

Pokoje w China Hotel całkiem przyzwoite.

O godzinie 18.00 w dniu przyjazdu zaplanowana obiadokolacja. Bardzo dobra, w postaci stołu szwedzkiego. Kurczak, ryba, ryż, warzywa gotowane, warzywa surowe i jeszcze jakieś inne potrawy. Dodatkowo owoce – pyszne i soczyste. Niestety każdy napój do obiadokolacji, włącznie z wodą dodatkowo płatny. Najtańszy za około 40-50 batów (czyli jakieś 5-6 zł). 

Relacja z tego i następnego dnia: One night in Bangkok

 

Dzień 2

Pobudka: około 7.00, wyjazd: około 8.00

Cel: targ kwiatowy, kwatery mnichów, Wat Pho – Świątynia Leżącego Buddy, Pałac Królewski, Wat Phra Kaew – Świątynia Szmaragdowego Budda, lunch na barce, spływ po rzece Mekong.

Dystans do przebycia: wszystko na miejscu, Bangkok.

Dzień mało męczący, choć bardzo gorący i poza targiem kwiatowym, na którym niewiele się działo (nie wiem, czy to kwestia dnia, godziny, czy czegokolwiek innego) wszystko było OK. Program bogaty w kluczowe miejsca na względem wizualnym, kulturalnym oraz historycznym. Czas wolny na terenie Wat Pho odpowiedni (około godziny) starczył zarówno na obejście wszystkiego samodzielnie, jak również na zrobienie w spokoju zdjęć. Jeśli chodzi o czas wolny na terenie kompleksu Pałacu Królewskiego, to już było go zdecydowanie za mało.

Stragany, straganiki. Ale ogólnie mało się działo.

Kwatery mnichów w drodze do Wat Pho

Na terenie Wat Pho. Mało ludzi, to i w zdjęcia nie wchodzili.

Cały czas na terenie Wat Pho

Po wejściu na teren zwiedzanie odbywa się tylko z przewodnikiem tajskim – polski nie może z nami wejść. W związku z czym jest ono po angielsku (a ten angielski, to taki tajsko-angielski, ale wystarczający i widać, że przewodnikowi się bardzo chce zrobić to należycie). Uczestnicy mieli wybór – chodzić za przewodnikiem lub zwiedzać kompleks na własną rękę. Liczyła się godzina zbiórki przed pałacem. My wybraliśmy opcję dwa i samodzielnie pochodziliśmy po terenie. Niestety zabrakło jakichś 10 minut (łącznie było około 1,5h – skończyliśmy o 12.40), ale to bardziej przez to, że zależało mi na nieco lepszych zdjęciach, niż tak jak w większości grupy – byle co, byle jak i byle gdzie – byleby było.

Na terenie Starego Miasta Królewskiego

Na miejsce zbiórki przyszliśmy punktualnie, ale nikogo nie było. Okazało się, że grupa nie chciała czekać na „spóźnialskich” i poszła sobie do autokaru. Co zrobić – taka mentalność co poniektórych osób, na którą wpływu się nie ma. Trochę ich rozumiem, bo gorącą jak diabli, a w autokarze upragniona klima, ale sam fakt podejmowania decyzji na zasadzie większości, gdzie wcześniej ustalone były inne zasady jest trochę nie fair. Na szczęście przewodnik (tajski, a nie pilot, który nie trzyma się własnych ustaleń) w porządku i cierpliwie na nas poczekał. Tak swoją drogą zawsze się zastanawiam w takich przypadkach – po co płacić i jechać na wycieczkę objazdową i zwiedzanie, skoro nie korzysta się z możliwości zwiedzania i czym prędzej chce się wracać do autokaru, czy hotelu? Wired.

Lunch w cenie wycieczki, w restauracji znajdującej się na barce. Oczywiście dobry. Co do zasady, jedzenie na tym wyjeździe jest dobre, bardzo dobre lub wspaniałe. Nawet jak piszę, że słabe, to i tak dobre – z tymże słabsze od pozostałych. ;)

Miejsce pierwszego lunchu całkiem przyjemne.

Nic innego pod kątem oceny programu wycieczki tego dnia już się nie działo, ale jeśli interesuje Was, co tego dnia jeszcze robiłem to zapraszam do przeczytania postu One Night in Bangkok. Dodam jedynie, że około 17.00 było wyjście na wycieczkę fakultatywną (kolację z występem opowiadającym m.in. o historii Tajlandii), ale my się na nią nie wybraliśmy. Przyczyn kilka, ale główna to taka, że jakoś nas to nie zainteresowało, a i 50 USD za kolację, to dość sporo jak na Tajlandię. Nie rozmawialiśmy też z nikim, kto by się na nią wybrał, więc żadnych informacji na jej temat nie jestem w stanie przekazać.

 

Dzień 3

Pobudka: 5.30, śniadanie: od 6.00, wyjazd: 7:00

Cel: Pływający Targ Damnoen Saduak, Muzeum Budowniczych, Cmentarz Jeniecki, Most na Rzece Kwai.

Trasa: ~200km

Tutaj również program dość łagodny i mało męczący. No może poza przejażdżką koleją bez klimatyzacji. Niektórych to mogło zmęczyć.

Pierwszym postojem był warsztat obróbki orzechów kokosowych, gdzie po informacjach dotyczących tego co i jak tutaj się robi dano nam 20 minut czasu wolnego. Szczerze, to nie za bardzo wiem po co. Tak jak same informacje jakie tutaj nam przekazano były bardzo ciekawe i super, że się zatrzymaliśmy, to czas wolny był już zupełnie niepotrzebny.

Fajną atrakcją natomiast było dostanie się na pływający targ Damnoen Saduak. Rejs ośmioosobowymi motorowymi łodziami po kanałach na długo pozostanie w pamięci. 50 minut czasu wolnego na terenie pływającego targu w pełni wystarczyło na zapoznanie się z nim oraz oczywiście zrobienie zdjęć.

Będący w cenie wycieczki lunch na tratwie, która jednocześnie była środkiem transportu do Mostu na Rzece Kwai, również była fajnym pomysłem. Po dopłynięciu na miejsce, ponownie dostaliśmy około 1 godziny czasu wolnego na samodzielne zwiedzanie. W sam raz na przejście w jedną i drugą stronę mostu i spokojne zrobienie pamiątkowych zdjęć.

Kolejnym punktem programu była przejażdżka koleją (kilka stacji) po słynnej historycznej trasie kolei tajlandzko-birmańskiej. Pociąg jak pociąg – szału nie ma, klimy też nie, ale turystów od groma. Ale i tak fajny pomysł! Jednakże, jak już wspomniałem na samym początku – brak klimatyzacji, upał i tłok w pociągu dla niektórych może być bardzo męczący. Dla mnie nie był. Fascynowałem się widokami za oknem.

Widoki na trasie wspaniałe.

Hotel, który dostaliśmy tego dnia, R.S. Hotel Kanchanaburi, nie należy do obiektów wysokich lotów – i tu na myśli mam głównie pokoje. Dlaczego? Brudne, głośne, z grzybkiem na ścianach, z rozwalonymi sterownikami od klimatyzacji, bez gniazdek z prądem i z zakamienioną łazienką, co znacznie utrudniało korzystanie z prysznica. Czy uogólniam względem jednego pechowego pokoju? Chyba nie, bo jak zgłosiłem uwagi dotyczące prądu i klimatyzacji przewodniczce z prośbą o zmianę pokoju, to usłyszałem, że nie da rady, bo tak wygląda sytuacja we wszystkich pokojach. Zakładam zatem, że nie zostałem oszukany i faktycznie takie dno było wszędzie.

R.S. Hotel - najsłabszy na trasie.

Pokój w R.S. Hotel. Na żywo gorzej niż na zdjęciu.

Ale, żeby tak w pełni nie wieszać psów, to basen był ok (w miarę duży, temperatura wody idealna). Obiadokolacja też akceptowalna i do tego ciekawy, przyhotelowy ogród. Śniadanie smaczne, dobry wybór, bez kolejek i niepotrzebnego czekania. Bardzo głośny pokój, w którym przez jakiś kompresor całą noc buczało i nie dało rady spać. Straszny hotel i oceniając wszystkie moje podróże, biorąc pod uwagę całokształt, w gorszym jeszcze nie byłem. Internet był, w miarę OK – zarówno w lobby jak i w naszym pokoju. Piszę w naszym bo od znajomych mieliśmy informacje, że do ich pokoi internet nie dochodził.

Relacja z tego i następnego dnia: Azja Express mini - czyli Pływający Targ, Most na Rzece Kwai, świątynie w Ayutthaya i smażone szczury

 

Dzień 4

Pobudka: 6.15, wyjazd: 7.45

Cel: świątynie w Ayutthaya

Trasa: ~450km

Dzień głównie w trasie, ale jak już się dojechało, to miejsca przepiękne. Na trasie dwa krótkie postoje po 10 minut. Jeden aby dowiedzieć się o historii jedzenia i sposobach łapania polnych szczurów (i ewentualnie zjeść jednego), a drugi na stacji benzynowej, aby skorzystać z toalety i ewentualnie kupić coś do jedzenia i picia.

Do Ayutthaya dojechaliśmy około 10.30 i dostaliśmy około 40 minut czasu wolnego na samodzielne obejście i zdjęcia. Wystarczająco, choć dodatkowe 10-15 minut było by przyjemnym bonusem. Następnie krótki przejazd do kompleksu świątyń i ruin po starym pałacu oraz świątyni Wat Phra Si Sanphet. Tutaj również czas wolny na poziomie 50 minut i również dodatkowe 10 minut byłoby wskazane.

Po zwiedzaniu lunch, na który dojechaliśmy na 12.40 i mieliśmy na niego godzinę. Zdecydowanie najlepszy lunch ze wszystkich dotychczasowych dni. Pyszne jedzenie, do wyboru do koloru. Od zup, przez rybę, wieprzowinę i drób, aż do sushi (bardzo dobrze przygotowane) i oczywiście owoców oraz ciast. Herbata i kawa w cenie – pozostałe napoje dodatkowo płatne, ale w przyzwoitych cenach. Godzina na lunch w pełni wystarczająca.

Zapamiętajcie to miejsce. Doskonały lunch. Wyśmienity!

Ładne miejsce i dużo wszystkiego. Pysznie.

Nocleg w Phitsanulok. Dojazd około godziny 18.30. Po drodze dwa postoje – jeden mniej więcej w połowie na toaletę (około 10 minut), a drugi tuż przed dojazdem do hotelu na zobaczenie obrzędu śpiewających mnichów (około 20 minut).

Pobyt w hotelu Park Pitsanulok. Hotel ładny, nowoczesny. Przywitani zostaliśmy schłodzoną zieloną herbatą. Bez obiadokolacji – trzeba było załatwić ją we własnym zakresie, co nie stanowiło większego problemu. Pokoje w hotelu dobre, łóżka duże i wygodne. Cicho i spokojnie. Internet zarówno w lobby i pokojach, w miarę szybki, bez zbędnego logowania.

Hotel The Park w Phitsanulok. Miła odmiana po ostatnim.

Pokoje mniejsze, ale znacznie przyjemniejsze.

Relacja z tego i poprzedniego dnia: Azja Express mini - czyli Pływający Targ, Most na Rzece Kwai, świątynie w Ayutthaya i smażone szczury

 

Dzień 5

Pobudka: 6.00, wyjazd: 7.30

Cel: park historyczny Sukhothai

Trasa: ~500km

Zdecydowanie najcięższy dzień podczas całej podróży, spowodowany głównie długą trasą do przebycia autokarem. Do hotelu zajechaliśmy dopiero na godzinę 20.00.

Dzień rozpoczęty od przejażdżki rowerowej po kompleksie świątyń w parku historycznym Sukhothai, co zajęło około 2 godzin począwszy mniej więcej od godziny 9.00. Później trasa i o 12.20 lunch (w cenie), na który mieliśmy około 50 minut. W bardzo przyjemnym miejscu, zaś samo jedzenie zwyczajne – bez jakichś wodotrysków, po prostu standardowe.

Tym razem lunch w takiej scenerii

W tym miejscu też możliwość zakupu pamiątek w przyzwoitych cenach (do stargowania o jakieś 40-50%). Następnie znowu trasa i kolejny postój o około 17.30 (30 minut) na dobrą kawkę, drobne zakupy itp. Później już bezpośrednia trasa do hotelu, do którego, jak wspominałem, dojechaliśmy na 20.00.

Hotel Golden Pine Resort Chiang Rai. Bardzo ładny. Obiadokolacja pyszna i duży wybór. Mieszkanie w bungalowach. Duży basen, jednakże region dość zimny i raczej nie było okazji z niego skorzystać. Ogólnie, zdecydowanie najlepszy hotel na trasie. Internet był, w miarę dobry i bez zbędnego logowania. Silny w lobby, w domkach znacznie słabszy, ale działał i na potrzeby www wystarczał (na skype’a już nie). Do niektórych domków nie dochodził. Śniadanie dobre – duży wybór. Fajnie, że w tym hotelu spędzone zostały dwie noce.

Hotel Golden Pine Resort Chiang Rai - Debeściak na trasie.

W takich domkach przyszło na mieszkać. Po domku dla każdego.

A w domkach takie pokoje. Łazienki też zacne.

Basen również super, ale niestety nie skorzystałem.

Relacja z tego i następnego dnia: Rowerami po świątyni, Długie Szyje, Birma, Laos i inne atrakcje

 

Dzień 6

Pobudka: 6.30, wyjazd: 7:30

Cel: rezerwat plemion Długich Szyj, Złoty Trójkąt – Tajlandia, Laos, Birma, Świątynia Małp Wat Tham Pla.

Trasa: ~250km

Dzień bez zapewnionego lunchu, więc jedzenie na własną rękę. My zjedliśmy w okolicy złotego trójkąta – 70 batów za osobę za smażony ryż z krewetkami lub wieprzowiną.

Około 8.00 zajechaliśmy do rezerwatu górskich plemion z m.in. plemieniem Długich Szyi. Można robić zdjęcia oraz zakupić pamiątki w przyzwoitych cenach, jednocześnie zasilając fundusz rezerwatu. Dwie godziny później Złoty Trójkąt. Po stronie tajskiej czas wolny – około 50 minut na indywidualne zjedzenie, toaletę, zwiedzanie i zdjęcia. Czasu w sam raz, jednakże jak ktoś chce jeść, to powinien od tego zacząć.

Kolejny punkt programu, to przejścia graniczne z Birmą (dojazd około 13.00). Grupa, która nie wzięła wycieczki fakultatywnej (koszt dodatkowy 45 USD) miała około godziny na lokalne zakupy i następnie wracała autokarem do hotelu na czas wolny. Grupa, która wykupiła wycieczkę fakultatywną (w tym my) przeszła na stronę Birmańską, gdzie rykszami motorowymi mogła zwiedzić lokalne miasteczko Tachilek – lokalny targ, świątynię buddyjską, zieloną kaplicę czy stupy.

Po stronie Birmy znacznie bardziej surowo.

Około 15.30 koniec zwiedzenia Birmy i czas wolny, zupełnie niepotrzebny, na zakupy na lokalnym bazarze, który z lokalnością nic nie miał do czynienia. Na miejscu same podróbki markowych rzeczy, gatunkowo tragiczne, i ogólnie badziew, kicz i chińszczyzna. Następnie powrót na stronę Tajską – około godzinne oczekiwanie związane z wypisywaniem odpowiednich druczków i odprawą paszportową.

Czy warto wydać 45USD i uczestniczyć w tej wycieczce? Moim zdaniem tak. Koszt niewielki, za możliwość zobaczenia różnicy między tymi dwoma krajami i to tylko w strefie przygranicznej. Tylko ten kiczowaty psuje efekt.

W drodze do hotelu pozaprogramowy postój w świątyni mnichów Wat Tham Pla znanej również jako Świątynia Małp.

Hotel ten sam.

Relacja z tego i poprzedniego dnia: Rowerami po świątyni, Długie Szyje, Birma, Laos i inne atrakcje

 

Dzień 7

Pobudka: 6.00, wyjazd: 7.30

Cel: Sklep z biżuterią, fabryka parasoli i jedwabiu oraz masaż tajski

Trasa: ~250km

Zwiedzania mało i głównie zakupy. Co ważne i istotne, to tego dnia mieliśmy okazję zwiedzić Białą Świątynię, której nie ma w oficjalnym programie wycieczki. Czemu? Nie mam pojęcia, bo przejeżdża się obok niej i nie trzeba nadkładać żadnej trasy. Cały czas mnie to zastanawia, szczególnie, że tego dnia są postoje w sklepach z lokalną manufakturą, gdzie dają niepotrzebnie aż nadto czasu wolnego.

W Białej Świątyni czas wolny na poziomie 50 minut. Dobre i to, skoro jest nadprogramowa, ale przydałoby się 15-30 minut więcej. Znajduje się około godziny drogi od hotelu, z którego ruszyliśmy.

Poza Białą Świątynią, na przejeździe do Chiang Mai odwiedziliśmy największy sklep z biżuterią, fabrykę parasoli oraz fabrykę jedwabiu. W każdym z nich najpierw oprowadzanie wraz z informacjami na temat historii danego miejsca oraz procesu wytwarzania poszczególnych rzeczy, a później czas wolny na zakupy. Chyba tylko w fabryce jedwabiu było za dużo wolnego czasu i większość ludzi krzątała się tu i tam. A tak to w miarę wypośrodkowany czas na zdobywanie nowej wiedzy z historii i produkcji danych wyrobów.

Lunch tego dnia był w ciekawym miejscu i na świeżym powietrzu. Mieliśmy na niego 50 minut, co było idealnie wyważone, bo na spokojnie można było się posilić, bez zbędnego pośpiechu. Jedzenie bardzo dobre, bardzo duży wybór, przepyszna zupa i oczywiście świeże warzywa i owoce.

Co godne pochwały, to zapewnienie w ramach wycieczki półtoragodzinnej sesji masażu tajskiego w salonie sąsiadującym z hotelem. Pomysł genialny, ale obiektywny tutaj nigdy nie będę, bo osobiście uwielbiam tajskie masaże. Po tylu dniach i godzinach w autobusie był to strzał w dziesiątkę.

Salon masażu dosłownie przez płot od hotelu.

W Chiang Mai zatrzymaliśmy się w hotelu Park Hotel. Jak najbardziej OK. Pokoje w miarę duże, ciche i z wygodnym łóżkiem. Internetu niestety brak, a dokładniej rzecz ujmując jest, tylko że płatny – około 50 batów za 3 godziny. Obiadokolacji w dniu przyjazdu nie ma, więc trzeba sobie radzić samemu na mieście, z czym nie ma żadnego problemu. Na dachu hotelu basen ogólnodostępny. Śniadanie niestety najgorsze na całej trasie, ale to nie znaczy, że słabe. Po prostu ze wszystkich dotychczasowych najmniej fajne.

Park Hotel w Chiang May. Pamiętajcie, że na dachu ma basen.

W środku również przyjemny i tylko tutaj ma internet.

I jeszcze pokój.

Relacja z tego dnia: Biała świątynia, lokalna manufaktura, złoto, srebro i trochę jedwabiu

 

Dzień 8

Pobudka: 6.30 wyjazd: 7.30

Cel: Farma Orchidei, Obóz słoni, Świątynia Wat Doi Suthep

Trasa: ~100km

Mało jeżdżenia, więc i mało męczący dzień. Poza wejściem na schody do świątyni Wat Doi Suthep znajdującej się na górze Suthep. Ale bez obaw. Mają windy dla leniuchów. ;)

Wg. programu zapewnione były atrakcje w stylu farmy orchidei. Ładne kwiaty, trochę motyli, ale czy powinno być to jako część wycieczki, tego nie wiem. Tak jak pisałem w relacji, cały czas się zastanawiam, czemu takie punkty są na planie, a Białej Świątyni dalej nie ma. W tym miejscu mieliśmy czas wolny na poziomie 30 minut, co tym bardziej zastanawia, czy coś jest nie tak z proporcjami dot. poszczególnych punktów wycieczki.

Kolejnym punktem wycieczki był fakultet w cenie 55 USD w postaci przejażdżki na słoniach i bryczkami ciągniętymi przez woły. Niestety było to zrobione tak, że do obozu słoni jadą wszyscy, bo na początku jest prezentacja tego, co słonie potrafią – czyli nie ukrywajmy, element cyrkowy. Następnie te osoby, które wykupiły fakultet mają zapewnione zajęcie, a te, które go nie wykupiły muszą sobie jakoś same zabić czas na miejscu.

Przejażdżki wołami nie skomentuję. Zostańcie na terenie obozu, dajcie zostać zwierzętom w cieniu i napijcie się piwka. Dla wszystkich wyjdzie lepiej.

Spływ tratwą natomiast ponownie dał nieco przyjemnych doznań – zwłaszcza wzrokowych, bo tereny północnej Tajlandii są naprawdę malownicze i ciekawe, szczególnie jak mija się kąpiące się w rzece słonie, rybaków w trakcie połowów czy inne po prostu fajne krajobrazy. Przed tratwami, na terenie obozu mieliśmy lunch – bardzo smaczny.

Ostatnim punktem programu była wizyta w świątyni Wat Doi Suthep znajdującej się na górze Suthep. Sporo o nim napisałem w relacji, zatem zapraszam do przeczytania.

Oficjalny program zakończyliśmy o 16.00 – o tej godzinie przyjechaliśmy do hotelu. Cała reszta dnia, to już indywidualna sprawa, jak go sobie zorganizujemy. Na pochwałę zasługuje tutaj lokalny przewodnik, Peter, który poinformował nas o możliwości wyjścia na lokalne rozgrywki tajskiego boksu. Oczywiście skorzystaliśmy. Zapewnił transport i wejście, co łącznie kosztowało nas 650 batów za osobę.

Hotel ten sam.

Relacja z tego dnia: Obóz słoni, spływ tratwą, a na deser tajski box

 

Dzień 9

Cel: Czas wolny i transport do Bangkoku

Trasa: ~750km

Czas wolny od rana do jakiejś 15.30. Obiad we własnym zakresie – w hotelu jedynie śniadanie. Później transport na dworzec kolejowy, z którego nocnym kursem pojechaliśmy do Bangkoku. Dzień może i spokojny, bez jakiegoś programu, ale dwunastogodzinna trasa w mocno wychłodzonym klimatyzacją pociągu daje się we znaki. Ale warto! W pociągu na kolację suchy prowiant. Dojazd do Bangkoku około 6 rano.

 

Dzień 10

Cel: Pattaya i czas wolny

Trasa: ~200km

Noc w pociągu. Dojazd do Bangkoku około 6 rano. Śniadanie w pobliskim hotelu około 7.00 wraz z innymi grupami turystów, przez co duży tłok i znacznie dłuższy czas oczekiwania na jedzenie. Później już bezpośredni kurs autokarem do Pattayi z jednym postojem po drodze na toaletę, kawę i herbatę. Dojazd do Pattaya i zakwaterowanie w godzinach 11.00-13.00. Później już czas wolny przez kolejne 3 pełne dni.

Do wyboru różne wyjścia fakultatywne, ale tylko jedno w mojej opinii jest sensowne – rewia transwestytów Alcazar. Koszt na poziomie 1000 batów, ale widowisko, które zdecydowanie warto obejrzeć. Dlaczego z biurem? Bo pewne miejsca w pierwszych dwóch rzędach i dodatkowo zapewniony transport w obydwie strony.

Wszystkie inne wyjścia można już załatwić na własną rękę. Taniej, lepiej i w dogodnych dla siebie godzinach. Np. rejs na wyspę Koh Larn, co opisałem w poście Kilka informacji o wyspie Koh Larn.

Relacje z dni pobytowych znajdziecie tutaj: Alcazar, Lady Boys i błogi relaks na wyspie Koh Larn oraz Smażone skorpiony i Ping-Pong Show - pożegnanie z Tajlandią

O hotelu Siam Bayshore, w którym zatrzymałem się na część pobytową, możecie poczytać tutaj: Hotel Siam Bayshore w Pattaya

Pomimo, że o hotelu jest cały post, to pokój i tak zamieszczę. ;)

I oczywiście basen również. Sporo czasu w nim spędziłem.

Lady Boys z Alcazar. Wybierzcie się na ten show!

 

Dzień 15 (dzień wylotu)

Pobudka: 4.30, śniadanie: 5.30

Z uwagi na to, że w hotelu była znaczna część turystów z Rainbow, którzy wracali tym samym czarterem co i my (z innych wycieczek po Tajlandii, Kambodży i Wietnamu) hotel przygotował dla nas wczesne śniadanie, a nie jak w niektórych innych hotelach prowiant na drogę. Na pewno to lepsza i wygodniejsza sprawa, więc tym bardziej wybór tego hotelu, jako bazy noclegowej na część pobytową w Pattaya okazał się strzałem w dziesiątkę.

Wylot około 10.00 rano czasu tajlandzkiego, lądowanie w Polsce około 15.30 czasu polskiego.

 

Czas na podsumowanie i ocenę

Pilot:

Ogólnie to najsłabszy ze wszystkich wyjazdów, na których byłem. Nawet nie zapamiętałem jej imienia. Blondynka z kręconymi włosami. Na stronie biura podróży też nie ma o niej informacji. Najsłabszy w znaczeniu ogólnym, bo mam do kogo porównywać, natomiast nie oznacza to, że zły jako pilot. Wiedzę miała, choć ze sposobem jej przekazywania i „zarażeniem” nią innych nie było już najlepiej. Podawane informacje też nie były do końca spójne, kilkukrotnie różniły się od tych podanych wcześniej. Jeśli zaś chodzi o kwestię opieki (samej świadomości, że można coś załatwić gdyby było nie tak), to niestety prawie w ogóle jej nie odczułem.

 

Cena:

Jak zwykle. Ile osób, tyle samo pewnie opinii. Wycieczka Baśniowa Tajlandia dostępna jest w zakresie 5,5-12 tys. zł za osobę, w zależności czy jest to opcja De Lux, kiedy się ją wykupuje i jaki wybierze się hotel na pobycie.

Jak zwykle odnośnie wersji De Lux stwierdzę, że jest ona wyrzucaniem pieniędzy, bo dopłacać całkiem niezłą kwotę za nieco lepsze hotele w czasie objazdu i przelot wewnętrzny zamiast jazdy pociągiem (która sama w sobie jest przygodą) jest po prostu bezsensowne. Lepiej te pieniądze przeznaczyć na pobyt na miejscu, który poza pamiątkami będzie wynosił w granicach 1000-1500 zł za osobę (wszystko zależy od fakultetów i tego co się je).

Ja zapłaciłem niespełna 6 600 zł i to już z dopłatą do lepszego hotelu – Siam Bayshore. Zakup z wyprzedzeniem czteromiesięcznym. Wiem, że tą samą wycieczkę można było kupić nieco taniej w późniejszym terminie, ale w mojej ocenie kwota do 7000 zł za program i zawartość oferowaną w ramach wyjazdu Baśniowa Tajlandia jest akceptowalna. Za więcej bym już mocno się zastanawiał, czy nie wybrać innego kierunku.

Podobnie jak w przypadku innych recenzji, warto przeliczyć, ile taki wyjazd kosztuje dziennie. Tutaj, pomijając dzień wylotu i przylotu, koszt jednego dnia, to zaledwie 470 zł. To chyba dobra cena za bilety lotnicze, objechanie i zwiedzenie całkiem sporej części Tajlandii, bilety wstępów, znaczną część posiłków i kilkudniowy wypoczynek w czterogwiazdkowym hotelu w Pattaya.

 

Hotele:

W ogólnym ujęciu bardzo dobre. Tylko dwa dały się w jakimś stopniu we znaki, a tak to super. Jedzenie w hotelach również pierwsza klasa. Hotel pobytowy Siam Bayshore – doskonały wybór.

 

Oceniamy:

Pilot: 5/10

Hotele na trasie (hotel pobytowy): 8/10 (10/10)

Jedzenie w hotelach (organizowane na trasie): 9/10 (9/10)

Organizacja: 8/10 (jeden punkt zabieram za pilota, jeden dodaję za Tajski Box)

Program (miejsca, plan podróży, atrakcje turystyczne): 7/10 (jeden punkt zabieram za brak Białej Świątyni w programie)

Cena do jakości: 9/10 (gdybym załapał się w kwocie 6000 zł, byłoby 10/10)

Wycieczki fakultatywne (z tych, o których mogę się wypowiedzieć): 9/10

Poziom trudności (wczesne budzenie, długość przejazdów, intensywność dnia): łatwy

Całość: 7/10 (zaniża pilot i organizacja, zawyżają hotele, miejsca i jedzenie)

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#Stone Town#state of play#Pattaya#obsługa klienta#relaks#kino#prepaid#tomek tomczyk#warszawa#ekocabtaxi#kilimandżaro#outsourcing#Chiang Rai#bieg rzeźnika#rejs#decyzje#objazdówka#Labranda Bahia de Lobos#uzależnienie#reklamacja