Alcazar, Lady Boys i błogi relaks na wyspie Koh Larn

16 Grudzień
2017

Alcazar, Lady Boys i błogi relaks na wyspie Koh Larn

Dzisiaj było późne śniadanie – około 9.00. Ale co tu się dziwić? Tak naprawdę pierwszy wolny dzień podczas wyjazdu, kiedy nie myśli się o kolejnych etapach podróży, pakowaniu czy innych czynnościach związanych z dalszym zwiedzaniem. Zatem dłuższy sen, późne śniadanie i dzień bez większych planów, który opierał się głównie na przesiadywaniu nad basenem (i w nim), detoksie umysłu w postaci czytania książki, rozwiązywania krzyżówek czy sudoku, oraz rozgrywek w ping-ponga na przybasenowym stole. Wszystko po to, aby wieczorem, a dokładnie o 17.30 wyruszyć na słynny Show Transwestytów – Alcazar.

Zanim jednak na niego wyruszyliśmy, musieliśmy oczywiście zjeść. Ponieważ wczoraj ciężko było znaleźć coś w okolicy, a dzisiaj od samego początku zaplanowany mieliśmy „dzień lenia”, postanowiliśmy zjeść w hotelu – naszym Siam Bayshore, a dokładnie w jego przybasenowej restauracji.

W hotelu, jak to w hotelu, ceny nieco wyższe niż poza jego obszarem. To Tajlandia, więc dalej przyzwoite jednakże jedzenie już nie do końca szło w parze z tą ceną. W smaku było poprawne, ale wielkość porcji oraz ich przyrządzenie dały nam do zrozumienia, aby w kolejnych dniach wybrać się jednak gdzieś indziej. Trzeba jednak przyznać jedno – w tym hotelu wiedzą co to tajska kuchnia i co znaczy ostre jedzenie. Podczas całego wyjazdu, takiego piekielnego dresingu jeszcze nie dostałem, a jadłem dość łagodne danie.

Chłopaki poszli na ostro – liczba papryczek w menu nie uruchomiła u nich instynktu samozachowawczego i postanowili skosztować jedzenia oznaczonego jako „bardzo ostre”. Ja nauczony doświadczeniem i przede wszystkim informacjami od częstych bywalców Tajlandii, postanowiłem zostać przy daniu określonym jako „ostre”. Dziewczyny zaś – tradycyjnie, bez papryczek.

To była dobra decyzja patrząc po tym jak organizm Bartka i Marcina walczył z jadłem, które im zaserwowano. Smakować też musiało (a może kwestia głodu), bo mimo tego, że pot lał się z nich strużkami, a kolor skóry przybrał barwę czerwonego grapefruit’a, nie poddawali się i brnęli w to dalej. U mnie nieco lepiej, choć to również było wyzwanie – ratowałem się zimna colą, którą popijałem co któryś kęs. Tylko dziewczyny miały uciechę patrząc na wyczyny swoich samców, którzy za żadną cenę nie chcą się poddać. Ola, chyba najbardziej odporna na tego typu jedzenie, wspierała dzielnie męża w jego staraniach, podjadając mu od czasu do czasu papryczki z talerza, tuż po tym jak zjadła swoje danie.

Uff… Dobrze, że mamy to już za sobą.

Alcazar – czyli słynny show transwestytów w Tajlandii

Wracając do Alcazara, to wybraliśmy się na niego w ramach wycieczki fakultatywnej zapewnionej przez Rainbow. Można też spokojnie załatwić sobie wejście samodzielnie, przez niejeden punkt turystyczno-wycieczkowy dostępny na mieście, czy choćby w naszym hotelu, jednakże w tym przypadku wyjście zorganizowane wydawało się bardzo sensowne – po pierwsze cena przyzwoita (1000 batów, a więc około 120 zł), za miejsca w pierwszych rzędach teatru (o ile można to nazwać teatrem).

Miejsce spektaklu Alcazar

Show trwało godzinę i w mojej ocenie zdecydowanie warto się na niego wybrać. Oczywiście wszystko grane z playbacku i co do zasady jest to kiczowate, ale takie ma być! Taka jest tego konwencja i cała oprawa choreograficzna, oświetleniowa, stroje, pomysł i wykonanie było super. Naprawdę super show! Zdjęcia można robić, ale bez lampy, natomiast jest zakaz jakiegokolwiek nagrywania – panowie z ochrony wypatrują uważnie i oświetlają takich wybrańców i ich kamery laserami.

Ciężko opisać to, co działo się podczas tego show, bo generalnie wydarzenia w takim klimacie trzeba obejrzeć na żywo, a nie czytać opisy. Poratuję się nieco zdjęciami, które udało mi się zrobić i mam nadzieję, że Wasza wyobraźnia odpowiednio zareaguje i zinterpretuje jak to wszystko mogło wyglądać.

Podczas występu Alcazar

Podczas występu Alcazar

Podczas występu Alcazar

Podczas występu Alcazar

Podczas występu Alcazar

Kilka fotek z Lady Boys

Zarówno przed występem, jak i po jego zakończeniu, artyści w nim występujący, tj. transwestyci, czy też jak to woli Lady Boy’e (podobno jest różnica), wychodzą przed budynek by fotografować się z gośćmi. Przed występem jest widno, po występie już nie, więc warto mieć to na uwadze w przypadku robienia zdjęć. Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił sobie kilku fotek w celu utrwalenia tego wieczoru na innym nośniku niż tylko w mojej pamięci.

Lady Boys i turyści

Lady Boys i turyści

Lady Boys i ja. A co!

Na ten wieczór już większych planów nie mieliśmy. Po spektaklu, jak grzeczni przyzwoici emerytowani turyści zorganizowanych wycieczek, wróciliśmy do hotelu by paść na łóżko i oddać się grzecznie w objęcia Morfeusza nie ulegając kuszącym ulicom Pattaya. To zostawiliśmy sobie na kolejne dni… ;)

Płyniemy na wyspę Koh Larn

Dzisiaj postanowiliśmy wstać nieco wcześniej, a to z uwagi na zaplanowaną wycieczkę na wyspę Koh Larn. Zatem aby jak najlepiej wykorzystać dzień, na śniadaniu wylądowaliśmy około 8.00. Przy głównej restauracji hotelowej, na której serwują śniadania, jest drugie wyjście kierujące bezpośrednio na Walking Street i część portową, toteż trzy kwadranse później, bezpośrednio po śniadaniu poszliśmy prosto do portu, z którego odpływają promy na wszystkie lokalne wyspy, na które można dopłynąć promem. Na inne trzeba załatwić sobie indywidualny transport, o który tutaj nie trudno, bo całe wybrzeże obładowane jest różnego typu i różnej wielkości łodziami.

W poszukiwaniu promu

Ułamek tego, co dzieje się przy wybrzeżu Pattaya

Niby godziny odpłynięć ustalone są na równe pory, ale generalnie trwa tam pełna samowolka i statki pływają jak chcą – dzisiaj na przykład wynosiło to jakieś 10-15 minut, a to z uwagi na liczbę turystów, których jest zatrzęsienie.

Odnośnie samego rejsu, sposobie poruszania się po wyspie, kosztach, plażach itp. przeczytacie w oddzielnym poście, który dotyczy tylko tej malowniczej wysepki Koh Larn: Kilka informacji o wyspie Koh Larn. Nie chciałem zawalać tej relacji zbyt dużą liczbą szczegółów odnośnie jednego miejsca – stąd decyzja o oddzielnym poście. Tutaj skupię się na kluczowych kwestiach, które spotkały nas tego dnia.

Co ważne, to aby dostać się na prom obowiązuje zasada „kto pierwszy ten lepszy i oczywiście kto ma gotówkę”. Zatem to, że posiada się bilet na prom nie jest równoznaczne z tym, że się popłynie w danej godzinie. Nam udało się na szczęście wejść od razu i bez większych problemów, więc w kierunku Koh Larn wypłynęliśmy już o jakiejś 9.30, aby po spokojnym rejsie dotrzeć na nią około 10.15.

Tak wygląda Pattaya od strony portu na Koh Larn

Zaraz po zejściu na ląd musieliśmy podjąć bardzo ważną decyzję – na którą plażę jedziemy? Jako, że było ich 6, to postanowiliśmy odwiedzić każdą z nich, co rozwiązywało problem związany z ciężkim wyborem tej jednej, jedynej. Jak tylko cały prom się rozładował i wyspa wchłonęła nowoprzybyłych turystów zaczęliśmy rozglądać się za jakimś środkiem transportu – najlepszym dla naszej szóstki. Początkowo chcieliśmy wziąć skutery, co by całkowicie nas uniezależniło, ale finalnie pozostaliśmy przy starym poczciwym „busiku” czyli pickupie i jazdą na pace.

Zorientowaliśmy się jeszcze tylko, od której plaży rozpocząć przygodę, co by optymalnie rozłożyć kwestie logistyczne i ruszyliśmy. Kierunek Ta Yai Beach – najbardziej wysunięta plaża na północ wyspy.

Mój ulubiony środek transportu w Tajlandii!

Miejsce naprawdę super. Pomijając już kwestie kąpieli, to jest to super lokalizacja dla fotografa amatora. Skały, zatoczki, lazur i biały piach, ciekawa roślinność i mało ludzi. Rewelacja! 

Ta Yai Beach to naprawdę przyjemna plaża

Bernatka nie przeszłaby obojętnie obok takiego miejsca

Naprawdę polecam to miejsce

Spędziliśmy tutaj niecałe dwie godziny po czym postanowiliśmy jechać dalej. Tym razem w kierunku największej i najbardziej znanej plaży na Koh Larn, czyli Tawaen Beach.

Odległości niewielkie, a pojazdów przewożących turystów całkiem sporo, toteż ani oczekiwanie na busa, ani przejazd nie trwały zbyt długo. Do wspomnianej plaży dotarliśmy jakieś 20 minut później i od razu po wyjściu z samochodu wiedzieliśmy, że nie będzie tutaj już tak kameralnie jak wcześniej. Mnóstwo ludzi! Jadłodajnie jedna na drugiej, morze turystów, zatrzęsienie łodzi i plaża zastanowią leżakami i parasolami tak, że właściwie nie wiadomo jak dostać się do tych w tylnych rzędach. Na zdjęciu tego nie widać, ale uwierzcie mi na słowo - tłumy i głośno.

Plaża Tawaen Beach

Już na samym początku postanowiliśmy, że nie zostajemy tutaj dłużej i będziemy jechać dalej. Wypatrzyliśmy na mapie w porcie, że tuż obok powinna być jeszcze jedna plaża - Laem Sangwan. Wg mapy wydawać by się mogło, że jest to jakaś dalsza odległość, ale ku naszemu zdziweniu była to plaża, a właściwie plażyczka po drugiej stronie pomostu kierującego do portu. Jak tylko ją zobaczyliśmy to utwierdziliśmy się w przekonaniu, żeby znikać stąd jak najszybciej i od razu zawróciliśmy w kierunku parkingów i miejsca gdzie zatrzymuje się lokalny transport publiczny.

Laem Sangwan - najmniej atrakcyjna plaża na Koh Larn

Cała ta wycieczka zapoznawcza po drugiej, i jak się okazało również trzeciej plaży, trwała łącznie z 40-50 minut. Zrobiła się 14.00, więc pomimo słońca w zenicie fajnie byłoby się jeszcze nacieszyć tymi pięknymi wodami i oczywiście pokąpać. Doświadczeni już w łapaniu pickupów i w dogadywaniu się z tubylcami, dość sprawnie zabraliśmy się na następną plażę - Tien Beach, do której przejazd trwał może z 10 minut…

Tutaj, w przeciwieństwie do poprzedniej plaży, pierwszy widok wystarczył nam w pełni, aby zmienić plany i pozostać w tym miejscu do końca naszej wizyty na wyspie Koh Larn. Dlaczego? O tym już w poście Kilka informacji o wyspie Koh Larn.

Po błogich kąpielach, zarówno morskich jak i słonecznych, przyszła pora, aby wracać do Pattaya. Zrobiła się godzina 16.00, i pozostało już tylko kilka kursów promowych tego dnia. Mając na uwadze ilu turystów widzieliśmy na plażach oraz jak wyglądały kwestie dostania się na statki w tę stronę, postanowiliśmy nie ryzykować i nie nastawiać się na to, że uda nam się załapać na ostatni rejs. Czas dojazdu z naszej plaży do portu to około 5 minut, więc od momentu podjęcia decyzji o powrocie, do czasu jak płynęliśmy już promem minęło może z pół godziny.

Wrócili - cali i zdrowi.

Nocna wizyta w porcie

Do hotelu dotarliśmy mocno głodni, więc szybki prysznic i wyjście na miasto w poszukiwaniu dobrego jedzenia (oczywiście lokalnego). Postanowiliśmy znaleźć coś nowego, aby jednak codziennie jeść gdzieś indziej, więc zanim dodarliśmy w jakieś sensownie wyglądające miejsce poświęciliśmy kolejne pół godziny, o czym nasze żołądki jasno dały nam do zrozumienia.

Trafiliśmy do knajpy hindusko-tajskiej (ciekawe połączenie) – niestety nazwy nie pamiętam. Jedzenie mieli dobre, nawet bardzo. Niestety obsługę już nie i proces zamawiania posiłków, ich rozliczenia, przynoszenia itp. to była katorga, co w pewnym momencie dawało wrażenie, jakbyśmy znaleźli się w ukrytej kamerze.

Po powrocie do hotelu odczuliśmy wreszcie godziny przesiedziane na słońcu, co zmusiło nas do nieplanowanego odpoczynku, co by wieczorem ponownie wybrać się na miasto. Jak tylko zaszło słońce i miasto powolutku zaczęło budzić się do życia – tego swojego, drugiego mniej moralnego oblicza, wyruszyliśmy w teren.

Na starcie, za cel obraliśmy sobie port nocą, aby zobaczyć jak to wszystko wygląda w świetle neonów i latarni. Szału nie było, szczególnie że ponownie plaga Chińczyków zalała port. Jak szarańcze. Głośni, chodzą nie zważając na innych, depczą, krzyczą, przepychają się. Zdjęcia robią wszystkim, wszystkiemu i wszędzie – nieważne jak to wyjdzie, byleby tylko był odgłos migawki.

Wybaczcie jakość, ale zdjęcie z ręki

Tłumy, wszędzie tłumy... inwazja.

Wracając z portu natknęliśmy się na jedną rzecz, która przykuła naszą uwagę – niekoniecznie dobrą. Małe dziewczynki (3-5 lat, nie więcej) wystawione przez rodziców na środku deptaka, aby zarabiały tańcząc. Niby nic, ale przypomnę, że było to jakoś po 21.00, a po drugie to nie był zwykły taniec. Jedno dziecko ewidentnie było chyba przygotowywane od małego, aby docelowo tańczyło w jakimś klubie go-go. A nawet jak nie, to przy tak młodym wieku na pewno odbije mu się to na psychice. Nie sądzę, aby dziewczynka, która tańczy w jakiejś przyczepce w nocy, za co starsi faceci dają jej pieniądze, miała odpowiednio wyrobiony szacunek do swojego ciała i świadomość innej formy zarabiania na życie. Pattaya…

Nie wiem jak to skomentować...

Następnie skierowaliśmy się ponownie na Walking Street – ulicę, którą odwiedzamy co wieczór, aby zobaczyć, czy zawsze jest tak samo, czy może jednak coś się zmienia. A więc… – zawsze jest tak samo. Różnice niewielkie, a mianowicie mniej lub więcej grup napakowanych facetów, którzy przyjechali tutaj w jednym celu, mniej lub więcej transwestytów czy skąpo ubranych dziewczyn czekających na klientów i zachęcających do wejścia do jednego z dziesiątek znajdujących się tutaj klubów. Tego dnia też miałem ze sobą aparat, więc mogę choć częściowo podzielić się tym, co ujrzały moje oczy. Tm też zakończę dzisiejszy wpis.

Welcome to the Walking Street

To miejsce żyje tylko nocą.

Głodnym nie da rady chodzić.

Ochrona i władze wbrew pozorom wszędzie

Dla każdego coś dobrego

No to najpierw sushi a potem do Galaxy.

Później na walkę

A przed snem jeszcze koncert.

Pozostałe dni z podróży po Tajlandii w ramach wycieczki "Baśniowa Tajlandia" organizowanej przez Rainbow Tours:

Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#ślub#tajlandia#lenovo yoga 2 pro#Lady Boys#biała świątynia#pasja#Stone Town#core businnes#Kuba#cancun#odpływ#lenovo#rejs#sprzedaż#barcelona#objazdówka#kizimkazi#plaże#Labranda Bahia de Lobos#bieg rzeźnika