6 wspaniałych książek i jedna naprawdę zła.

17 Sierpień
2016

6 wspaniałych książek i jedna naprawdę zła.

Aby być na bieżąco, zarówno jeśli chodzi o wiedzę branżową, jak również jeśli chodzi o samą świadomość tego, co się pojawia na rynku wydawniczym, staram się utrzymać w miarę określony poziom w zakresie czytania książek (pozwolę to sobie nazwać) o charakterze naukowym. Oczywiście rozrywka dla mózgu też jest potrzebna, więc każdą tego typu pozycję przeplatam jedną lub dwiema książkami z „normalnymi” fabułami – zazwyczaj z kategorii sensacji, kryminałów czy fantastyki.

Takie połączenie powoduje utrzymanie normy kilkunastu książek w skali roku, pozyskiwanie nowej wiedzy oraz rozwijanie kolejnych umiejętności, a także odprężenie i relaks w postaci uczestniczenia w ciekawych historiach wyimaginowanych bohaterów. Idealna hybryda.

Kilka dni temu skończyłem czytać pewną, naprawdę wspaniała książkę, której jakość merytoryczna zainspirowała mnie do napisania tego wątku. W obecnych czasach trudno o jakościowo dobre rzeczy. Dostęp do wszystkiego jest stosunkowo prosty (zdecydowanie najlepszy w historii całej ludzkości) – zarówno jeśli chodzi o wyprodukowanie jak i pozyskanie. Widać to w każdym segmencie rynku, widać więc i w książkach. W związku z tym filtr w postaci jakości mocno się zachwiał i niekoniecznie działa już na naszą korzyść, jak to miało miejsce jeszcze kilka lat temu.

Pisać każdy może

No właśnie. Pisać każdy może, więc o naprawdę dobrą pozycje książkową trudno, a już w szczególności z zakresu książek naukowych i podręczników. Za ich pisanie bierze się każdy, bo nagle publikacja książki stała się ambicjonalnym celem jednostki, a nie potrzebą spisania i przekazania wartościowej wiedzy innym. Dochodzi więc do absurdu w postaci powielania tych samych informacji nieco innymi słowami (zupełnie jak pisanie niektórych prac licencjackich i magisterskich), byleby to wyszło spod naszego nazwiska i było odhaczone na liście zrealizowanych celów. Jakość, merytoryka czy wreszcie poruszanie czegoś nowego ma już mniejsze znaczenie.

Taka kolej rzeczy spowodowała, że naprawdę zacząłem doceniać dobre książki o charakterze naukowym lub takie, które w jakikolwiek inny sposób przekazują ciekawą wiedzę, poszerzają horyzonty lub otwierają umysł. Wiedząc jak trudno jest trafić na dobrą pozycję, większość moich wyborów opierała się (i opiera dalej) na opinii otaczających mnie osób, co znacznie ułatwia podjęcie decyzji, aby czas poświęcony na czytanie nie okazał się stracony. Dużo lepsza to droga, niż sugerowanie się opisami na stronach sklepów i wydawców, czy krótkimi relacjami na tylnych okładkach poszczególnych tomów.

Zatem ostatnia z przeczytanych przeze mnie książek zainspirowała mnie właśnie do tego, aby nagłaśniać i upubliczniać naprawdę dobre książki, a odradzać te słabe, niekoniecznie warte czytania i poświęcania na nie cennego czasu. Z własnego doświadczenie wiem doskonale, jak istotne dla zajętej osoby jest wygospodarowanie chwili na przyjemność jaką jest czytanie, stąd też mam nadzieję, że wskazane przeze mnie pozycje okażą się dla Was wartościowe.

Poniżej 6 książek, które przeczytałem w ostatnich miesiącach i wywarły na mnie naprawdę bardzo dobre wrażenie. Kolejność losowa, aczkolwiek zacznę oczywiście od tej genialnej pozycji, która była impulsem do powstania niniejszego posta.

Myśl jak Sherlock Homes (autor: Maria Konnikova)

Tytuł w pełni oddaje zawartość, więc co do tematyki nie powinno być żadnych wątpliwości. Głównym celem książki jest wskazanie oraz omówienie sposobów i nawyków naszego myślenia wraz z odwołaniem się do konkretnych teorii, definicji i badań wybranych naukowców z różnych dziedzin. Jednakże napisane jest to tak przystępnym językiem, że wszystko wydaje się być logiczne, oczywiste i w pełni zrozumiałe. A to nie lada wyczyn przy tego typu tematyce.

Nie jest to więc książka o charakterze podręcznika, dzięki czemu czyta się ją szybko, przyjemnie i nie nuży serią ciężkich naukowych wywodów. Na naprawdę dużą pochwałę zasługuje fakt, że każdy ważniejszy wątek i pojęcie psychologiczne poparte jest albo odwołaniem do jakiegoś badania czy doświadczenia, albo do konkretnego zachowania Sherlocka Holmes’a w jednej z jego przygód.

Z uwagi na zawartość i formę w jakiej ta książka jest napisana, polecam ją dosłownie wszystkim, niezależnie od zainteresowań. Wiedza, a raczej świadomość tego jak działają nasze umysły, jak tworzą się i funkcjonują procesy myślowe, skąd biorą się i jak przekładają na codzienne życie stereotypy myślowe oraz inne błędy, nawyki czy uproszczenia, warta jest każdych pieniędzy i poświęconego czasu. A w tym przypadku podane jest to w rozsądnej cenie i w bardzo dobrze i ciekawie napisanej książce. Gdybym miał wpływ na układanie programu edukacyjnego, to ta pozycja, z uwagi na tematykę, którą porusza, powinna znaleźć się jako obowiązkowa lektura albo w klasie maturalnej, albo na pierwszym roku każdych studiów. W końcu logika to fundament wszystkich naszych działań.

Na koniec dodam, że każdą książkę niebędącą powieścią czytam dwa razy, tj. z zakreślaczem. Pierwszy raz, wychwytując i zakreślając istotne rzeczy, a drugi raz utrwalając wybrane informacje poprzez czytanie tylko tego co zaznaczyłem. To pierwsza książka, podczas której wypisał mi się mazak  - a był nowy. ;)

 

Podręcznik Startupu – Budowa wielkiej firmy krok po kroku (autorzy: Steve Blank i Bob Durf)

Tu będzie prościej jeśli chodzi o wskazanie osób, które powinny przeczytać tę książkę. Otóż powinni to być wszyscy, którzy poważnie myślą o założeniu jakiegokolwiek własnego biznesu – i nieważne czy ma to być zakład fryzjerski, wypożyczalnia aut czy kolejny rewolucyjny serwis internetowy. Ale nie tylko! Powinni to też być wszyscy ci, którzy już taki biznes prowadzą i chcą zweryfikować czy robią to właściwie lub/i czy mogą robić coś lepiej.

Tutaj mamy do czynienia z typowym podręcznikiem, ale napisanym naprawdę bardzo dobrze. Ponad 600 stron fachowej wiedzy, przekazanej nam w rzetelny i zrozumiały sposób przez prawdziwych fachowców i wyjadaczy na rynku. Książka oparta na wiedzy i doświadczeniu, nie zaś na teorii zdobytej poprzez czytanie innych książek i słuchaniu czyichś wykładów.

Obowiązkowa pozycja na półce każdego właściciela firmy i każdego wizjonera, który nie wie jak przekuć swój pomysł w biznes. Startup w tytule to zmyłka – ogranicza grupę docelową. Ta książka to biblia wiedzy z zakresu przedsiębiorczości na etapie tworzenia czegoś nowego, ale też weryfikacji istniejącego biznesu i to niezależnie od branży.

 

Przychodzi Platon do doktora. Filozofia w żartach (autorzy: Thomas Cathcart, Daniel Klein)

A to pozycja zupełnie z innej beczki. Skąd się wzięła w tym zestawieniu? Otóż odpowiedź jest bardzo banalna – po prostu lubię filozofię. Będąc bardziej precyzyjnym, lubię czasem popaść w nostalgiczne zadumy i zastanawiać się nad tym wszystkim, co nas otacza. Skąd się to wszystko wokół nas wzięło, po co jesteśmy, do czego dążymy, jak to kiedyś było, dlaczego ludzie są jacy są, i w ogóle, czy jest w tym wszystkim jakiś większy cel. Stąd może też te wszystkie zapędy do psychologii, socjologii, nauce o religiach świata, czy też podróży oraz zwiedzania wszelkich muzeów i pradawnych miejsc. I do kryminałów oczywiście…

Rzecz jednak w tym, że ludzie nie potrafią o tym ciekawie pisać. Nie potrafią przekazać wiedzy w fajny sposób, co powoduje, że większość książek z tej dziedziny jest po prostu nudna. Mądra, merytorycznie super, ale nudna. A nie ma nic gorszego niż nudna książka, bo nie angażuje czytelnika – i jeśli nie trzeba jej przeczytać (czytaj: studia wyższe), to mało kto po nie sięga z własnej woli. A szkoda.

Z wiadomych przyczyn tytuł miał tutaj znaczenie i poczułem, jakby wręcz był spersonalizowany dla mojego rodu. Postanowiłem więc, że ją przeczytam i nie żałuję ani jednej poświęconej na ten cel minuty. Książka super, bo napisana lekko i dosłownie w żartach. Co jakieś pojęcie natury filozoficznej, czy religijnej, to od razu żart, który je utrwala. Nauka przez rozrywkę, czy tez rozrywka przez naukę – nie ma znaczenia. Pozycja ma jakieś 200 stron, ale wchłania się ją momentalnie – 2,3 wieczory spokojnego czytania i załatwione. Szczególnie, że towarzyszą temu napady śmiechu.

Na koniec dodam, że audiobook nagrany jest przez Jerzego Stuhra – to musi być dopiero gratka!

 

Zjedz tę żabę (autor: Brian Tracy)

Tego Pana nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. W mojej ocenie guru, jeśli chodzi o książki z tematyki sprzedaży, motywowania, organizacji czasu czy planowania swojego życia pod względem ekonomicznym. Aż wstyd się przyznać, że dopiero teraz sięgnąłem po tę książkę, zważywszy na fakt, że to jedna z jego kultowych pozycji. Ale to zupełnie jak z filmem „Miś”, który pierwszy raz obejrzałem jakoś dopiero w wieku 25 lat… Przepraszam za to zaniedbanie.

Wracając do samej książki. Tym co znają Briana Tracy’ego, nie trzeba raczej nic pisać. Faktem jest, że każda kolejna jego pozycja to pisanie tego samego w nieco inny sposób i jakichś wyjątkowo nowych rzeczy się raczej nie dowiemy, to jednak „Zjedz tę żabę” jest jedną z pierwszych jego książek, co czyni ją zdecydowanie lepszą. Lepszą, bo widać, że nie pisana stricte pod publikę i przekazującą wiedzę w sposób prosty i łopatologiczny. I tyle. Nic więcej tutaj nie napiszę. Kto powinien przeczytać? Ci sami co w przypadku każdej innej (dobrej) książki dotyczącej sprzedaży i motywacji: przedsiębiorcy, startupowcy, osoby, które myślą o uruchomieniu własnego biznesu oraz wszyscy ci, którzy mają spore ambicje i chcą dowiedzieć się rad od kogoś, kto swoje w życiu przeżył i teoria, którą przekazuje, poparta jest wieloletnią praktyką.

 

Psychologia sprzedaży  (autor: Brian Tracy)

Trochę głupio, bo w jednym zestawieniu dwie książki jednego autora. Ale co zrobić jak są dobre i stały obok siebie. O autorze już zatem wiecie, bo napisałem o nim przy okazji poprzedniej pozycji, więc pozostało mi krótkie wprowadzenie do samej książki.

Tym razem więcej sprzedaży i mniej motywacji (choć tego nigdy nie można wykluczyć przy sprzedaży), więc polecam oczywiście wszystkim osobom powiązanym z handlem i opierającym swoją karierę oraz zależność (i niezależność) finansową na sprzedaży. Książka napisana w charakterystycznym dla Briana Tracy’ego stylu, a co za tym idzie czyta się ją dobrze, szybko i przyjemnie. Sporo pojęć i rad wydaje się oczywistą oczywistością, ale – nauczony pewnych rzeczy po przeczytaniu książki „Myśl jak Sherlock Holmes” – cóż się takimi nie wydaje, jak już o nich przeczytaliśmy lub usłyszeliśmy. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że skoro jest to oczywista oczywistość, to czemu jej nie stosujemy skoro wiemy, że działa. Nielogiczne, prawda?

 

Haker umysłów (autor: Andrzej Batko)

I kolejna perełka! Perełka w znaczeniu takim, jak w prosty sposób omówić pewną tematykę, bez niepotrzebnego naukowego rozwodzenia się na kilkaset stron. Tutaj na 160 stronach, które notabene czyta się w dwa wieczory z uwagi na ciekawy język, autor w bardzo przystępnej formie opisuje sposób działania naszego mózgu, ale od strony kodowania i przyswajania informacji, a więc… również tego jak można to wykorzystać w celu manipulacji i wykorzystaniu na swoją korzyść.

Lub też, jak kto woli – jak wychwytywać tego typu zachowania w działaniach innych osób i przesiewać to w sposób całkowicie naturalny. Zatem krótko, zwięźle i na temat jeśli chodzi o programowanie najpotężniejszego znanego dotychczas komputera świata. Idealne uzupełnienie pierwszej opisanej przeze mnie dzisiaj książki.

 

Czas na tę złą.

No dobra. Omówiłem 6 wspaniałych książek, o których wspomniałem na początku. Została jeszcze jedna. Ta naprawdę zła, na którą żałuję, że poświęciłem czas. Już po kilku stronach chciałem ją odstawić na bok i do niej nie wracać, ale stwierdziłem, że jednak „zjem tę żabę” i przynajmniej będę miał pełen obraz, jeśli chodzi o wystawienie recenzji. W końcu nie powinno oceniać się książki po okładce, czy po kilku przeczytanych stronach, skoro jest ich ponad dwieście (to pierwszy minus w tym przypadku, do którego zaraz wrócę). Z filmami mam podobnie – nawet jak zapowiada się wielki paździerz, to i tak zaangażuję się na tyle, aby obejrzeć go już do końca i wyrobić sobie w pełni własne zdanie, co usprawiedliwia mnie później w przypadku, kiedy wdaję się w dyskusję na dany temat (przynajmniej mam jakieś podstawy, a co!).

Cóż to zatem jest za książka, że aż postanowiłem ją wyróżnić w tej kategorii?
Jest to:

„Success and Change” (autor: Mateusz Grzesiak)

Przyznam Wam szczerze, że tak złej książki pod każdym względem jeszcze nie czytałem. Naprawdę! Zła na każdej płaszczyźnie: merytorycznej (zawiera błędne informacje, a więc nieświadome osoby wprowadza w błąd; podawane dane w wielu przypadkach są z kosmosu, bo nie ma podanych żadnych źródeł), redakcyjnej (skład książki i kiepska korekta) oraz językowej (błędy stylistyczne i powtórzenia). Gdyby to był wpis na blogu, czy na jakimś serwisie internetowym, to jeszcze OK – internet rządzi się swoimi prawami i na niektóre rzeczy można przymknąć oko. Ale nie drukowana pozycja! To już grzech, szczególnie w wykonaniu kogoś kto "mówi nam jak mamy żyć".

No i generalnie nie wnosi nic nowego, bo jest to kopia, tylko napisana nieco innymi słowami (i to widać w co którymś zdaniu) tego co przeczytacie w książkach Briana Tracy’ego i innych książkach motywacyjnych, czy nawet we wspomnianej przeze mnie pozycji „Myśl jak Sherlock Holmes”. Do tego cały przekaz książki w formie „ja” i „moje”, włącznie z tym, że autor odważył się stwierdzić, że to co on napisał w pewnej części omawianej pozycji jest prawdziwą definicją (czy wręcz kwintesencją) stwierdzenia „Być kowalem własnego losu”. Wow! Wyobraźcie sobie, że nawet ci, którzy wymyślili to powiedzenie, nie zdawali sobie z tego tak dobrze sprawy i nie wiedzieli co mają na myśli, jak sam autor niniejszej książki. Przypomina mi się historia oblania przez Wisławę Szymborską matury z interpretacji własnego wiersza, który nie zgadzał się z kluczem maturalnym wymyślonym przez "większych" ekspertów.

Ale aby nie było – kilka rzeczy na podparcie mojej oceny. Wyobraźcie sobie, jaka może być reakcja człowieka, który siedzi w danej branży kilka dobrych lat, zna ją wszerz i wzdłuż, i nagle czyta w jakiejś książce o motywacji, że outsourcing (bo w tym m.in. siedzę zawodowo) to zupełnie coś innego niż się powszechnie uważa. I to już na drugiej stronie książki! Ręce opadają i automatycznie ocena wiarygodności autora spada do całkowitego zera. Bo skoro odważył się pisać o czymś, o czym jak widać nie ma pojęcia i robi to błędnie, to jak mam oceniać jego wywody i merytorykę zawartą na kolejnych stronach książki. Jak w ogóle mam oceniać wiedzę i kompetencje takiej osoby? No niestety oceniam je w taki sam sposób jak wiedzę o tym outsourcingu. Skoro tutaj nie ma racji, a porywa się na pisanie o tym w książce, to pewnie we wszystkim innym o czym mówi i pisze wie tyle samo. Czyli w myśl powiedzenia „mówi co wie, a nie wie co mówi” – byleby gadać. Ważne, że ludzie chcą tego słuchać i jeszcze za to płacą. Tak swoją drogą, przypadłość ta (oczywiście osób, które to kupują) opisana jest bardzo dobrze w książce „Myśl jak Sherlock Holmes”, o której wspomniałem na początku. Znajdziecie ją w wątku o czarnym tygrysie. Prosty efekt manipulacji, a jakże skuteczny. 

Do tego brak odwołań do do źródeł w przytaczanych wartości - dane bez pokrycia. Możemy tam znaleźć np., że "X% badanych", że "większość ludzi", że "X% kobiet czy mężczyzn", że "znaczna część" itd. itp. Ale z czego te dane? Kto to zbadał? Gdzie można znaleźć metodologię? Kiedy to było? Na jakiej grupie badanych? Źródeł nie ma... Zatem, równie dobrze można uznać, że dane te są podane tak po prostu, aby pasowały do napisanego tekstu i potwierdzały myśl autora.

To było merytorycznie. Inne tego typu „ciekawostki” też są, ale te dwie utkwiły mi wyjątkowo. Teraz redakcyjnie. Książkę czyta się naprawdę źle. I to już nie tylko ze względu na kiepski język autora i używanie słownikowych „mądrych” słów, aby zabrzmiało jeszcze mądrzej niż jest faktycznie, ale ze względu na skład i niewychwycone błędy. Książka jest jednym wielkim blokiem tekstowym. Mało rozbić tekstu na akapity i mało wcięć, co powoduje, że oko się męczy. Mózg płacze, że musi to czytać, a do tego oczy mu w tym nie pomagają – kumulacja. Liczba powtórzeń i wystąpień zwrotu „innymi słowy”, czy „inaczej mówiąc” woła o pomstę. Skoro można inaczej, to po co pisać coś na kilka stron, a potem „inaczej mówiąc” zawierać to w dwóch-trzech zdaniach. Naprawdę – pisanie cienkich książek to nie grzech. Książka nie musi być gruba, aby była dobra. Można było zamiast tych 230 stron zawrzeć to wszystko w 120 i też byłoby dobrze. A nawet lepiej, bo człowiek stracił by mniej czasu i wziął do ręki coś lepszego – np. którąkolwiek z książek Briana Tracy’ego, które i tak, jak już wspomniałem, widać, że były inspiracją, a raczej bazą do napisania „Success and Change”. Widać to dodatkowo w kolejnej książce Mateusza Grzesiaka „Psychologia sprzedaży”. Nie czytałem i nie mam zamiaru, ale sam tytuł wystarczy. Chyba już u takim dzisiaj pisałem...

Tak więc dużo słów, a mało treści. Moim zakreślaczem zaznaczyłem chyba tylko dwa zdania w całej książce. Odnośnie tej korekty stylistycznej, to się tak zastanawiam, czy osoba odpowiedzialna za redakcję tej książki po stronie wydawcy w ogóle mogła w nią w jakikolwiek sposób ingerować. Czy autor na to pozwolił przy swoim podejściu „ja” i „moje”. Przyznam, że naprawdę wygląda to tak, jakby nikt tego nie ruszył, bo niektóre błędy są tak widoczne, że wychwytuje je nawet niewprawione oko, a co dopiero oko doświadczonego korektora. Poza tym znam książki One Press i akurat kwestie wydawnicze nie należą u nich do słabych stron.

Tyle jeśli chodzi o dobre i złe książki. Czas wziąć się za czytanie kolejnych, które piętrzą się na regale i czekają, aż zgłębię ich zawartość.

Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#Jozani Park#urlop#Holandia#relaks#Zanzibar#warszawa#zachód słońca#bieg rzeźnika#przygoda#bałkany#dream of zanzibar#uchodźcy#lotnisko#pro progressio#delfiny#Ben Affleck#postanowienia#American Sniper#branża#Hollywood