14 dni w Meksyku – cz.3

13 Kwiecień
2015

14 dni w Meksyku – cz.3

Czas na ostatnią część relacji. Ostatnie dni, w których działo się już stosunkowo niewiele, biorąc pod uwagę rytm narzucony nieco wcześniej. Po całodniowym pobycie i relaksie w Acapulco można było ruszać dalej. Od razu jakoś tak lepiej, gdy człowiek w pełni wypoczęty, najedzony i nasłoneczniony.

W ostatnim wpisie zapomniałem dodać, że operator wycieczki, zorganizował w Acapulco dwie fakultatywne wycieczki. Oczywiście skoro fakultatywne, to dla chętnych i dodatkowo płatne. Z obydwu nie skorzystałem, bo szczerze – nie chciało mi się. Stwierdziłem, że po dziewięciu dniach orki przyda się jednak cały pełny dzień „nicnierobienia”. Ale żeby w pełni opisać co i jak, to do tych dwóch wycieczek  zaliczały się: Pokaz skoków ze Skały Śmierci – La Quebrada (takie tam skoki z ponad 30 metrów... nocą... ;)) oraz rejs statkiem po zatoce. Szczegółów niestety opisać nie mogę, bo jak już wspominałem, w żadnej z nich nie uczestniczyłem – z zasłyszanych opinii mogę tylko przekazać, że było OK i uczestnicy nie żałowali wydanej gotówki.

A teraz wróćmy już do kontynuacji podróży. Dziesiątego dnia, wcześnie rano bo standardowo gdzieś ok. 8.00 wyruszyliśmy do Mexico City, po drodze zajeżdżając do Taxco, zwanego również „Srebrnym Miastem”. Skąd ta nazwa? A stąd, że po pierwsze słyną z wyrobów ze srebra, po drugie mają kilka czynnych kopalni, z których tę rudę wydobywają, a po trzecie gdzie nie spojrzeć to jubilerzy lub jak to nazywają „Galerie Srebra”.

Tasco - miasto przepiękne. Zupełnie inny klimat niż w jakimkolwiek innym mieście, w którym mieliśmy okazję przebywać. Piękna architektura, zabudowa, całościowy klimat – wszystko. Bardziej kojarzyło mi się z Sycylią czy zabudową wokół morza adriatyckiego niż Ameryką Środkową. Wszystko w tym mieście mi się podobało, no może poza pizzą – tego robić nie potrafią.

Tasco - panorama

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od wizyty w jednej z galerii srebra – ot taki standardzik w tego typu wycieczkach, aby turyści mogli sobie coś zakupić w „przypadkowo” odwiedzonym sklepie. Ale… zakupy zakupami, a poza tym mieliśmy około 15 minutową prezentację na temat wyrobów ze srebra (historia, rodzaje domieszek, informacje o kruszcu itd. Itp.) + tequilkę. Oczywiście uzupełniali na życzenie, co by zainteresowani chętniej podejmowali decyzję na temat zakupów – dobra metoda, zawsze się sprawdza. A tak BTW, to z cenami nie przesadzali – wyroby naprawdę ładne i raczej tańsze niż w Polsce.

Wnętrze Galerii Srebra w Tasco

Po odwiedzinach w galerii i z nieco uszczuplonym portfelem ruszyliśmy zwiedzać dalej. Im dalej w głąb miasta, tym piękniej, ciekawiej i bardziej malowniczo. Doszliśmy do centrum tego miasteczka (oj trochę wspinaczki było, bo miasto położone na skarpie) i naczym oczom ukazał się przepiękny kościół Santa Prisca. Zobaczcie sami na zdjęciach – wszystko w tym mieście odbiega od tego co pokazywałem do tej pory – włącznie z samym kościołem.

Tasco - Kościół Santa Prisca

Tasco - panorama

Taksóweczki w Tasco

Na wieczór dojechaliśmy do Mexico City. Dla chętnych, a niewielu ich było, zorganizowano za dodatkową opłatą wyjście na wieczór folklorystyczny do miasta – do jakiejś tam knajpy gdzie podobno były tańce, śpiewy i walki kogutów. Jako, że nie byłem jakoś do tego przekonany, to się nie na niego nie wybrałem, choć z opowiadań słyszałem, że było „spoko”. Przyznam szczerze, że nie widziałem sensu wydawać 40 USD na wyście wieczorne do normalnej knajpy, gdzie przez 2-3 minuty pokazują jak naskakują na siebie koguty, a potem towarzyszy mi muzyka Mariachi. Fakt, że podobno można było się wybawić i jakieś tam drinki były w cenie, ale to dalej 40 USD. To much za tego typu atrakcję, niezależnie od tego jakim budżetem się dysponuje.

Dzień 11 i 12 przeznaczony był na zwiedzanie Mexico City. Pierwszego dnia zaliczyliśmy Plac Trzech Kultur – miejsce gdzie podobno odbyło się ostatnie starcie konkwistadorów z Aztekami. Cóż mam powiedzieć – niewiele z tego zostało, jak z resztą z większości zabytków w Mexico City. Plac ten ma jeszcze jedną nieciekawą historię, a mianowicie masakrę z 1968 roku, kiedy to wojsko w krwawy sposób stłumiło protest studentów, w którym zginęło podobno kilkaset osób.

Plac Trzech Kultur w Mexico City

Plac Trzech Kultur w Mexico City

Kolejnym przystankiem był Teotihuacan – strefa archeologiczna położona jakieś 40 minut drogi od centrum miasta. Zanim tam jednak dojechaliśmy, zahaczyliśmy jeszcze o lokalny warsztat obróbki obsydianu. Zaprezentowali nam minerały, które można znaleźć w lokalnych górach (sporo tego było), przedstawili wyroby, które się z nich wykonuje, dali do posmakowania ich lokalny bimber oraz pokazali, co można uzyskać z takiej jednej rośliny jaką jest agawa (bimber, nitki i papier – wydajna roślina).

Przedmieścia Mexico City

Lokalne wyroby z wydobywanych minerałów

Ale było jeszcze coś – hodowla psów – ich lokalnej rasy. I nie była to Chihuaha. Było to coś znacznie innego. Umyślnie piszę „coś”, bo nie do końca przypominało rasowego psa. Sami zobaczcie – to ich narodowa rasa – jedne mają irokezy, inne nie, ale dalej to nie kundel tylko czystej krwi oryginał. Dodam jedynie, że za czasów Indian hodowali je jak świnie – tuczyli do jedzenia. Azjaci by się ucieszyli.

Czyż nie piękny?

Tak więc Teotihuacan. Miejsce, gdzie znajduje się Świątynia Pierzastego Węża oraz Piramidy Słońca i Księżyca – jedne z największych na świecie. Lubię piramidy, lubię zabytki, lubię sterty kamieni w estetycznym nieładzie, tak więc miejsce od razu mi się spodobało. Jak to zawsze w takich przypadkach bywa – z dołu wszystko wydaje się niskie, jednak w czasie wchodzenia na górę, szczególnie w takim upale, zmienia się ocena sytuacji. Ale – zaliczone! Po wejściu na górę nagroda w postaci krótkiego odpoczynku i podziwiania okolicy.

Zabytki w Teotihuacan

Teotihuacan - Piramida Księżyca

Teotihuacan - widok z Piramidy Księżyca

Teotihuacan - Piramida Słońca

Jako, że podczas tej eskapady kalorii spaliliśmy naprawdę dużo, zaraz po zejściu udaliśmy się do okolicznej restauracji na posiłek i uzupełnienie zapasów energetycznych. I to właśnie była najlepsza restauracja, w której jadłem podczas całego pobytu w Meksyku. Najlepsza! 160 peso od osoby i otwarty bufet. Ale jedzenie mega. No super po prostu. Dużo dobrej strawy, że nawet nie wiadomo było od czego zacząć i na czym skończyć. A do tego jeszcze ten klimat. I Mariachi i tańce indiańskie. Wypas.

Hej Mariachi!

Jak już pojedli i popili to ruszyli dalej. Do Sanktuarium Matki Boskiej z Gwadelupy. Taki ichni Watykan w środku Meksyku. Kościoły, kaplice, katedry, plac i bardzo ładny (o dziwo czysty jak na Mexico City) park. Na szczęście nie było wielu turystów ani pielgrzymów, więc na spokojnie można było wszystko zwiedzać, oglądać i podziwiać. Enjoy!

Katedra w Mexico City

Okolice Sanktuarium matki Boskiej z Guadalupe

Okolice Sanktuarium Matki Boskiej z Guadalupe

Bazylika Matki Boskiej z Guadalupe

Widok na Bazylikę

Na wieczór powrót do hotelu i samodzielne zwiedzanie jego okolic. Na szczęście lokalizacja obiektu była bardzo dobra, więc w ciągu kilku minut piechotką można było dotrzeć do okolicznego parku i Galerii Sztuk Pięknych.

Nie wiem, na kogo wyglądamy jak zwiedzamy, ale już kolejny raz zaczepił nas człowiek pytając czy nie chcemy bezpłatnie wejściówek na jakąś sztukę, która akurat zaraz miała rozpocząć się w operze. Tak po prostu – chciał odstąpić, bo coś tam. Pierwszy raz taką sytuację miałem w Luwrze – wtedy oczywiście skorzystałem, bo i czas był i wejściówki na wszystko co było możliwe. Tutaj niestety musiałem odmówić – po pierwsze czasowo byśmy nie dali rady, a po drugie… w dresach tak głupio wchodzić do opery ;).

Drugi dzień był nieco mniej intensywny, bo o 16 trzeba było już być na lotnisku i czekać na lokalny lot do Cancun. Tak więc mając dość niewiele czasu wystartowaliśmy o godzinie 8.00. Spacerkiem podeszliśmy z powrotem do Galerii Sztuk Pięknych – za dnia robi równie dobre wrażenie jak w nocy. Następnie odwiedziliśmy Pałac Poczty Głównej. I nie bez powodu nazywa się to Pałac – zobaczcie sami na drugim zdjęciu.

Galeria Sztuk Pięknych

Pałac Poczty Głównej

Kolejny przystanek (wszystko spacerkiem) to plac Zocalo – akurat niewiele udało się tutaj zobaczyć, bo trafiliśmy na ekipę filmową podczas kręcenia ujęć do nowego Bonda. Cóż – wybaczam. Oby tylko film wyszedł. Następnie wybraliśmy zobaczyć ruiny Wielkiej Świątyni Azteków (no tu to już w ogóle nic nie zostało – gdyby nie tabliczki, to można byłoby pomylić z placem budowy czy jakimiś fundamentami).

Ruiny Wielkiej Świątyni Azteków

Jako, że tutaj niewiele do oglądania i podziwiania, to wybraliśmy się do Pałacu Narodowego, gdzie urzęduje prezydent Meksyku. Po kilkudziesięciominutowym oczekiwaniu i pełnym przefiskaniu każdego z uczestników wycieczki (zupełnie jak na lotnisku), mogliśmy wreszcie wejść do środka. No no – miejscówka pierwsza klasa. Oczywiście wszędzie nie wpuszczano i tak naprawdę mogliśmy (i też tylko na to był czas) podziwiać wielkie murale Diego Rivery, na których przedstawił pełną historię Meksyku. Obrazy super – cieszyły oko nie tylko pod względem artystycznym, ale również tym, w jaki sposób można przedstawić dzieje i kulturę narodu. Wszystko, czego dowiedzieliśmy się podczas zwiedzania w poprzednich dniach, było tutaj uwiecznione – dosłownie wszystko.

Ostatni punkt wycieczki tego dnia należał do Muzeum Antropologicznego. Powiem jedno – byłem w Luwrze, byłem w British Museum i jak najbardziej wzbudzały mój podziw, ale tutaj było coś więcej. Rzecz w tym, że zarówno Francuzi jak i Anglicy nakradli i naprzywozili eksponaty z całego świata do siebie, a tutaj było to rodowite. Na miejscu. U siebie. To fajne. Fajny klimat – zupełnie inaczej oglądało się eksponaty tylko i wyłącznie lokalne, a nie taką wystawkę z całego świata. Poza tym muzeum bardzo ładne, zadbane, z bardzo ciekawie rozmieszczonymi rekwizytami – miejsce godne polecenia (fotki zamieszczę w galerii na facebooku).

No cóż. I tyle pozostało nam z Mexico City. Przyszedł czas na ostatni odpoczynek przed powrotem do Polski, w związku z czym zwinęliśmy manatki i pojechaliśmy na lotnisko w celu dotarcia do słonecznego i ciepłego Cancun.

Właśnie – lotnisko. Miejsce, w którym w pełni zrozumiałem znaczenie powiedzenia „ale Meksyk!”. Pomijając już ponad godzinne opóźnienie lotu (to podobno standard, o czym mogło świadczyć bicie brawa załodze samolotu mijającej zobojętniałych już lokalnych pasażerów) wyobraźcie sobie, że u nich nigdy nie wiadomo z której bramki odprawiony zostanie dany samolot. Pomimo, że na bilecie jest informacja o danym wyjściu, to na ekranie oraz w komunikatach głosowych podawane są jeszcze inne (też różne) i też nieprawidłowe. Ta, która faktycznie jest właściwa dowiecie się dopiero na 30 minut przed planowaną odprawą (słowo „planowana” ma znaczenie, bo nie zakłada żadnych opóźnień, co oczywiście nie istnieje) z informacji na jednym z ekranów. Tak więc jest zabawa, bo między pierwszą, a ostatnią bramką czeka nas około 15 minutowy spacerek. ;)

Trochę się poopóźniało, ale finalnie dotarliśmy. Sam lot za wyjątkiem kilku większych turbulencji był udany, więc minął w miarę szybko – coś około 2 godzin. Następnie bezpośredni transfer do hotelu i wyczekiwany odpoczynek.

Ostatnie dwie noce spędziliśmy w Holiday Inn w opcji all inclusive, zatem standardu się domyślacie. To sieciówka, więc co tu dużo mówić: wszystko jak najbardziej poprawnie – od lokalizacji, poprzez plażę, pokoje i jedzenie. Jako ciekawostkę dodam jedynie, że powitano nas bardzo ciekawym prowiantem (przylecieliśmy około północy) – kanapką, owocem i…. frytkami na zimno. Poważnie – dali frytki na zimno, pięknie owinięte w folię. Nawet nie wiedziałem, że tak można (sądząc po reakcjach innych uczestników wycieczki – nie byłem z tą myślą osamotniony).

Widok z balkonu pokojowego

Nastał dzień trzynasty. Dzień pełnego relaxu. Dzień w Cancun. W moich oczach miejsce znacznie atrakcyjniejsze niż Acapulco – chyba pod każdym względem. Ale co tu się dziwić. Powstało z myślą o Amerykanach, Kanadyjczykach i Francuzach. To przecież jedna z ważniejszych docelowych miejscówek na mapach amerykańskich studentów podczas ich przerwy wiosennej, tak więc do czegoś to zobowiązuje – np. do wody 0,5l za około 10 USD na lotnisku.

Ponieważ byliśmy tam krótko, to z hotelu nie wychodziłem. Nie powiem Wam, jakie jest Cancun nocą, ani co tam można ciekawego za dnia zobaczyć. Cieszyłem się słońcem, morzem karaibskim, plażą z piachem jak mąka i przyjemnymi dla oka widokami. Zrezygnowałem nawet (sam się sobie dziwię) z wycieczki fakultatywnej, która umożliwiała posnurkowanie przy ichniej rafie koralowej. Niestety zbyt mało czasu, aby to wszystko ładnie pogodzić. Niech wystarczą Wam widoki, które przekonały mnie do pozostania na miejscu.

Widok z restauracji

Aż chciało się spacerować - zero ludzi

Lubię takie widoki - pełna abstrakcja

Pan dbający by było tak pięknie jak na następnym zdjęciu

Ahh... wciąż mam ten obraz w pamięci...

Tak więc na tym koniec. Kolejnego dnia czekał nasz już powrotny lot do Polski. 14 dni minęło bardzo szybko, ale też bardzo intensywnie. Wiedza, którą zdobyłem podczas tej podróży oraz widoki, które zobaczyłem warte były każdej poświęconej minuty i złotówki, które w tę wycieczkę zainwestowałem.

A! Gdyby ktoś chciał, to takie domki są do wynajęcia ;)

Dla mnie kolekcjonowanie wspomnień, obrazów, emocji i doświadczeń jest w życiu najważniejsze, więc eskapady tego pokroju idealnie mi to uzupełniają. No cóż – było minęło. Teraz czas zrealizować kilka innych postawionych sobie celów, a w przyszłym roku – Tajlandia.

Zapraszam do pozostałych materiałów z mojej podróży po Meksyku:

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#rekrutacja#cele#finansowanie#komunikacja miejska#polska#demokracja#spa#wakacje#plaże#I Amsterdam City Card#biznes#ślub#Aqua Azul#Walking Street#lotnisko#Chiang Rai#plus gsm#azja#decyzja#bond