14 dni w Meksyku – cz.2

30 Marzec
2015

14 dni w Meksyku – cz.2

Ostatnio skończyłem na dniu piątym, kiedy to zakończyliśmy podróż w Tehuantepec, a dokładnie na jego przedmieściach. Każdy nastawiał się, że hotel, w którym się zatrzymamy będzie raczej z tych gorszych, chociażby z uwagi na lokalizację i otoczenie. Jak duża to była pomyłka. W mojej ocenie jeden z lepszych obiektów, jeśli oczywiście chodzi o objazdowe. Cichy, spokojny, klimatyczny, ze smaczną kuchnią, bardzo ładnym ogrodem i komfortowymi pokojami. Przyjemny. Nawet rano zaskoczył nas brakiem jajecznicy, a to dlatego, że dzień rozpoczęliśmy o 4.50, więc podzielili się z nami jedynie suchym prowiantem w postaci gotowanego jajka, wody i 2 kanapek. Musiało wystarczyć.

Ruszyliśmy w trasę. Cel w dniu szóstym – dojechać do Oaxaca, po drodze zahaczając o Mitli – centrum Religijne i Nekropolię Misteków i Zapoteków oraz mój ulubiony punkt programu – fabrykę mezcalu.

W drodze do Mitli

Mitla okazało się bardzo ciekawym miejscem. Mało o tym w przewodnikach, a na pewno mniej niż o pozostałych strefach archeologicznych w Meksyku. Ponowna dawka znacznej wiedzy o historii, obyczajach oraz kulturze i można było ruszać dalej – do fabryki, gdzie z uwagą słuchałem jak wyrabia się jeden z moich ulubionych trunków. Pierwszym jest oczywiście tequila, choć oba te alkohole są dość podobne.

Mitla - zabudowania kościoła z epoki kolonialnej

Mitla - centrum Religijne i Nekropolia Misteków i Zapoteków

Mitla - centrum Religijne i Nekropolia Misteków i Zapoteków

Bazarek w Mitli

Jedno z najfajniejszych zdjęć, jakie zrobiłem ;)

Coca cola jest wszędzie!

Najpierw jednak lunch na trasie. Wspominam o nim, bo był to jeden z najlepszych posiłków na tej wycieczce. Jedzenie w formie bufetu, ale było wszystko – pełna kuchnia meksykańska. Płaciło się 150 peso (to jakieś 10 USD) i można było jeść co się chce i ile się chce. Już pewnie wiecie jak zachowała się pewna część naszych rodaków, nakładająca sobie od razu 100kg jedzenia na jeden talerz, jakby miało nie starczyć lub ktoś miałby im to ukraść. Nie lepiej podejść kilka razy i nakładać tyle ile potrzeba, zamiast potem wyrzucać jak nie posmakowało? Ehh… Ale dobra – o jedzeniu. Tak więc było chyba wszystko co powinno być w kuchni meksykańskiej. Były świerszcze o różnych smakach, świńska skóra, wołowina, wieprzowina, od groma warzyw, sałatek, surówek i owoców. Były oczywiście Mole (jakie to było dobre – nie wiedziałem, że kurczak z czekoladą na ostro-słodko może tak smakować), różnego typu tortille i quesadillas oraz makarony z różnymi sosami. Było coś tam jeszcze, ale już nie pamiętam – delektowałem się smakami.

W takiej klimacie lunch

Dojechaliśmy do fabryki mezcalu… oj tak… wreszcie. Nazwa fabryka, nam Polakom kojarzyć się będzie pewnie z wielkimi ośrodkami przemysłowymi, a tam po prostu kilka chałup na krzyż, jakiś piec, destylator i lada z wystawionymi produktami – w skrócie bardziej bimbrownia.

Fabryka mezcalu

Fabryka mezcalu

Ale to nieważne – ważne, że to co robili było dobre i w dobrej cenie. Posłuchaliśmy o historii, posłuchaliśmy o procesie wytwarzania, dowiedzieliśmy się skąd ta cena, skąd robak, skąd odpowiednie kolory i zaczęliśmy testować. Robak dobry. Poszczególne smaki (tj. roczniki) można wyczuć z zamkniętymi oczami odgadując od razu ich kolor – tak, jest to powiązane. I tak, od największego siekacza (kolor srebrny/przezroczysty – młodziutkie roczniaczki, który trzeba zagryzać limonką lub pomarańczą) do najbardziej wytwornej wersji (bursztynowa/brązowa jak whisky – dziesięciolatki, którą po prostu się pije) próbowali wszyscy. Potem pokazano nam likiery – do tego podszedłem sceptycznie. No bo jak – likiery na mezcalu? Ale spróbowałem. No pyszne. No po prostu pyszne. Smaków zatrzęsienie, cała gama. Aż nie chciało się opuszczać tego miejsca. Ale cóż – programu trzymać się trzeba.

Opalone serca agaw czekające na dalszy ugniatanie

Zestaw młodego testera - jeszcze zanim się do niego dorwałem

I testowanie poszczególnych alkoholi

Po fabryce zajechaliśmy jeszcze do Santa Maria del Tule, aby zobaczyć najstarsze drzewo Meksyku, a zarazem najszersze drzewo na świecie. Podobno ma 2000 lat i pień o szerokości blisko 14m. Nie mierzyłem i nie liczyłem – wierzę na słowo. Ale już wiem, na czym wzorował się James Cameron kręcąc Avatara. Sami zobaczcie.

Santa Maria del Tule

Cypryśnik Meksykański w Santa Maria del Tule

Cypryśnik Meksykański w Santa Maria del Tule

Na koniec dnia została nam Oaxaca. Niby pora sucha, niby okres bez deszczu, ale jak to wytłumaczył nam przewodnik – trafiliśmy na taki „froncik” zachodni i po prostu lunęło. Fakt, że może tylko przez jakieś 40 minut, ale po prostu ściana deszczu. Jako, że można było w tym pływać, a nie chodzić – aparatu nie brałem – szkoda mi było, bo nie wziąłem obudowy do nurkowania. Muszą więc wystarczyć Wam zdjęcia z komórki.

Oaxaca - w drodze na słynny bazar

Młodzi uliczni artyści - potem rzucili się po napiwki

Handel pasikonikami - do wyboru, do koloru, do smaku. Na kilogramy!

Może to przez deszcz, ale miasto Oaxaca mnie nie powaliło. Przy wcześniejszych miejscach, które oglądaliśmy (i przy późniejszych również), to normalnie szału nie ma. Ok – był fajny kościół, ok był wielki bazar, gdzie można kupić dosłownie wszystko, od świerszczy w tysiącu smakach po całe świnie. Ok, byliśmy w fabryce czekolady i jeszcze w kilku miejscach, ale samo miasto brudne i mało przyjemne. Końcówka dnia w tym mieście zmęczyła mnie dość mocno (bardziej psychicznie), więc na myśl o jego końcu i powrocie do hotelu bardzo się ucieszyłem.

Siódmy dzień rozpoczęliśmy od zwiedzania Monte Alban – jednej z najstarszych stref archeologicznych w Meksyku. Jako, że strefa blisko miasta, to znaleźliśmy się tam zaledwie w około pół godziny od wyjechania z hotelu. Powiem Wam, że ponownie doznałem szoku. Szacuje się, że to miejsce powstało w około 500 r. p.n.e, a Ci szaleńcy Indianie (nie wiem jak ich inaczej nazwać), aby je stworzyć sztucznie ścięli szczyt góry. Nie tam jakiś kilkumetrowy wierzchołek, tylko cały szczyt góry, aby uzyskać gładziutki plac, na którym postawili swoje budowle – zresztą zobaczcie sami na zdjęciach. To była kiedyś normalna góra. Obecnie jakiej technologii  potrzeba, aby taki efekt uzyskać, a oni 2500 lat temu tak sobie po prostu stwierdzili, że wyrównają tę konkretną górę – no szaleńcy.

Monte Alban

Następnie ruszyliśmy w trasę – długą, ponad 5-cio godzinną, ale na szczęście widokową. Przez góry, autostradą.

Trasa dość ciekawa i widokowa

Normalne widoki na tej trasie

Dojechaliśmy do Puebli, zwanej również jako „Miasto Aniołów”, ale nie pamiętam czemu. Tak ja Oaxaca do zawsze kojarzyć mi się będzie z brakiem organizacji, brudem, chaosem i ogólnie wszystkim o bardziej negatywnym znaczeniu, to tak Puebla stoi po drugiej stronie skali. Tutaj odwrotnie. Wszystko wydaje się być inne. Może nie to, ze super czysto i w ogóle, ale panuje porządek. Jest przyjemnie, miło, inna kultura na drodze i wśród ludzi. Normalnie skrajności. Tutaj ludzie zarabiają chyba najwięcej w całym regionie, poziom życia jest nieporównywalnie lepszy niż w pozostałej części kraju, więc nie ma też złej atmosfery wśród mieszkańców. A poza tym miasto kojarzyć mi się będzie z wyrobami ceramicznymi – wszędzie kafelki. Jedna wielka łaźnia (bo też padało – ach ten zachodni „froncik”). Dzień zakończył się w najgorszym hotelu na całej trasie, ale na szczęście Mariachi przy kolacji uratowali nieco sytuację.

Uliczny koncert w Puebli

Puebla - część bazarowa

Wszędzie płytki...

Pałac Gubernatora w Puebli

Nocny spacer po Puebli

Dzień ósmy. Dzień, w którym moja wizja pewnego miejsca, wiedza na jego temat i świadomość zderzyły się z rzeczywistością. Dzień w którym dojechaliśmy do Acapulco i przekonałem się, że kadr, który pokazuje się w filmach z Hollywood z lat 80 i 90 jest jedynym kadrem, który właściwie można pokazać. Dzień, po którym mogę wszystkim świadomie i z czystym sumieniem powiedzieć, aby nie jechali do Acapulco na dłużej niż 2 dni – bo i po co, jak tam tylko plaża i woda, która i tak nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym. To samo można dostać w południowej części Europy czy Afryce – za mniejszą kwotę i znacznie krótszy czas lotu. Ale, żeby nie było ja jestem zadowolony. Byliśmy tam półtora dnia i to w pełni wystarczy. Zobaczyłem, co chciałem zobaczyć. Zregenerowałem w pełni siły. Skorzystałem z uroków all inclusive w naprawdę dobrym hotelu. Pokąpałem się w ocenianie i powygrzewałem na słońcu. Zobaczyłem nocne życie tego miasta i tyle. Wystarczyło – jestem w pełni zadowolony z tych doświadczeń. Nie mniej, nie więcej – idealnie.

Zanim jednak dojechaliśmy do Acapulco (a trochę to trwało – łącznie około 9h), odwiedziliśmy miejscowość Cholula aby zobaczyć kościół z czasów konkwisty, który został wybudowany na jednej z największych piramid świata. Kościół jak kościół (no poza licznymi szatami, w którą przebierają figurę Matki Boskiej z Guadalupe), ale sama okolica urokliwa i malownicza. Próbowali nam też pokazać „parę wulkanów” (Popocatapetl oraz Iztaccihuatl), ale niestety pogoda nam to uniemożliwiła – podstawy były, ale szczytów już niestety brak.

Klimatyczne uliczki w Cholula

Wszędzie czachy - niezależnie od regionu i miasta

Kolejny cel to tzw. Miasto Wiecznej Wiosny, czyli Cuernavaca – stolica stanu Morelos. Czy stałej – tego nie wiem, bo tego dnia wyglądało jak większość innych miejsc, które odwiedzaliśmy podczas naszej podróży (no może poza Oaxaca). Aby to ocenić musiałbym się wybrać do Meksyku w porze deszczowej. Tak czy inaczej w mieście bardzo zielono i podobno bardzo niebezpiecznie – służby cały czas w gotowości, a to przez jakąś zadymę, która niedawno miała miejsce. Nie wnikałem. Czułem się komfortowo i bezpiecznie, choć fakt – wszędzie kręciła się policja federalna oraz wojsko w pełnych rynsztunku i długą bronią.

One są ułożone... nie po prostu nasypane.

Z czego słynie Cuernavaca? A choćby z pałacu Hermana Corteza – to ten gość, dzięki któremu Hiszpanie zdobyli Meksyk. Samozwańczy konkwistador, który wraz z garstką żołnierzy zrównał z ziemią największe w tamtych czasach miasto Tenochtitlan, w miejscu którego stoi obecnie ich stolica – Mexico City. Ogólnie człowiek znienawidzony przez tubylców i pewnie resztę świata (szczególnie historyków i archeologów), bo nie dość że siał zniszczenie w postaci zlikwidowania tutejszej kultury, to jeszcze prawie w całości zgładził cywilizację Azteków. Tak czy inaczej pomnika mu nie postawili, choć trzeba przyznać, że jak na tamte czasy i swoje zasoby militarne był dobrym strategiem i żołnierzem (skoro w niespełna tysiąc ludzi dał radę 10 milionom Indian).

Pałac Hermana Corteza

Jak już pooglądaliśmy i pojedliśmy, wyruszyliśmy do słonecznego Acapulco, ale że był „zachodni froncik”, to po drodze takie widoki, jak na poniższych zdjęciach – dla nas fajne, ale dla naszego kierowcy już niekoniecznie.

Zachodni froncik...

Widoczność idealna do jazdy i latania

No i dojechaliśmy do Acapulco, gdzie spędziliśmy cały dzień 9. To co tam było już Wam opisałem, więc teraz niech przemówią zdjęcia.

Nasz hotel - Copacabana w Acapulco

Plaża w Acapulco

Wybrzeże w Acapulco

Zachód słońca w Acapulco

Standardowy środek transportu w Acapulco

Tramwaj w Acapulco

Zapraszam do pozostałych materiałów z mojej podróży po Meksyku:

Podoba Ci się jak piszę? Obserwuj mnie na Facebooku oraz na Instagramie. Dzięki!
Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#frank#alkohol#ślub na Zanzibarze##urlop#I Amsterdam City Card#freelancing#lotnisko#plaże#zazdrość#weekend#plus gsm#masaj#Włochy#Reachel McAdams#Wenecja#brian tracy#colin firth#Sukhothai#azja