14 dni w Meksyku – cz.1

25 Marzec
2015

14 dni w Meksyku – cz.1

Wróciłem, odpocząłem, trochę odespałem, ale przestawienie się na czas i aurę, która tu obowiązuje jeszcze trochę mi zajmie. Nie chcę jednak już dłużej przeciągać braku mojej obecności na blogu, więc nadrabiam zaległości.

Myślałem, że uda się być na bieżąco w czasie wyjazdu, ale niestety… jak widać, nie udało się. Albo brak internetu, albo brak czasu, albo po prostu nie pozwalały na to siły po kolejnych dniach pełnych wrażeń. Nie wiem też, czy dobrze, że pojawił się ten pierwszy powitalny wpis, który opublikowałem po drugim dniu podróży… doszły mnie bowiem słuchy, że wielu z Was w kolejnych dniach oczekiwało na nowe relacje, które niestety się nie pojawiły. Lepiej chyba gdybym siedział cicho i spisał wszystko na spokojnie po powrocie. A może jednak nie? Może właśnie dobrze wyszło, bo skoro pierwsze dwa dni tak wyglądały, to nagle pojawił się głód na to co było dalej?

No już dobrze – do rzeczy. Nadrabiam.

Działo się naprawdę sporo. Pomijając to co można zobaczyć podczas podróży wynoszącej blisko 3500 km po Meksyku przez 11 stanów, dowiedziałem się też wiele ciekawych rzeczy m.in. o ich historii, kulturze, obyczajach, polityce, służbie zdrowia czy też edukacji. Zobaczyłem jak żyją tam ludzie – nie w kurortach turystycznych, tylko właśnie tych kilkunastu stanach, w których miałem okazję spędzić trochę czasu i powiem Wam, że bardzo otwiera to oczy na niektóre sprawy. To jednak posłuży jako tematy na kolejne wpisy, zaś teraz skupię się czystej relacji z poszczególnych dni. Dwa już opisałem we wpisie Pozdrowienia z Meksyku, więc teraz zacznę dnia trzeciego, który oczywiście rozpoczęliśmy od jajecznicy.

No co zrobić? W tym kraju przyrządzają jajka na miliardy sposobów, ale oczywiście na śniadanie podadzą jajecznicę. Jak już każdy nacieszył się tym „kultowym” meksykańskim jadłem i zobaczył wschód słońca nad Zatoką Meksykańską, wyruszyliśmy w trasę (nie małą, bo 400 km) w kierunku Palenque.

Wschód słońca nad Zatoką Meksykańską

Wschód słońca nad Zatoką Meksykańską

Jako, że trasa dość długa, to można było podziwiać jej uroki i gdzieniegdzie się zatrzymać. Poza obrazami typowymi z filmów (tiry, autostrady i lecące przez drogę kłęby zaschniętych krzaków) natknęliśmy się ekipę Meksykanów przemierzającą swój kraj na Harley’ach. To dopiero mentalność. Średnie (statystyczne) zarobki w kraju to 300 USD, w znacznej części kraju mieszkają w „lepiankach”, bo nie przykładają większej wagi do mieszkań, ale motocykle czy samochody za lekko ponad 100 tyś zł to sobie kupią. Niech żyje wolność!

Zatoka Meksykańska

Normalny widok na trasie w Meksyku

Upolowane na trasie Harleye

OK, dojechaliśmy do Palenque – opuszczonego przez Indian miasta położonego w środku dżungli. No dobra – nie w środku, ale efekt i tak niesamowity. Teraz, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że było to dla mnie najfajniejsze miejsce na całej trasie. Zdania uczestników wyprawy co do tego faktu były podzielone, jednak dla mnie to było miejsce numer jeden! Zresztą sami zobaczcie na zdjęcia – co tam będę się rozpisywał.

Widoki w Palenque - Piramida Inskrypcji

Palenque - Ruiny Pałacu Królewskiego

Palenque - Piramida Inskrypcji jeszcze raz

Pozwiedzałem Świątynię Inskrypcji, Pałac Królewski oraz Świątynię Słońca i Krzyża. Strzeliłem kilka selfie oraz zapoznałem się z kalendarzem Majów, jego genezą, historią oraz sposobem czytania. Przyznam szczerze, że z tego ostatniego mało co pamiętam, bo pomimo, że było to bardzo ciekawe, to jednak natłok tak wielu szczegółowych informacji w tak krótkim czasie spowodował, że filtry w mózgu zaczęły nieco mocniej separować niektóre dane. Tak czy inaczej w głowie gdzieś to siedzi, i na pewno przyjdzie czas na odkopanie tych informacji w przyszłości.

Jak już przeszliśmy szczęśliwie przez dżunglę, nie nadeptując na żadnego węża czy tarantulę (straszyli, straszyli, a nic nie było - szkoda) spoczęliśmy w hotelu ładując akumulatory na kolejny dzień, który również zapowiadał się bardzo ciekawie.

Palenque - gdzieś w dżungli

Palenque - tarantuli nie było, ale takie żuki to i owszem

Dzień ten, czwarty z kolei, rozpoczął się wspaniale! A to wszystko za sprawą tak długo oczekiwanej i tak dawno nie widzianej jajecznicy! Dzień, w którym odległość do pokonania była stosunkowo krótka, zaś sam czas przejazdu i komfort podróży już nie (kręte drogi przez góry, spowalniacze, różnica wysokości w skrajnych punktach 2000m) został wynagrodzony pięknymi i malowniczymi obrazami licznych wodospadów kaskadowych – Park Narodowy Aqua Azul. I tak! – można było się tam kąpać! ;)

Wodospady Aqua Azul

Wodospady Aqua Azul

Wodospady Aqua Azul

Wcześniej oczywiście mała przygoda w postaci zatrzymania autokaru przez samozwańczych partyzantów wymuszających myto w postaci 1 dolara za turystę, jako opłata za umożliwienie przejazdu drogą w stronę tychże wodospadów (na poczekaniu obliczyłem, że średnio na godzinę – bo tyle tam byliśmy – zarabiają na czysto w granicach 2500 USD - to jest biznes!). Rząd o tym wie, ale nic z tym nie robi – bo i po co? Nie ma w tym większego interesu (choć tu jest nieco ciekawsza historia, o której wspomnę pewnie przy okazji innego wpisu).

Po wodospadach przejazd do San Cristobal, mieściny w stylu kolonialnym gdzie zakończyliśmy dzień. Po drodze jednak krótki postój, gdzie jadłem najlepsze quesadillas w swoim życiu – fakt, że nie z kurczakiem tylko z wędliną, ale były rajskie. No boskie po prostu! Przy tej okazji, któryś to już raz okazałem się królikiem doświadczalnym, bo oczywiście posiłek zamawiałem jako pierwszy. Jednak wygląd oraz to jak opychałem się tymi „naleśnikami” tak zauroczył pozostałych uczestników podróży, że momentalnie poprosili w barze o to samo – i tym sposobem cała czterdziestoosobowa wycieczka zajadała się lokalnymi quesadillas.

The best quesadillas ever!

Po dojechaniu do San Cristobal (a było to dopiero późne popołudnie), wybraliśmy się jeszcze na zwiedzanie tej urokliwej (i zimnej, bo temperatura spadła znacznie poniżej 20 stopni) mieściny. Tyle jeśli chodzi o opis - niech fotki przemówią same za siebie.

San Cristobal

San Cristobal

San Cristobal

San Cristobal

Mariachi w San Cristobal

Czas na dzień piąty, w którym jeśli chodzi o śniadanie, to niczym Was nie zaskoczę. Tak tak – jajecznica. Początek dnia, dla chętnych i fakultatywnie za 15 dolców rozpoczął się od zwiedzania (wg organizatora i obowiązującego tam nazewnictwa) indiańskiej wioski San Juan Chamula. Taka tam „wioska” o ludności na poziomie 60 tysięcy. Tak dla zobrazowania podam porównawczo: Biała Podlaska, Ełk, Świdnica, Bełchatów, Tczew czy Łomża… Tak więc faktycznie wioską to nie było, ani pod względem zabudowy, ani pod względem zaludnienia, ani pod względem transportu, ani chyba pod żadnym innym poza cmentarzem i mentalnością mieszkańców – to Ci, którzy podobno za robienie zdjęć w najlepszym przypadku wsadzą Ciebie do aresztu, bo w pierwszej kolejności pogonią z maczetami… Zaznaczam, że „podobno”, ale wolałem nie sprawdzać, bo patrząc na ich styl bycia i zachowanie, byłem w stanie w to z miejsca uwierzyć (jeśli ktoś jest przekonany, że robienie mu zdjęcia więzi jego duszę, to lepiej nie wdawać się w zbędną i na starcie skazaną na porażkę konwersację).

Wioska San Juan Chamula

Cmentarz w San Juan Chamula

Ale żeby nie było, wydanych 15 dolców nie żałuję. Oj nie. Nie po tym co zobaczyłem w ichnim kościele. I 50 bym zapłacił. Normalnie cofnąłem się w czasie. Zero ław – wszystko spalili. Modlą się na podłodze, siano wszędzie, świeczki wszędzie, bimber wszędzie – wszyscy piją, starzy, młodzi (trzylatki również). Odurzanie kogutów, a następnie ukręcanie im łbów na naszych oczach. Był podobno jeszcze drugi taki kościół, ale też go spalili – nie to, że celowo, po prostu przez te świeczki sam poszedł z dymem. Szamanizm w pełnej definicji tego słowa. I to wszystko w kościele. Tak – katolickim. Księdza pogonili, bo zabraniał im pić i mówił o czymś, co dla nich było zbędne, więc wzięli sprawy w swoje ręce. Można? Można – dlatego też pewnie zaczynacie rozumieć czemu nie ryzykowałem zbytnio ze zdjęciami. Miałem po prostu w planach zwiedzić jeszcze trochę tego kraju – w końcu to był dopiero piąty dzień. ;)

Kościół w San Juan Chamula

Jak już otrząsnęliśmy się po tym widoku, pojechaliśmy dalej – do Parku Narodowego Kanionu Sumidero, gdzie czekała nas kilkudziesięciokilometrowa podróż łodziami po rzece Grijalva. Oj zdjęcia nie oddadzą tego, co można było tam zobaczyć. Oczy się cieszyły, wyobraźnia jeszcze bardziej – krokodyle myślę, że też – patrząc na wyraz jednego z nich na poniższym zdjęciu. Wyobraźcie sobie jak płyniecie rzeką wewnątrz kanionu, a obok Was wyrastają klify o wysokości 1000 metrów. Chmury tak gęste, że dosłownie przelewają się między szczytami. Super sprawa!

Cieszący się na nasz widok krokodyl

Kanion Sumidero

Kanion Sumidero raz jeszcze

Skały na kształt choinki - w porze deszczowej robi się z tego wodospad

Ta część dnia trwała dość długo, więc jak tylko wróciliśmy na ląd i uzupełniliśmy zapasy jedzeniowe, wyruszyliśmy dalej w trasę, w kierunku Tehuantepec, gdzie czekał nas kolejny nocleg. Trasa widokowa, przez góry Sierra Madre i ogromne farmy wiatrowe. To co mamy w Polsce, to jakieś pojedyncze faremki. Po drodze do Tehuantepec są ich tysiące, albo i dziesiątki czy nawet setki tysięcy – kilkadziesiąt kilometrów trasy z wiatrakami. Gdzie nie spojrzeć tam wiatraki. Ale co się dziwić, jak tam przez cały rok wieje – raz mocniej, że głowę urywa, raz słabiej (czyt. dalej mocno). Jedyne rozsądne rozwiązanie i na pewno bardziej dochodowe niż jakieś uprawy czy hodowla bydła.

Gdzieś w górach Sierra Madre

Farmy wiatrowe na trasie do Tehuantepec

Tymi widokami zakończył się nasz piąty dzień podróży i na tym też zakończę tę część relacji. Zakładam, że pozostałą część opisu z kolejnych dni podróży uda mi się zmieścić w dwóch kolejnych częściach relacji, a jak uporządkuję, przeselekcjonuję i skataloguję te 3500 zrobionych zdjęć, to jeszcze podzielę się wybranymi na moim kanale na Facebooku.

Hasta la vista!

Zapraszam do pozostałych materiałów z mojej podróży po Meksyku:

Dymitr Doktór
Cześć! Witam na moim blogu.
Nazywam się Dymitr i "piszę sobie"... głównie o podróżach, ale też o tym co wydaje się interesujące, motywujące, ale też zaskakujące czy absurdalne.
Po więcej, zapraszam na stronę o mnie.

TAGI

#hobby#chitchen itza#uchodźcy#restauracja#wolność finansowa#hammam#biznes#I Amsterdam City Card#branża#lanzarote#stan gry#tomek tomczyk#kilimandżaro#frank#pracoholik#mexico city#zus#szkolenia#objazdówka#Walking Street